• 4 Adwentu Rok A

 

Dwie rzeczywistości jawią się naszym życiu wiary. Bóg,  który wchodzi we wszystko co, ludzkie i dotyka każdego wymiaru naszego życia. Druga to człowiek, który NIM się tak już nie fascynuje jak kiedyś prorok Micheasz , jak Jan Chrzciciel , jak Maryja czy Elżbieta. Żyjemy w przeświadczeniu, że jesteśmy samowystarczalni więc – „W czym Bóg  mógłby mi pomóc ?” Bardziej wyczuwalne jest szczęście Elżbiety, swoistej bohaterki Adwentu, która musiała zdać egzamin z ufności Bogu, gdy wszystko wydawało się być już – po ludzku – przesądzone. Na TO dziecko czekała wbrew wszelkiej ludzkiej nadziei, a Bóg „czekał”(Bóg nie czeka bo jest Panem Czasu) na osobę taką jak ona…

Spotkały się dwie Matki , które może jeszcze nie rozumiały, jakimi zadaniami wypełnił Bóg  życie ich DZIECI ….

Co Maryję przynaglało do tych odwiedzin ? Ciekawość – raczej nie; Sprawdzenie – tym bardziej nie; Pomoc- niekoniecznie; Entuzjazm – w pewnym tego słowa sensie. Pewnie po trosze wszystko razem. Ale przede wszystkim coś, czego nie da się określić jednym słowem.  Jednym odczuciem. A ON przynaglał Ją w sposób jaki trudno określić . Ileż razy czynimy coś, czego przesłanek nie potrafimy, zrozumieć. Wówczas mówimy o irracjonalnych przesłankach ; o jakichś przypadkach itp. O czym tu mowa?… Jest to „ślepe przeczucie czyli niedostrzegalne ”, jakiś impuls, instynkt,  podszept sumienia…nastrój.  Za zasłoną naszej ograniczonej wyobraźni – stoi – Bóg. ”Sprawca wszystkiego we wszystkich”….

Podobnie jak potem powie o sobie św. Paweł: ”Znam człowieka w Chrystusie, który przed czterema laty – czy w ciele czy poza ciałem , też tego nie wiem ; Bóg to wie – został porwany aż do trzeciego nieba”…Boże interwencje mogą człowieka – „Pozbawić zmysłów”. Są więc fakty i rzeczywistości,  których nie da się pomieścić w ramach racjonalnych dywagacji. To takie „błyski”, które wytyczają drogi „na dziś”- i jak w przypadku Maryji – na całe życie. A wielkość Maryji polega na tym, iż zrozumiała i życiem zrealizowała to, że nie liczy się przed Bogiem zrealizowanie choćby i mnóstwa czynności lecz wykonywanie ich …Z MIŁOŚCIĄ i pełną UFNOŚCIĄ („Marto Marto troszczysz się o wiele , a potrzeba tylko jednego …”). Miłość potrafi „przeinaczyć” czyn… i  jego autora…

Kiedy więc chcemy przygotować się na powtórne JEGO przyjście, nie może zabraknąć dwóch rzeczy :

1.Boga z JEGO Łaską

oraz

2.Przyjętego człowieka z całym balastem jego poranienia fizycznego i duchowego. Przecież Ewangelia ukazuje, jak Bóg zrodzony w ludzkiej postaci idzie służyć człowiekowi. I gdybyśmy starali się czynić dobro, we dnie i w nocy, uważając iż wystarczy nam sam stan łaski i nie ma potrzeby wykonywać czynów wewnętrznego miłosierdzia?!-  nie ostalibyśmy się przed gniewem Bożym. Za co Jezus miałby nas nagrodzić ?… Opowiedziałby wówczas  nam o swoim osamotnieniu, o głodzie; o pragnieniu , o zdruzgotaniu ducha, w którym nie okazaliśmy swojej pomocy. I wówczas musiałby umieścić nas po swojej…. „lewicy” – miedzy potępionymi (?!)

„Magnifikat” stawia nam kilka pytań :  Czy potrafimy, o dobru jakiego doświadczamy, powiedzieć : „Wielkie rzeczy uczynił mi TEN który jest Wszechmocny ”?!…Czy potrafimy nieprzewidywalne dobro i niespodziewane szczęście jakie nam się przytrafia to JEMU przypisać..? Czy nie odbieramy MU Praw Autorskich…? Kolejne pytanie to: Czy w spotkaniu z drugim człowiekiem, niekoniecznie z takim który nas rozumie i z nami zdolny jest się radować czy wówczas zdolni jesteśmy zdobyć się na empatię , szacunek , miłość i miłosierdzie ?… Czy potrafimy odrzucić uprzedzenia? Jeśli spełniamy te dwa warunki, możemy za przykładem dwóch kobiet, wyznawać nasze ubóstwo i Wielkość Boga…To jest synteza naszej wiary.

3 niedz. Adwentu A

Posłannictwo Jana Chrzciciela nie zostało należycie zrozumiane; i tak jak wówczas wzbudzał podziw i ciekawość taki i my dzisiaj ograniczamy się do wywołania nutki sentymentu dla jego poczynań , i jakichś patetycznych , pełnych euforii słów uznania dla jego stylu życia . Natomiast nie robimy nic, aby jego orędzie przenieść na grunt naszych poczynań. Po prostu pozostaje on jeszcze jedną historyczną postacią. I nic więcej ?…Nic…..

Jesteśmy jednak mimo woli podobni Janowi ..!? Tak jak on wtedy zastanawiał się nad Jezusową obecnością pośród ówczesnego ludu, tak i my dzisiaj nie wierzymy w Jego sprawczą moc i obecność pośród naszej pogmatwanej rzeczywistości.  „Ja tak mocno wierzę a nie otrzymuję tego, o co proszę, więc chyba .. nie ma Boga …?!”  Jesteśmy bardzo niecierpliwi i wszystko chcielibyśmy mieć tak, ja nam dziś ofiaruje , świat . „W pigułce” ; Szybko i bez specjalnego zachodu czyli starania. Nauczono nas „konsumować” wszystko, szybko i bez choćby momentu refleksji.

Chyba zgodzimy się bezsprzecznie, że to Jan, jest jakby postacią wysuwającą się na pierwszy plan w dzisiejszej Ewangelii. I tak jak wówczas, tak i dziś zdaje się mówić: „To nie ja jestem najważniejszy…” ale już nie mówi że to „po mnie idzie ,Ten Któremu nie jestem godzien…” bo sam Jezus wysłanym przez Jana uczniom, mówi o dziejących się znakach jakie przypisane są tylko Mesjaszowi. Znakach towarzyszących życiu i działalności Jezusa w ziemi palestyńskiej. To Janowi wystarczało w zupełności. Ale nie nam  …!?

A czyż znaki Jego obecności przesłane Janowi, nie są i nam udzielone ?! Znaki JEGO obecności , Znaki Sakramentalne , przez które ON otwiera czyjeś dotąd zamknięte oczy ; oczyszcza duszę , pokrzepia serce , dźwiga upadających na duchu…. One wszystkie są i nam dane ? A nawet jest nam udzielona moc, aby je dalej przekazywać światu !? „Ale gdzież nam w to się angażować…” ; mamy tyle na głowie i tak dużo spraw nie cierpiących zwłoki… „Niewidomi wzrok odzyskują , chromi chodzą, .. głusi słyszą …” tymi nieszczęśnikami są ludzie oczekujący od nas pomocy. Lecz i to nie robi na nas większego wrażenia. Ba…. Większego (?!) …Żadnego…! ”Czyż znowu zbyt wiele ode mnie nie oczekuje Ewangelia ?” Nie… bo wystarczy się czasem tylko zatrzymać (jak zatrzymał się Jezus przy Zacheuszu !) by ktoś zaczął inaczej patrzeć i postrzegać świat.  Powiemy :„by otworzyły mu się oczy”. Bynajmniej …. Na to, też nie mamy zbytnio czasu. Ponieważ żaden bliźni nas nie interesuje na tyle, a tym  bardziej chromy fizycznie albo duchowo. Nie interesuje dopóki nie będzie nam przydatny…

A kim są ci „umarli”, którzy żyją między nami ? Z nimi spotykamy się na każdym kroku, a tak niewiele robimy, by ich nieszczęściu i „kalectwu” zaradzić. I tak tym samym , wówczas, to właśnie oni nam odbierają nadzieję i entuzjazm, bo sami się tego pozbawili. Bezsens zdaje się infekować.  Utracili smak życia i nie przeżywają już niczego jako „przygody” , a jedynie jako nudne następstwo rzeczy w tym „przewidywalnym świecie”. A nawet wręcz – nienawidzą życia – czyli ludzi im niepodobnych. Bo jest tyle trudnych, a może bolesnych wydarzeń i doświadczeń , które im przeszło przeżyć.

Są również chrześcijanie zniewoleni przez teorie filozoficzne identyfikujące Boga Biblii, z Martwą już przeszłością . Chcieliby ten rozdział książki zwanej „Życiem” zamknąć raz na zawsze. Lub identyfikują Boga z przyszłością, która nigdy wydaje się – nie nadejdzie. To Bóg utopijny. Który ma dopiero przeobrazić wszystko… (Jakby tego już nie dokonał..?!) Wszystkie złożone obietnice człowiekowi zostały już  wypełnione. „Nie wspominajcie rzeczy minionych , nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto JA dokonuję rzeczy nowej…” (Iz 3,18). Nie należy również poświęcać się poszukiwaniu i przygotowywaniu tejże przyszłości. Bo zbliżamy się do ludzi żyjących według innej, niechrześcijańskiej  koncepcji człowieka. Ciągle czegoś poszukującego . Chrześcijanin jawi się wtenczas jako ten, który ciągle  poszukuje – a nie jako ten, który już znalazł. Przynajmniej jedną znaczącą odpowiedź na temat ludzkiego losu. Znalazł JEZUSA .

 

2 Niedziela Adwentu  Rok. A

 

Można by dzisiejsze kazanie zatytułować: „Wielki NiePasujący”. Bo Jan Chrzciciel, był wielki jak na tamte czasy i je przerastał. A i dziś zaskakuje swoją niezwykłością; Nie pasuje naszych wyobrażeń o życiu, o Bogu, o wyrzeczeniu i pokucie.

Nie pasował już zupełnie do towarzystwa odgrywającego główną rolę w tamtejszym świecie, polityce czy religijności. Występuje więc obok Tyberiusza- cesarza rzymskiego; Piłata- namiestnika Judei; obok Heroda Antypasa ; Arcykapłanów Ananiasza i Kajfasza. I oto pośród nich – Jan, Człowiek Pustyni. Jest wielki świat koncentrujący się na dworze królewskim pełnym przepychu czy pałacu arcykapłańskim, ale jest „mały świat” Jana będący w zasadzie bezkresem – To pustynia. Dla niego pustynia nie jest pustynna, a on nie był odizolowany od świata. On tkwi w jego głównym nurcie. Niebawem przez swoją wyjątkowość stanie w samym jego centrum. Był taki czas, którego chciał Bóg, by był Jan od świata odizolowany, gdyż tylko w takim stanie można usłyszeć to, co mówi Bóg. Taka samotność bywa budująca człowieka wewnętrznie i wybawia od zewnętrznych oddziaływań oraz wpływów. Od jazgotu tamtejszego świata, nie będącego wcale mniejszym, od naszego. Nie miał więc zobowiązań ani żadnej wdzięczności komukolwiek. Jego „ogołocenie” wyrażała skóra wielbłądzia. Nie pasował do tamtego świata, w którym panował blichtr, pieniądz i układy.. Taki człowiek pozostawiony sam sobie – jest w pełni wolny. Nikt mu nie podsuwa nieprawdy , półprawdy lub prawdy, o nieco innym, odcieniu.. Żadnych schematów ani uprzedzeń . Był wewnętrznie „czysty” i zewnętrznie wolny. Wolny wewnętrznie bo stawał przed samy sobą, czyli faktem prawdziwym.

Droga do pełnej i prawdziwej świadomości jest długa i wymaga samotności. Trzeba długo wpatrywać się w siebie i stawiać sobie pytanie: Co jest prawdą a co fałszem (? Więc pytam się bracie: czy ty zacząłeś pytać się siebie :”co jest niezbędne do życia a co jest drugoplanowe ?” Czy zacząłeś przemierzać twoje ścieżki prowadzące do drugiego człowieka a nie te omijające brata? Czy przyglądasz się „drogom” „własnych przykazań”, które miast ci pomagać – przeszkadzają? Swoich wizji świata i szczęścia bez Boga lub obok Niego układanych?  Czy straciłeś coś, aby zyskać? Czy pozostajesz w okowach miernoty i bylejakości? Czy już „na dobre” pozakopywałeś swoje talenty?….

Niby nie robisz nic złego , ale nie robisz też nic dobrego; bezinteresownego. Z tej pustyni, która go nauczyła wiele, JAN przeszedł do głośnego przemawiania i był gotowy przypłacić to „głową”- umrzeć w imię głoszonej prawdy. Wobec króla więc bezkompromisowo powie: Grzeszysz! I w tym momencie najbardziej nie pasował do ówczesnej kultury. Co to była za prawda, za którą zginął? Nieprawdopodobna…Czyli taka, że trzeba zerwać z oglądaniem się na to co powiedzą inni; zerwać z komfortowo i po swojemu ułożonym życiem, a zwrócić się do tego , co wnosiło nauczanie Człowieka z Pustyni. Zwrócić się do świata wartości duchowych. Odejdź od tego jak wyglądasz a zwróć się do tego kim jesteś. Odejdź od tego co mówią ludzie, a zapytaj się o to, co mówi Bóg…!!!

Jeśli chcesz być zbawionym przyjmij chrzest Ducha. Był podobny bardzo do Tego, którego zapowiadał, tak iż był wielokrotnie z Nim mylony. Nawet jego uczniowie mieli wątpliwości, gdyż Janowy styl życia zawierał dużo z tego, co Pisma mówiły o „stylu” Zbawicielu. Myśleli więc, że to właśnie on jest  tym zapowiadanym Zbawicielem świata.

A był podobny także i do  nas? Nie bardzo, bo my przeciwnie do niego się zachowujemy; nasza mowa nie jest – „tak-tak” i „nie -nie”; Żadnych dodatków. Żadnych „zmiękczeń” w stylu: ”tak…  ale są wyjątki!”.. Czyli tego, co tak nas denerwuje u innych – wszechobecny kompromis i permisywna tolerancja (czyli taka niewidząca grzechu).

Lecz oto.. Jan i nas.. przestrzega że wszyscy zginiemy , jeśli wcześniej nie postaramy się o zmianę życia. Być może uspakajamy się tym , że wystarczy mieć metryczkę chrztu: Raz w roku spełniać obowiązek spowiedzi; Raz w tygodniu odstać Mszę  Św.; Raz w roku pójść na Pasterkę. I myślimy -„Przecież nas, tak porządnych, Bóg nie może zatracić, bo kogo w takim razie będzie mógł zaprosić do nieba ?” Czy nie wystarczy do zbawienia żyć tak jak dotychczas? Wówczas każdy fragment Ewangelii burzy nam ten stęchły spokój, ponieważ od początku aż do końca, nie przestaje wzywać nas do kroczenia wprzód a nie stania w miejscu.  Do prawdziwej a nie symulowanej pokuty. Bo gdy stwierdzisz, że się pomyliłeś będzie za późno. Nie ryzykuj. Radość albo smutek. Już teraz wybierasz: wybawienie albo potępienie . Przepraszam, za słowa tyczące  tych, co ich tu nie ma ….AMEN

 

I Niedziela Adwentu „A”         –   Mt 24,37-44

Żyją w nas tęsknoty , które nieodparcie skłaniają nas do powrotu w lata młodzieńcze; a i nawet dziecięce; Do czasu który bezpowrotnie przeminął ; A jeśli istnieje, to w bardzo niewyraźnych kształtach naszych wspomnień. Do powrotu do beztroski i niewinności , która zawsze stoi pod znakiem zapytania; Do pokoju, który jest ciągle zagrożony , i jakby na ironię, o który trzeba nieustannie „walczyć”. Do miłości, która bez ustanku lęka się o swój los; czy spełni się wszystko co jest jej treścią i….. czy nie zostanie oszukana?…

Ale czy w tych lękach i tęsknotach może zrodzić się nadzieja ? Ta Tajemnica, przed którą staniemy patrząc na Niemowlę w żłóbku; ta tajemnica jest gwarantem, że nasze tęsknoty za życiem co nie ciemnieje w ciemności; za radością której nie mąci smutek rozstania ; za dobrem które jest całkowite ; za miłością która już się niczego nie boi , ON, czyli ta Tajemnica,  jest gwarantem że wszystko to, nie okaże się daremne, bo przecież Bóg rodzi się pośród nich , w naszych pogmatwanych układach i relacjach, aby swoją mocą te tęsknoty zamienić w niegasnącą i ożywiającą  nadzieję. Rodzi się wśród nas w jakimś celu ?! By być „Bogiem z nami”.

Z tymi ,co nie są obciążeni marketingowymi naleciałościami współczesności i nie są przyćmieni kulinarno – zakupowymi fascynacjami i szaleńczym pędem za blichtrem i tandetnym wystrojem tych Świąt. Tylko ten widzi tam Dziecko Święte, kto chce zobaczyć tam Boga .Kto ma otwarte oczy , nie ciała – ale „duszy”.

Żadne przyrzeczenia , żadne słowa honoru rozdawane wszem i wobec, nie są w stanie zmienić tęsknot i pragnień w pewność nadziei. Tu nie można wierzyć słowom ani  nawet pięknym deklaracjom , a jedynie Miłości, która zstępuje między nas w betlejemskiej szopie by rozpocząć swoją wędrówkę, która skończy się na Krzyżu. W ten sposób siebie ofiarując i nie licząc na odwzajemnienie – zasługuje na wiarę i nasze zaufanie. To owa Miłość zdolna jest przemienić nasze tęsknoty i lękliwe zamierzenia w realne działania. To, co do tej pory było tylko zwykłą mrzonką i nieokreślonym pragnieniem, staje się  realną miłością oraz bliskością np. z jakimkolwiek, dotąd odpychanym bliźnim.

Tak –  to TEN NOWONARODZONY  CZŁOWIEK – zdolny jest wykrzesać z nas najckliwsze i zalęknione oraz skrywane zamierzenia. Pokłady dobroci w nas. Wydobyć nas z getta dotychczasowych lęków i uprzedzeń . Będąc z nami  wspiera nasze wątłe siły i obserwując….. dodaje nam swojej łaski.

Tak, ta NOWONARODZONA Miłość, wywoływała i wywołuje nadal uporczywe wysiłki Boga, by odnowić przymierze i przyjaźń z człowiekiem , który ją zerwał i dalej zrywa, przez swoje grzeszne upodobania. Wysiłki by człowieka delikatnie „oswoić” zachowując przy tym  wolność ludzkich decyzji; Wolność tak przez nas hołubioną. Dotąd Miłość Ta  „trzymała się jakby z daleka”, pozwalając nam doświadczyć wszystkich „smaków” życia i radości używania, a nawet nadużywania – owej humanitarnej wolności. Jak czytamy u Izajasza „Bo skryłeś Twoje oblicze przed nami i oddałeś nas w moc naszej winy…” Pozwalasz Boże, na pewien czas, władać nami – skutkom naszych grzechów. Niekiedy dopuszczasz nawet nasze sponiewieranie byśmy mogli poznać i odczuć odcienie tychże grzechów. A tym samym – zasmakować życia – w stanie  JEGO łaski.

To spojrzenie jakby z daleka nie jest lekceważeniem , ale oznaką troski i szacunku.

 

Simon Weil tak to ujął : „Bóg i ludzkość są jak para zakochanych, która pomyliła się co do miejsca i czasu spotkania”. Bo nie na wszystkich drogach można Boga spotkać. Nie oznacza to również,  że Bóg na to spotkanie nie czeka. Jego „czekanie” nie oznacza JEGO stania w miejscu. ON nawet wychodzi naprzeciw jak w tę noc betlejemską. Obyśmy więc, jak czynimy to wielokroć, także w ową noc nie pogubili dróg do żłóbka; dróg do miejsca i czasu zaistnienia Emmanuela pośród nas . Amen

XXXII n. z. A

Mamy dziś do czynienia z pytaniem wprost o : syntezę nauki Jezusa. Daremnie szukałoby się w literaturze żydowskiej czyli rabinistycznej, streszczenia Biblii bardziej zgodnego z Jej duchem i bardziej szlachetnego niż to stwierdzenie Jezusa. ”…Miłuj Boga i bliźniego jak siebie samego”… A gdy weźmiemy pod uwagę całość JEGO nauczania dojdziemy do jeszcze bardziej „karkołomnego” spostrzeżenia  : „że więcej niż o miłowanie Jezusa, chodzi o Jego naśladowanie …”. Mamy miłować Boga i bliźniego Jego własną miłością, na Jej wzór. Całkowicie bezinteresowną, której postacią finalną czyli ostateczną jest wyrzeczenie się wszystkiego z życia lub nawet jego utratą … Dla nas to wydaje się niemożliwe. A czasami wręcz mówimy : To utopia. By miłować na wzór miłości jaką otrzymał ON od swojego OJCA. I nie chodzi o miłowanie siebie samego w bliźnim (wybielanie i przerzucanie swoich kompleksów na innych), lecz o miłowanie BOGA samego – właśnie przez  niego …Mniej też chodzi o dawanie czegoś z siebie , jak o dawanie Boga . „Przebaczam tobie, jak ON przebaczał” ; „To JEMU zawdzięczasz  moje przebaczenie” . I… jeśli nie widzimy miejsca na taką ofiarę  w naszym życiu , dajmy sobie spokój z pragnieniem przeżywania autentycznego chrześcijaństwa…(!) To nigdy się nie uda. Strata czasu i energii.

Bez wysiłku akceptujemy Ewangelię dopuszczając liczne wyjątki i w Jej sąsiedztwie budujemy swoją wersję „dobrej nowiny dla ubogich” i „życiowo sprytnych”, gdzie ich i siebie umiejscawiamy będąc gotowymi na poniżanie i poświęcanie drugich – ale zawsze dla „dobra sprawy”… Każdy ma swoją, przypisaną mu rolę do wypełnienia. My odgrywamy „Pogodę dla bogatych” a oni czyli obcy,  ci patologicznie znieprawieni, czyli ci, co im się nie powiodło: oni grają „Nędzników”.

Dzielili przykazania na wielkie i małe, a mieli ich około 600. Pytają tu o zasadę . Usłyszeli radykalną odpowiedź . Odrzucona została dowolność interpretacji. Gdyż odtąd „Bliźni” to już nie tylko przyjaciel, sąsiad, towarzysz, kolega lecz każdy człowiek bez wyjątku; poganin, ateista, sprawiedliwy czy grzesznik , a nawet wróg. Nasza miłość musi być, jeśli nie równie prawdziwa, to powszechna tak jak OJCA NIEBIESKIEGO. Niemożliwe ?!? A czy chociaż raz spróbowałeś?!….

Bo taka postawa, to Największe Przykazanie, jest probierzem wszelkiej moralności, a dla nas – miernikiem autentycznej wiary. Gdy wybieramy sobie z Ewangelii, postawy nie wymagające zbytniego angażowania i to, co jest dla nas wygodne oraz uzasadniające nasze życiowe tezy, czynimy z Ewangelii poradnik spokojnego życia , a nie przewodnik prawdziwej wiary.  Np. mówimy ”Raz tylko wybaczę, bo dwa razy – psułoby sprawcę”, oraz : „To jest ponad moje siły”.

Dziś po raz kolejny słyszymy to , iż człowiek nie potrzebuje tak bardzo szacunku, poważania czy jałmużny , ale – miłości. Pragnie być kochanym. Gdyż miłość należy do istoty naszego człowieczeństwa; jest nam niezbędna i nie należy jej nikomu odmawiać bo czyniąc to, stajemy się „emocjonalnymi barbarzyńcami”.

Miłość ta, jest chrześcijańska w podwójnym znaczeniu : została nam objawiona przez Jezusa ; i wzór jej zastosowań bierzemy od NIEGO. Brak owej miłości czyni wszystko nielogicznym. Uzasadnia agresję. Odbiera sens życia i poświęceń. Ona jest podwaliną wszelkiej etyki. Żadna norma szczegółowa nie ma już mocy prawnej bez uwzględnienia miłości bliźniego, która idzie za miłością Boga. „Nie mów więc , że kochasz Boga, jak nie kochasz człowieka”, gdyż  tak z kolei ,stajesz się  moralnym hipokrytą. Jak jedni bez miłości tracą sens wszystkiego, tak ty bez tejże , tracisz fundamenty prawdziwego życia chrześcijańskiego. Stajesz się marionetka w ręku „ojca kłamstwa i hipokryzji”. Jeśli więc, z przyjęciem pierwszej części przykazania nie mamy trudności, to mamy kłopot w wybaczaniu. A szczyt naszego oburzenia przyjdzie kiedy poszerzy tę sprawę o miłość nieprzyjaciół ;co już zupełnie kłóci się z naszym zdrowym rozsądkiem. Ale czy jest to ponad naszej siły?…  Nie życzę ci, abyś zakosztował miłości , ale spróbował jej… poszerzenia. AMEN

33 nied. Zwyk. C

 

Apokalipsa końca czasów

 

Chyba każdy z nas tu obecnych próbował bądź próbuje wyobrazić sobie ten dzień albo ten moment kiedy to wszystko , co tu mamy i czym żyjemy, skończy się.  W jaki sposób to się stanie (?!) O tym dniu nie wie nikt – nawet Syn Jezus Chrystus, więc jak niektórzy mędrkowie nie próbujmy coś niesłychanego i nieprawdopodobnego wymyślić.  Nawet w przybliżeniu usytuować go w czasie lub umiejscowić w naszej rzeczywistości : ”On przyjdzie jak złodziej w nocy” … w najmniej spodziewanym momencie. Może wówczas gdy świat będzie zajęty i zdominowany przez sprawy dla niego istotne – ale nie dla nas! Przed tym przestrzegał nas Jezus niejednokrotnie. To będzie dopełnienie orędzia Jezusa i zamknięcie historii stworzenia czyli wszechświata.

Wielu twierdzi, że wszystko ma swój początek i koniec;  więc niech tak będzie i tym razem. Chyba że Bóg ma inną niespodziankę ?!   My, mamy być tylko gotowi na przyjęcie tego faktu, o którym Pismo Święte mówi niejednokrotnie. Nie możemy być  także zaskoczeni ani zdziwieni – gdyż my już wiemy, czego możemy się spodziewać.  Niektórzy, nawet z pośród nas, będą się pytać :”Co się dzieje” albo „Co to jest ?” My wtedy, mamy nie tracić ducha czyli nie popadać w rezygnację i beznadzieję, ale przyjmować wszytko świadomie jak rzeczy  czy fakt, których się spodziewaliśmy. Jako pewną oczywistość i Boską konsekwencję.

Wielu z nas widzi w tym wydarzeniu jakiś epizod jednorazowy. Najczęściej jako jakąś formę kataklizmu. Wcale tak być nie musi.

 

Niekoniecznie tu musi być kataklizm globalny bo gdy dosięgnie to np. naszego kontynentu, niechby,  takie gigantyczne tsunami, to dla nas będzie pierwszy, koniec świata. Być może to będzie koniec cywilizacji europejskiej czy szerzej światowej tak jak cywilizacji, które zginęły z niewiadomych do dziś powodów. Bóg przecież może ponowić akt stworzenia

31 nied. zwyk. Rok C

 

„Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło….” Nie musi się więc zbytnio rozglądać bo spotyka nas tu każdej niedzieli. Na uczcie, którą przygotowuje za każdym razem gdy widzi nas tu zebranych , byśmy mogli razem z NIM ucztować. Spotykają się nasze i Jego spojrzenia. Rozpoznajemy się momentalnie gdyż, nic nas tu nie zaskakuje ani nie dziwi. ON jest TYM, który ofiaruje się nam w Postaciach Sakramentalnych – a my jesteśmy tymi , którzy pragną się posilać JEGO Chlebem w naszej pielgrzymce do wieczności. Jezus też łatwo odkrywa nasze spojrzenia, które nie są tak jak u Zacheusza spojrzeniem  ciekawości,  ale są wynikiem działania JGO łaski. Bo, kto chce spotkać JEZUSA, natychmiast GO dostrzega – dzięki tej Łasce.

A takich Zacheuszów, którzy pragną być zauważeni – jest wielu – lecz my kroczymy przez życie i nawet nie raczymy spojrzeć na nich. „Fotografujemy ich” mimochodem ; ważymy wzrokiem ; ewentualnie oceniamy i prawie zawsze wydajemy wyrok; Nie zawsze sprawiedliwy! Nasze życie, przez to staje się życiem utraconych szans ; Staje się życiem pogubionego miłosierdzia ; zaprzepaszczonych okazji dotknięcia Miłości.

Osoba Zacheusza jest gorzkim wyrzutem pod naszym adresem, czyli ludzi idących naprzód , nawet w dobrym kierunku, ale zbyt często spisujących bliźnich na straty. Nie podejmujemy wysiłku , aby im pomóc lub choćby spróbować zawalczyć o nich …Tam Jezus zatrzymał się przy tym niepozornym człowieku, mimo iż szły za NIM tłumy, które być może GO przynaglały – A za nami nikt już nie podąża ?!…Nikt nam nie przeszkadza. I to powinno nas zastanowić.!?

Niejednokrotnie zamykamy oczy i uszy by czegoś nie widzieć, a tym bardzie nie słyszeć. A przecież nie muszą to być głośnie krzyki wołania i rozpaczy..! Dostrzegamy natomiast szybko i łatwo różnych despotów , ludzi pazernych, zakłamanych , takich co zatruwają nam nasze pobożne i spokojne życie  – plotkami, obmowami, posądzeniami. Nie słyszymy natomiast próśb o pomoc! , ale usłyszymy zawsze słowo krytyki pod własnym adresem .Także  widzimy ich wady, i zawsze uważnie nasłuchujemy by dowiedzieć się czegoś o ich niedoskonałościach,  by zaraz  ich przekreślić; Siebie, przy tym, rzecz jasna – usprawiedliwić.

Zacheusz był człowiekiem traktowanym z respektem, chociaż znienawidzonym z racji wykonywanego zawodu. I oto, nie zawaha się, aby zdjąć garnitur własnego prestiżu by wspiąć się na drzewo, jak mały chłopiec, by tylko GO zobaczyć. Być może dużo rewelacji o NIM się nasłuchał. Lecz nic od NIEGO chyba nie chciał ?!

Tak więc dziś jest okazja, abyś siebie zapytał: Czy nie ma u ciebie uzależnienia się od opinii otoczenia ? Czy ona na ciebie nie wpływa i nie kształtuje twoich zachowań ? Dlaczego nie dajemy się pociągnąć Jezusowi ? Może dlatego że nie potrafilibyśmy naprawić zła jakie wyrządziliśmy bądź wyrządzamy?! Czy to może strach przed koniecznością podzielenia się tym, co ci zbywa? W sensie materialnym ale i duchowym? A iluż to naszych bliźnich nie chce zwyczajnie się przespacerować do kościoła, by spotkać się z Panem a  może nawet zasiąść z NIM do stołu?! Na co zamieniamy korzyści płynące z takiego spotkania ?! Aż wstyd tu wymieniać….

Przy tym wszystkim pocieszamy siebie mówiąc : „największym bogactwem jest być – przyjacielem Jezusa” I na tym zazwyczaj kończy się wiara takich ludzi; Na mówieniu… A przecież nie jest się przyjacielem kogokolwiek, z kim nie chce się zasiąść do wspólnego stołu?! TO NIE JEST PRZYJAŹŃ …To tylko jakaś symulacja czyli udawanie miłości czy przyjaźni…

Chrześcijaństwo dzisiejsze grzeszy „bylejakością” i konformizmem (czyli upodabnianie się) gdyż wielu z nas nie chce być wytykanym palcami, bądź pokazywanym jako wzór dobrego czy też złego…Może jeszcze tego pierwszego – tak. I ani kroku dalej….

To jest taka zasmucająca szarzyzna i stagnacja naszej rzeczywistości wiary i naszego życia . Doszło już do tego, iż nie potrafimy zapełnić katedr wybudowanych w średniowieczu .

A raczej zamieniamy kościoły w muzea, sale koncertowe czy nawet w dyskoteki. Czynimy w ten sposób współczesne barbarzyństwo!?  Wypędzanie Boga zaczęło się od wyrzucania GO ze świątyń,  potem domów, które stały się miejscami swarów, kłótni, nieposzanowania rodziców, małżonków . Nasze domy stały się miejscami braku wzajemnego szacunku i zaufania,. A nawet domami zamachowców na życie dzieci. W końcu wypędzamy GO z naszej świadomości.

I na koniec zwróćmy uwagę.

„Jaskinia” jaką było dotąd mieszkanie „państwowego łotra” – zostało zamienione w Świątynię Obecności Pana …To sprawia Pan .  Lecz dziś dokonuje się proces odwrotny … ….   I to jest właśnie katastrofą współczesnej cywilizacji.…To sprawia człowiek.  Amen

 

 

 

30 niedz.zwyk.C

 

„Niezliczeni są potomkowie faryzeusza , ale na szczęście jest też wielu potomków celnika. To dzięki tym ostatnim, Kościół grzeszników staje się coraz bardziej Kościołem świętych”.

Niektórzy z nas powinni się utożsamiać z tym pierwszym, a inni mogą z tym drugim. Jednak pozornie jest tutaj tylko dwóch.

Oto ich legitymacje: faryzeusz należy do grupy „sprawiedliwych”. Znamy jego styl życia i wiarę. Jest skrupulatny w najdrobniejszych szczegółach bo one grają u niego zasadniczą rolę. On przykłada wagę do „zewnętrznej strony kubka” a nie do istoty sprawy. Celnik nie cieszy  się sympatią otoczenia. Z pozoru nic dobrego nie możemy powiedzieć o jego życiu religijnym. Być może zupełnie go nie ma .. Na jego niekorzyść działo również to że nie przejmuje się regułami powszechnie uważanymi za dobre i przyzwoite. Nie bawi się w „faryzeusza” i przez to uważany jest za „nieczystego”. Lecz po jego modlitwie można  wywnioskować, że nie jest „niedowarkiem”.  Jest człowiekiem ufnym i pełnym nadziei, że to jeszcze nic złego nie musi znaczyć. Nie przekreślajmy innych na podstawie ich nieumiejętności zachowania się pośród nas.

Ich modlitwy. Faryzeusza jest manifestem zasług i osiągnięć. To nie modlitwa ale opowieść o sobie. Pomijając swoją wyliczankę, nie zapomina wypomnieć czynów innych. Z ich uwypukleniem. Przy tym rozgląda się na boki i nawet przez Boga chce być zauważony. Dziś taki styl już raczej nie ma miejsca..ALE…     Przyznamy jednak, że człowiek pragnie przedstawić siebie w innym świetle niż jest naprawdę, bo jest świadomy swoich błędów i wyraża w ten sposób swoją tęsknotę za ideałem. Na jego korzyść przemawia to, iż skopiował Talmud – świętą księgę izraelitów, mówiąc: „Dzięki Ci Boże , że przebywam pośród tych którzy siedzą w Domu Nauki, a nie tych którzy wysiadują na rogu ulicy.…Biegnę ku życiu przyszłego świata , a oni biegną ku przepaści zatracenia”…. Jakże niewiele się zmieniło w ludzkiej mentalności Jak niewiele zmienił się człowiek .

Celnik natomiast pogrąża się w swojej niegodności, tak głęboko jak faryzeusz wdrapuje się na piedestał własnych zasług i cnót. Celnik nie wylicza swoich win, bo zajęłoby to zbyt wiele czasu.

I teraz może nastąpić ocena tej Trzeciej Osoby .Zostaje wydany wyrok :”Każdy kto się wywyższa będzie poniżony…”. I co ? dalej chcesz dominować grając i udając kogoś innego ? „Wyrok” dla celnika jest zbawieniem. Wobec faryzeusza nie jest żadnym potępieniem . Może to być natomiast  wzrok pełen ironii, który jest jakąś oceną tego bufona. Sarkazm wtedy podpowiada, że „są tacy co też zachowują posty aby … schudnąć ”.Mówisz:  ”Daję dziesięcinę…” – są tacy  co jej nie płacą bo nie mają z czego. Ty masz, nie dociekajmy skąd !? I mógłbyś dawać więcej a tego nie czynisz. Dlaczego ?! bo masz duszę i charakter faryzeusza…. Przyszło dwóch – a modlił się jeden.

. „Wyliczanie grzechów innych jest jednym z najtragiczniejszych i najgłupszych wybryków ludzkiej pychy” (M.Fabbretti)   Dlatego naszym zasadniczym błędem może być to, iż siebie uważamy za wyjątek….Za całe zło winę ponoszą zawsze inni… . Wszyscy uważamy się za porządnych – dlatego na świecie jest tylu łajdaków. Idąc tym nurtem faryzejskiego myślenia powiemy, że  naszym grzechem jest to, iż relację z Bogiem widzimy w kategoriach ilościowych; Bogu należą się daniny – praktyki pobożne , msze , komunie, sporadyczne gesty miłosierdzia, procesje. Tak chcemy wyrównać rachunki by uzurpować sobie prawo do Bożej wzajemności. Nie przyjmujemy do wiadomości, że Bóg kiedyś może odwrócić tę naszą logikę.. Świat stanie się lepszy gdy my przestaniemy uważać się za wyjątkowych…Czy wreszcie odczujemy kruchość naszych piedestałów, na które wspięliśmy się dumnie? Czy wreszcie powiemy Bogu o naszej nędzy i kruchości ? Jak nie wiesz jak to się robi? – to milcz…bo mógłbyś mówić za dużo; O swoich zasługach — oczywiście

A trzeba tylko opowiedzieć się, po której stronie stajesz : sprawiedliwych czy grzeszników …? I…. nie ma wstrzymywania się od głosu. Bo twoje milczenie teraz, może sprowokować kiedyś milczenie BOGA i Kościoła na wspomnienie twego imienia.       AMEN

29 niedz.zwyk. rok C                                                                                   16.10.16

Zniechęceni malkontenci

 

„Słuchajcie co ten niesprawiedliwy sędzia mówi”- pamiętamy tę sentencję Ewangelii? W podobny sposób Jezus często zaczyna swoje nauki .Wychodzi od „nienormalności”  układów panujących w świecie nas otaczającym. Bo My „niesprawiedliwym”i „nienormalnym” nazywamy to, co nie pasuje nam do naszych wyobrażeń i oczekiwań. Niespodziewanie często, Jezus burzy nam porządek spodziewanych przez nas wydarzeń. Tutaj np. jest to zachowanie niesprawiedliwego sędziego; Kiedy indziej niewiernego lub leniwego sługi; Syn marnotrawny czy też „nieuczciwy” zarządca (a może „przewidujący”?!); Czy choćby przypowieść o zbyt szczodrze wynagradzanych robotnikach w winnicy…? Tutaj niesprawiedliwą  wydaje się szczodrość gospodarza…?!

Te przykłady służą JEZUSOWI do ukazania praw Królestwa Niebieskiego. W dzisiejszym przypadku i kilku innych  (jak choćby w przypadku natrętnego przyjaciela pukającego w nocy)  okazuje się, że postawą chyba najbardziej miłą Bogu jest modlitwa z jej cechami – wytrwałością i konsekwencją. Determinacją. Modlitwa w różnej postaci, z Eucharystią czyli jej szczytową formą,  jest życiowym „biletem” w jednym kierunku . Nieba. „Kto spożywa Moje Ciało ma życie wieczne…” Cóż jeszcze dodać?!

Komunikat Jezusa jest dziś jasny. Pytanie postawione dziś jest z gatunku retorycznych. „Czyżby Bóg nie wziął w obronę swoich wybranych…” I tu uwaga ! Raczej weźmie ich w opiekę: ”Tych …którzy wołają do NIEGO w dzień i w nocy…”. To chyba o nas ?!!…Tak więc upór , konsekwencja i wytrwałość są kluczem do niebios bram;  Do Bożego Serca. My jednak jesteśmy  niekonsekwentni, mało  wytrwali, zniecierpliwieni  i szybko zniechęcający się w sprawach ziemskich więc tacy sami jesteśmy jeśli idzie o…. Miłosierdzie Boże.

Kiedy po kilku wezwaniach o pomoc, czy też o dobro nam potrzebne, nie otrzymujemy go „na tacy”- natychmiast odchodzimy od bram Bożego Serca. Przestajemy „pukać do niebios bram”. Na dodatek potrafimy  wówczas katować się jeszcze  bezzasadnymi pytaniami o istotę JEGO Przymiotów….; O brak „dyspozycyjności” Boga, wykazując się przy tym  nieuzasadnionymi pretensjami kierowanymi pod JEGO adresem. Gdybyśmy byli tak wytrwali i konsekwentni, jak w realizacji swoich osobistych  pragnień, upodobań i marzeń,  jak i w relacji do Boga, to wtedy wszystko by nam się spełniało… Wszystko by się ……spełniło….

Jednakże ludzie są niekonsekwentni i  koniunkturalni (czyli zmienni  w zależności  od potrzeby). Bo, brak takiej konsekwencji prowadzi do utraty wiary czyli uważnego wyczekiwania popartego wysiłkiem i staraniem.

I to, nie jest miłe w oczach Boga , ponieważ woda stojąca brzydko pachnie. Lęgnie się w niej wiele „paskudnych żyjątek”…. Szatańskiego miotu…. Gdy nie ma przynajmniej kilku praktyk wiary ( jedna msza w tygodniu to za mało!) – to tak jakby, raz wypowiedziane słowo „Kocham”, miało oznaczać i być gwarantem dozgonnej miłości (?!). „Przecież nikt z taką miłością nie chce mieć do czynienia !” Jeśli więc nie ma ponawianych gestów miłości i przebaczenia , nie ma pokoju w sercu  i nie ma  zgody między ludźmi – to wtedy właśnie jesteś…… „jak zmurszała sadzawka”.

Tak, jak życie Jezusa , było Rwącym Potokiem porywającym wszystkich i burzącym stary porządek poukładanego świata, nie akceptującym całego jego „swądu” i zbytku –  tak też ma wyglądać nasze życie i nasza wiara. Bo spotkania z taką  „sadzawką”, z której nikt nie chciał się napić „Wody Życia” – obawia się Jezus przy swoim powtórnym przyjściu na ziemie.. Więc pyta się dziś nas : ” Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę kiedy przyjdzie na  ziemię… ?!  Czy też  znajdzie nas zniechęconych;  z zakopanymi głęboko w bezradności i lenistwie – talentami jakie nam ofiarował ?; Czy znajdzie nas jako nieustannych malkontentów żyjących w ciągłym rozgoryczeniu ? W takim rozgoryczeniu – jakie  nawet w wieczności już nas nie opuści! Nieustannie narzekających  i krytykujących wszystkich oraz wszystko . .. …łącznie z Bogiem….. Takich „sług bezużytecznych” czyli minimalistów wiary i miłości – sądzę – że Bóg nie będzie chciał mieć w  niebie; w Swoim otoczeniu. Nie będzie chciał mieć tych, co opóźniali marsz chrześcijaństwa przez świat – pochód JEGO orędzia Zbawienia poprzez  ludzkie serca.  Amen

28 nie.zwyk. Rok C

„Zamykająca” łaska – „A gdzie jest pozostałych dziewięciu…”

Wdzięczność jest tak trudna, jak wypowiedzenia słowa „dziękuję”- dopóki się tego nie stosuje i nie praktykuje na „co dzień”.

Czym się różni słowo „dziękuję” – od postawy wdzięczności ? Być wdzięcznym tzn. być gotowym do odwzajemnienia. Rekompensaty równoważącej będącą choćby namiastką doznanego dobra. „Dziękując wcale tego nie musimy zakładać”?! Czy to, to samo ? czy może jedno jest poszerzeniem drugiego? Czy to kwestia kultury ? czy może tylko werbalny (słowna) savoir vivre (Sawuawiw). Dziękuję „Bo tak wypada….?!!”

O ile słowo „dziękuję” jest wynikiem poczucia naturalnej sprawiedliwości, że za dobro doznane należy odpowiedzieć podobnym dobrem lub co najmniej słowem uznającym, rzetelną ocenę i motywy wyświadczonego nam gestu ; To słowa wdzięczności zakładają u autora, poszerzone serce i nieco inną, świadomość. Zakładają szerszą wrażliwość  i inną, głębszą analizę własnej tożsamości; To widzenia swojej wartości czy godności lub też przygodności, tzn. niewielkiego znaczenia, w otaczającym świecie.

„Człowiekiem wdzięcznym” nie może być prostak o topornych manierach i wątłym oraz wąskim światopoglądzie lecz człowiek głębokiej refleksji. „Człowiek wdzięczny”  uznaje to , iż  jest się docenionym i dowartościowanym przez dobroczyńcę. Bo tylko człowiek delikatny i subtelny może wykazywać się większą skłonnością do bycia człowiekiem wdzięcznym , niż zadufany w sobie pyszałek i egocentryk widzący tylko „czubek własnego nosa”. Człowiek „wdzięczny” widzi łaskę i nienależną mu dobroczynność , a także własną znikomość i…. niestety – „efemeryczność” (czyli krótkotrwałość i przemijalność). Patrząc na rzeczywistość  świata autor biblijny stwierdza: „…. Poznawszy Boga  nie złożyli MU jako Bogu czci ani dziękczynienia , ale ZNIKCZEMNIELI w myślach swoich i zaćmione zostało bezrozumne ich serce …” Czasami to nasz  obraz ! Niestety. ”Podając się za mądrych , głupimi się stali…” (Rzym 1,20-22) Nie dotyczy to raczej autentycznie praktykujących…!BOGU WDZIĘCZNYCH….

Ci, co nie doceniają darów jakie ich spotykają, są JAK CI POZOSTALI – W LICZBIE DZIEWIĘCIU , którzy być może myślą , że wiele w życiu im się należy, jak nie od Boga to przynajmniej, od ludzi. Tych ”9-ciu” po prostu poszło po ludzku radować się ze swojego stanu zdrowia i byli tak bardzo tym oszołomieni, że nie zdawali sobie do końca sprawy z tego „co się stało?” Łaska Boża zawsze zaskakuje , „a JEGO Duch wieje kędy chce, i nikt nie wiem sąd pochodzi…i dokąd zmierza?” Tak.. Bóg jest  obecny jest w naszej współczesności; spotyka nas tyle dobra, ale nie myślimy o jego źródle i o AUTORZE. Ludzka dobroć też czasami może nam zapierać dech w piersiach. I w takich chwilach nie myślimy, czy na to zasługujemy ale uważamy to za oczywistość. To wówczas jest  …. brak wdzięczności.

Jest  taka właściwość wdzięczności , która rozgranicza (czy tego chcemy czy nie!) dwie osoby: Dawcę i Biorcę gestu dobroci. Stawia tu jakby znak „nierówności”. Sytuuje ich nieproporcjonalnie. Często jest tak, że biorca może czuć się  zaskoczony tym, czego doświadcza ; tym że może być niezdolnym do percepcji jakiegoś daru, który wydawać się może , jakoś go przerasta. Wówczas spotykamy się z pokornym i wyraźnym odzewem . To jest piękne i godne naśladowania.

Myślę, że właśnie pokory zabrakło tym „dziewięciu”. Doznane dobro czyli łaska zamknęła ich w swym zachwycie i  euforii. Rozumiem ich bo musiały być ogromne. A ten Jeden okazał się jeszcze „bardziej opanowanym”, czego nam brakuje w chwilach radości lub smutku. Chyba można ich zrozumieć.

A my ?! zadufani w swoich przeogromnych predyspozycjach i samowystarczalności nie zauważmy cudów uzdrowień jakie dzieją się w nas, i obok nas. Dlatego wracamy do Boga nie z wdzięcznością, ale po to tylko, by prosić, obiecywać, coś ślubować, błagać, o inne jeszcze łaski niezbędne nam do życia w samozachwycie. Aczkolwiek w zanadrzu mamy zawsze i „na wszelki wypadek” schowane zawołanie, naszej obezwładniającej bezradności: „Panie ratuj!”. I dalej wielu nie chce przyjąć tego, iż w całości zależymy od Pana i  tak ciężko nam przychodzi przyjąć postawę wdzięczności. .Czujemy i chyba wiemy , że nie potrafimy się odwzajemnić Bogu z powodu lenistwa bądź życiowej inercji (obojętność i duchowa stagnacja); Lub przeświadczenia, iż nie takich darów oczekiwaliśmy….?!

W II Tym 3m1-2 czytamy : ”…A to wiedz , że w ostatnie dni nastaną czasy niebezpieczne. Ludzie staną się samolubni, chciwi, hardzi, pyszni, bluźniercy , rodzicom nieposłuszni , niewdzięczni, bezbożni….”. Tak pisał św. Paweł .  Czy to cię nie zastanawia …? Być może teraz nastały owe :  ”Ostatnie dni…” Amen

27 nied.zwyk. Rok C                                                              2.10.16

 

Słudzy nieużyteczni czyli  minimaliści wiary

 

W jakim sensie jesteśmy nieużyteczni ? A właśnie przez to, że nie przynosimy żadnego wymiernego pożytku dla sprawy Bożej; A raczej same straty. Często jest tak, że swoim minimalizmem dystansujemy tych „spoza” naszej wiary. Zadawalamy się odklepaniem kilku modlitw i może jeszcze jakaś dodatkowa praktyka świąteczna. Przez to zniekształcamy w innych obraz Boży . „Nieużyteczni słudzy” czyli podobni do najemników, którzy patrzą na to, aby im tylko zapłacono. A że za wiarę nikt nam nie płaci więc robimy to… co robimy; A właściwie  niewiele robimy pożytecznego dla WIARY i budującego chwałę Bożą.

Dziś odpowiedź Jezusa jest trochę tajemnicza. Nie chodzi tu o sprawę ilości , jak to sobie wyobrażali uczniowie , ale o PRAKTYCZNE  uświadomienie sobie – czym jest wiara (!?) Naszym szczęściem jest to, że nawet jej najmniejsze ziarnko daje nam uczestnictwo w twórczej mocy Boga. Ale jeśli to jest WIARA – a nie jakiś układ „winien–ma”; czyli:  „ja modlitwę a Bóg mi błogosławieństwo”. Za pomocą takich ziaren Bóg wstrząsa światem. I nie pozwala mu umrzeć w zgubnym samozadowoleniu. Bo czymże są np. święci, jak nie tymi niepozornymi Ziarnkami Gorczycznymi ? Oni byli i są niczym, ale to Bóg dokonuje w  ich i przez nich, wielkich rzeczy – ponieważ jest Wszechmocny .

A my ? Jeśli tak, to tylko zatrzymujemy się przy tych postaciach i czasami wyrażamy udawany aplauz, uznanie, podziw, a gdzieniegdzie nawet pokiwamy znacząco głową. I to jest nasza chrześcijańska i religijna empatia ( wczuwanie się w innego człowieka ) Jesteśmy przekonani, że to powinno wystarczyć nam… A Bogu ..?! Trudno powiedzieć….

Czy możemy oburzać się na tego stanowczego Pana ? Przecież on mógł być przyzwyczajony do takiej postawy najemników. „Bo Bóg jest wszystkim – a ja niczym” . To podstawowa zasada, która działa jak lodowaty prysznic, gdy chcemy to zastąpić naszym pysznym i egoistycznym: „Bóg niczym , a ja wszystkim” i…. wszytko mi wolno; Jestem panem mego życia i ….. mego ciała…

Nigdy nie zrozumiemy należycie w jakim stopniu Bóg jest Miłością. I jest Ojcem wszelkiej Wolności, pełnej szacunku dla nas i „naszych wolności”, tak iż nie przestaje nas szukać i upominać się o bezbronnych. Nie zmienia to faktu, iż ON jest Panem i Mistrzem. Gdzieniegdzie  pojawia się skłonność czy też pokusa, aby traktować Jego jak naszego Partnera . Na żądaniu od Niego wdzięczność w postaci łaski i powodzenia za zaszczyty jakie MU czynimy oddając się na służbę Bogu ( lub coś-niecoś dla Niego czyniąc ) ; oczekujemy „słusznej” zapłaty za godziny (a raczej minuty naszej „pracy” czyli np. adoracji!) Jemu „poświeconej”. Bez zająknięcia potrafimy wymienić nasze „zasługi” (przeważnie coś  przy tym dodając?!)

Otóż, nic od Boga nam się nie należy! To my, wszystko Jemu zawdzięczamy i możemy tylko przyjmować Jego „zapłatę”- łaskę,  z nieukrywaną radością i wdzięcznością. Na nic się zdaje odgrywanie ludzkiej komedii, ignorującej przy tym Boga. Prawdziwy uczeń Jezusa wie , że zawsze jest pod czujnym okiem Pana, i czasami jest wezwany do dawania o NIM świadectwa. Nawet gdy wydaje się, że kroczy w niepokonalnej ciemności. Lecz wówczas możemy chociaż powiedzieć, że nie jesteśmy tym przygnębieni. „Czuję się szczęśliwy czyniąc to, czego Bóg ode mnie oczekuje”. Jedyną moja pasją jest to , aby Bóg był zawsze pierwszy, nie czekając na…. może i zasłużone, zaszczytne miejsce.

Spróbujmy na przykład przeżyć jeden dzień według  Ewangelicznego przykazania miłości. Zapomnieć całkowicie o sobie. Nie wypowiadać przykrych słów komentarzy, Ne bawić się w psychologa „sypiącego” radami. Przyjąć z autentyczną pokorą, krzywdy i niemiłe razy. Jeden dzień!…  nie „odcinać” się mówiąc „A co to mnie obchodzi”. Pomóc nawet temu, który nas skrzywdził. „Ale gdzie tam ! Tego by było już za wiele; i „Co to, to nie! ” – mówimy zazwyczaj. Może mimo wszytko spróbujmy uczynić coś zupełnie „szalonego”. Wyświadczyć jakieś dobro zupełnie bezinteresownie; coś co przekracza moje zwykłe reakcje .Zacznij od małego gestu.  Dla nas faktycznie to graniczy z „szaleństwem” a to jest ta Ewangelijna normalność! Widzimy już, że w dzisiejszych czasach gesty miłości, w duchu miłości Jezusa, stały się szaleństwem! Jakie jest więc – to nasze chrześcijaństwo?!

By nie być „nieużytecznym” zrób coś bez rozgłosu. I co, chyba będzie najtrudniejsze – nie staraj się „na siłę” zmieniać nieprzychylnego zdania jakie być może inni mają o tobie. Zwracaj się przede wszystkim do tych , którzy nas nienawidzą by uzyskać przez to pewność że nie znajdziemy w rewanżu satysfakcji do jakiej przywykliśmy . „Przewidywalność” to wróg ewangelijnego szaleństwa. Gdy czekasz na to, czego się zazwyczaj spodziewasz –  jesteś „sługą nieużytecznym” – I…. będzie źle, jak będzie Ci z tym dobrze…..AMEN

26 NIEDZ. ZWYK. Rok C   Bogacz i biedak                                   28.09.16

 

Strzeżmy się przed  schematyzowaniem – bogacz to  piekło  a biedak to przedsionek nieba. Kara i nagroda – tak. Ale zbyt pochopne przyklejanie etykiet –  nie. To byłoby zbyt proste wobec jednego jak i drugiego. Tajemnica niebiańskiej i piekielnej rzeczywistości jest ogromna i  (na ten czas) nieodgadniona. Pewnym jest to, że między nimi panuje nieprzenikniony dystans. Czytamy w Piśmie.: „Między wami a nami zionie ogromna przepaść…”  Tu na ziemi trzeba odnaleźć to, co można będzie tam zabrać. Nie będą to wymierne wartości! Należy odkryć, iż Słowo Pana jest absorbujące i wymagające . Pan nie przyszedł na ziemie, „ot tak sobie”. Cel miał jasny = Zbawić człowieka i powiedzieć mu – JAK.  Że będzie oczekiwał  wyrzeczenia się siebie. Odmawiania sobie tego, co nas nie buduje , ale degraduje w JEGO oczach. Bo niebo do mnie może się zbliżać, albo jawić się jako niedostępna rzeczywistość szczęścia i harmonii.

Tam –  tak niewiele mogło zbawić bogacza, a tutaj zwykła, ale szczera jałmużna może pomóc jednemu i drugiemu . I tu i tam, zabrakło owego „minimum”. Mogą to być dobra doczesne ale ….. nie muszą.   Bo są mądrzy bogacze, ale są też i głupi. Tak, jak i nędzarze…. A poprzez minimum dobroci i wielkoduszności można sięgnąć szczytów szczęścia. Chyba… że tego tak  naprawdę się nie pragnie !? Tym współczujemy.

Ale jedni i drudzy dostrzegają w sobie dwoistość. Wiemy to, że Bóg jest Miłosierny, ale również doświadczam w sobie obecności Złego. ”Na ziemi od miliona lat dobro walczy ze złem”. Lub inaczej ( i chyba trafniej) : Dobro jest niszczone przez zło. Gdyż  Zły w nas,  przybiera przedziwne postacie i pozory, aby skazywać nas na ciągłe pomyłki;na błędy i upadki. Są więc we  mnie „dwaj”. Czasami jest biedak , a czasami pyszny bogacz. Dwa światy i dwa losy; dwie postawy wobec Boga oraz wobec spotykanego  człowieka. Ale…Zawsze pod ręką mamy nieodłączne maski zakładane w zależności od potrzeby i odgrywanej życiowo – roli .”Bogacza” wówczas gdy chcę dominować oraz pokazywać, że jestem niezależny bezgranicznie, wolny ; A „biedaka” wtedy gdy potrzebuję wsparcia, współczucia i miłosierdzia . Czasami leżę jak „Łazarz” przygnieciony małostkowymi grzechami, niewiernością Bogu i sobie samemu. A czasami jak „Bogacz” ukrywający się ze swoim „bogactwem grzechów”. Niejednokrotnie wtedy  nie potrafię prosić o „kropelkę” zmiłowania Bożego…. Grzech zamyka i izoluje. Gdy mamy „nóż na gardle” o pomoc zwracamy się i do Boga i do człowieka. Nie potrzebujemy wtedy  nawet zbytnio się charakteryzować. Niejednokrotnie jest wręcz za późno. Więc zapytam : Czy zawsze w porę dostrzegasz nędzę swoich wysiłków i swój błąd ?

A może, w stanie ciągłego nasycenia dobrami tego świata, i tym co nam oferuje, nie jestem zdolny usłyszeć głos Boga.  Nie chodzi o JEGO spektakularny (czyli rzadki) sygnał , jak tego pragnął bogacz ,  ale głos mówiący przez codzienne wydarzenia, nieszczęścia ludzkie, sumienie, wolę i …..ciszę. Biedny nie był zapatrzony w siebie, bo nie miał już nic. Raczej nie nienawidził… I nie wiemy też czy zazdrościł innym bogactwa (prawdopodobnie –tak) , ale wiemy natomiast, iż był uwolniony od wszelkiego balastu tego rodzaju. Gdyż  względnym a czasami niebezpiecznym jest to, co ludzie nazywają szczęściem, bo jest to iluzja albo coś określanego „na siłę” jako – szczęście. ”Ile ludzi tyle definicji szczęścia”.

Pamiętajmy , że im więcej ktoś jest dumny z siebie , tym więcej musi myśleć o innych wartościach by nie wpaśĆ w izolujący stan samozadowolenia. Źle pojmowane bogactwo – izoluje i zamyka w swój mały mikroświat. Biedak był naprawdę wolny i prawdziwy . Był bez maski. Był łatwo rozpoznawalny dla Boga.. Bóg go nie musiał szukać, bo on sam Boga odnajdywał. W swojej biedzie z NIM się zaprzyjaźnił….. Obyśmy i my byli w takim położeniu. Możesz mieć bogactwo, ale zrzuć maskę. Nie możemy schodzić z tego świata w masce….. W Apokalipsie św. Jana czytamy… dosłownie…„Obyś był zimny albo gorący , inaczej wypluje Cię Bóg, ze swoich ust”; wiec nie bądź letni czyli obojętny. To postawa Bogu obrzydła.  AMEN

25 nied.zwyk. Rok C

 

Ta Ewangelia o sprytnym zarządcy wcale nie jest taka trudna . Jego spryt nie stanowi żadnego wzorca ewangelijnego, ale zastosowana tu perspektywiczność myślenia i patrzenia naprzód czyli przewidywania, została jednak przez Jezusa podkreślona. „Jeśli wiesz, co jest twoim celem, myśl  na wszystkie sposoby, aby to osiągnąć”. W tej przypowieści jednak ktoś został oszukany !? To ten właściciel , którego dłużnicy zostali  przez zarządcę nakłonieni do zaniżenia swoich zobowiązań. To nie było sprawiedliwe i uczciwe. Na uznanie, w oczach osób trzecich znajduje , jego zapobiegliwość. Dlaczego my tacy nie jesteśmy jeśli idzie o wartości duchowe czy dobra wieczne?! Dlaczego ludzkiego sprytu nie stosujemy tam, gdzie idzie o sprawy zbawienia ?!O sprawy ducha…?! Nie potrafimy poświęcić rzeczy i spraw drugorzędnych dla wyższej sprawy…?!. Nigdy chyba nie zrezygnujemy z mamony na rzecz sprawy Pana. Nawet nie pytamy się Pana czy ON pochwali nasze ryzyko ?!Bo tak na prawdę nam  na tym nie zależy!!! Na sprawie duchowych inwestycji. Wystarcza nam to, że jesteśmy przekonani o nieskończonej wyrozumiałości i miłosierdziu PANA dla swoich podwładnych; Dla nas więc uważamy iż wszystko nam można. A ryzykować trzeba zawsze i wszędzie. Mimo iż u nas w cenie jest stagnacja i bezruch; Nie wychylanie się. Myślimy, „że jak ktoś nie ryzykuje to nie zgrzeszy”. To nas usprawiedliwia. Choć czasami jest to prawda

.

Wyobraźmy sobie ofiarę młodego człowieka, który wybiera drogę służby Panu za cenę miłości i szacunku ojca czy matki, którzy są innego zdania i są za innym wyborem. ”Kto nie ma w nienawiści ojca i matki nie jest MNIE godzien”…. Pamiętamy tę  Ewangelię?

Powtarzam – trzeba wyjść poza schemat tej przypowieści i zrozumieć pochwałę zastosowanego myślenia „synów tego świata”, którego, w tym momencie treścią jest przyszłość. W tym wypadku niegodziwa mamona (nie chodzi o sposób jej zdobycia, ale to iż była nie-przynależna zarządcy) posłużyła do zabezpieczenia spokojnej przyszłości. Nie potraktowanie właściciela jest godne naśladowania!, ale zastosowany zabieg ratowania zagrożonej przyszłości zarządcy. Pierwsze to nie myślimy o naszej przyszłości; a drugie to nie ma w tym względzie żadnych poświęceń ani „światowej” operatywności. A przyszłość to Niebo i wszelkie środki zastosowane, aby tam zapewnić sobie miejsce – są dozwolone.

A My nie uważamy, że należy o cokolwiek się troszczyć w sprawach ducha. To nas mało interesuje. A tymczasem jest inaczej! Trzeba się starać, wykorzystując materialne ,ludzkie środki by osiągnąć dobro niebieskie. Niebo – to Dobro, na które trzeba zasłużyć i zdobywać wysiłkiem, jak wszystko co wartościowe w naszym życiu i jako takie, „nie leży na ulicy”. To drogocenna perła, którą gdy się ją znajdzie (wiara), bo Bóg ci pozwala znaleźć, to wówczas trzeba porzucić wszystko , wyzbyć się wszystkiego ( co jest „niegodziwą mamoną”), aby ową perłę posiąść. Tutaj stanowisko zarządcy było roztropne bo ów człowiek poświęcił wszystko (zaufanie właściciela, lojalność, reputację, ewentualne korzyści ale i zaryzykował ogromne straty gdyby się nie udało?!!), zaryzykował wszystko , aby zatrzymać owo Dobro dające spokój i bezpieczeństwo .

Myślę iż to WIARA  stanowi sedno  tej przypowieści. Niby ją mamy w zasięgu możliwości, jako niebo dla wierzących , ale trzeba się natrudzić, aby Jej nie stracić. Idąc przez życie ciągle coś zyskujemy, ale i … tracimy. Pamiętacie słowa Jezusa, że ci „niegodni” dziś w naszych oczach , mogą nas wyprzedzić w drodze do nieba.

I co z tego, że niby masz pracę , stanowisko, niebo będące tobie zaofiarowane – obiecane i wysłużone męką Jezusa , jeśli się nie starasz na wszystkie sposoby – to możesz zostać tego- pozbawiony. Możesz się sam pozbawić. Przez pasywność w podejściu do swej wiary i jej rozumienia. Msza Święta tylko w niedzielę to za mało; to postawa braku owej roztropności dzisiejszego zarządcy….?!

 

…Co i jak POMYŚLIMY o właścicielu, JEŚLI DOWIEDZIELIBYŚMY SIĘ, ŻE ON CAŁĄ SYTUACJĘ SPREPAROWAŁ ?! I zastosował taki – test operatywności zarządcy … Czy miał do tego prawo ? Być może , to właśnie ON jest właśnie, niewidzialnym i głównym aktorem dzisiejszej przypowieści ?! Czy nie miał prawa upewnić się o predyspozycjach swojego „Zarządcy”, KTÓREMU POWIERZYŁ TAK WIELE ?!!  Jak… według nas, oceniłby postawę swojego pracownika?! Czyżby to było nieładne w jego wykonaniu ?  Odpowiedź twierdząca zaczyna wykraczać poza granice ortodoksji . Więc UWAGA ! Nie śpieszmy się więc ze swoimi sądami…. AMEN

24 nied. zwyk C                      SYN  UBOGACONY

 

Wydawać by się mogło, iż na pierwszy plan dzisiejszej Ewangelii wysuwa się postać Młodszego Syna opuszczającego dom rodzinny . Gdy jednak przyjrzymy się uważniej motywacjom kierującym, tak Jednym jak i Drugim Synem , sytuacja staje się już nie tak klarowna. Chyba jednak postać Starszego Syna nie jest tak przeźroczysta, jak wydawałoby się na pierwszy rzut  oka. Idąc więc dalej po tej linii zauważamy, że jego pasywna osoba nie była tak bezapelacyjnie oddana Ojcu; I nie tak w 100%  Jemu przynosząca spokój i oddająca choćby po części, wcześniej ofiarowaną miłość Ojcowskiej troski. Uważam, iż pasywność w dziedzinie okazywania OJCU miłości przez Starszego Syna, wynika także z braku działań mogących powstrzymać Młodego . Nie ukazał mu, być może, wyraźnie że pobyt w domu rodzinnym może przynosić szczęście trwania w kochającej wzajemnie wspólnocie. Być może to on właśnie zaciemniał mu sielankowy obraz atmosfery domu rodzinnego. Może nawet jakoś uprzykrzał mu życie. Bo nie sądzę, aby to postać Ojca sprawiła czy obudziła w nim pragnienie poznania różnorakich kolorów życia. „Różnica pokoleniowa” nie sprzyja zacieśnianiu więzi międzyludzkich, ale rzadko popycha też do tak drastycznych posunięć.

Starszy, chyba nie uczynił nic, aby brata zatrzymać w domu. A może nawet odetchnął z ulgą, iż on staje się w tym momencie jedynym i prawowiernym spadkobiercą tradycji rodzinnej. Można podejrzewać, że Starszy zazdrościł bratu i też pofolgował by sobie, gdyby nie obawiał się utraty tego wszystkiego co posiadał; Gdyby nie liczył się zbytnio z opinią otoczenia. On  nie czynił grzechu,, aby nie urazić Ojca albo innych ludzi, lecz z tego powodu, że się bał zepsuć sobie opinię. Bo nie słyszymy… aby później zrobił cokolwiek by Młodego przyprowadzić z  powrotem do domu.(?!)

Czy w tym momencie zaczął pokutować?! Chyba, że pokutą była świadomość, iż zostało się wyprzedzonym przez syna marnotrawnego. I nie tylko przez niego, ale i wszystkich,  JAKOBY  niegodnych ; według naszych ocen i kryteriów. „Pozostawanie w miejscu” kiedy trzeba  wyjść i pomóc, może być czasami grzechem. W chrześcijaństwie nie chodzi tylko,  by otoczeniu uzmysławiać brzydotę grzechu , ale przede wszystkim ukazywać piękno łaski; czyli wartość proponowanego nam przez Boga – Miłosierdzia. Istotą chrześcijaństwa  jest przekonanie innych, iż pójście za Jezusem daje więcej szczęścia, niż wybór mizernych bogactw tego świata. Istnieją bowiem większe wartości niż pieniądz , władza czy przyjemność. Błąd Starszego polegał też na tym , że nie „wyłożył” tego Młodszemu. Być może nawet sprowadził zamieszkiwanie pod dachem Ojca, do kwestii regulowania praw, obowiązków, powinności czy nakazów. Do przestrzegania jakichś, być może,  ciasnych norm  moralnych…(?)

Można chyba stwierdzić, iż my czasami uzurpujemy sobie prawo do tego by radzić , nawracać, podpowiadać i pouczać ludzi „co mają robić” i „jak się zachowywać”…. a zapomnieliśmy im powiedzieć KIM SĄ …W oczach OJCA.

Jakże często, my, tak ustatkowani chrześcijanie , okopujemy się i wystawiamy zasieki, aby nas NIKT nie dotknął czy też nie sprofanował naszego błogostanu. Jesteśmy zadowolenie ze „swego chrześcijaństwa”, nie bacząc na to, iż tylu ludzi od nas odchodzi; Lub wcale do nas – nie dołącza.  Nie zauważamy, iż to właśnie my, czasami kreujemy owych „synów marnotrawnych”, będąc zamkniętymi w kokonie naszych spraw; naszych „inwestycji życiowych”; owiniętych przy tym aureolą samozadowolenia. W naszej drodze do nieba, do Zbawienia, nie zauważamy ilu „młodszych synów” dokonuje mylnych i zgubnych wyborów; Przy naszej milczącej aprobacie. Lecz nie twierdzę również, że to my jesteśmy odpowiedzialni za wszystkich „pogubionych”. WSZAK.. ..„Wszystkim ludziom ogłoszona została Jedna i ta sama Ewangelia..”

Ale może okazać się , że to wcale nie  Bóg wybrał niektórych  , ale to oni się JEGO  uchwycili, i z wyrachowaniem  uczestniczą w JEGO WESELU nie mając stroju odpowiedniego, a nawet czasami jest on  mocno pobrudzony.

Nie Syn Młodszy; ani nie Syn Starszy, jest pierwszoplanową postacią dzisiejszej Ewangelii. Jest nią  Osoba Miłosiernego i przebaczającego OJCA i ten Jego gest zarzuconych na szyję dziecka – otwartych ramion. Bo chrześcijaństwo mierzy się właśnie szeroko otwartymi ramionami. Czy jesteśmy gotowi, do tak szalonego i otwartego gestu?!  Jeśli nie, to chociaż  chciejmy i sami korzystajmy z ofiarowanego nam Miłosierdzia OJCA – na wzór Młodszego Syna.. AMEN

 

 

23 niedziel zwyk. Rok C

         Autentyzm i imitacja

Prawdziwym uczniem Jezusa jest ten, który prawdziwe Jego kocha. Dodajmy i powtórzmy – PRAWDZIWIE , a nie byle jak, udając oraz symulując miłość a tworząc dziwną intelektualno-mentalną konstrukcję nazywaną WIARĄ. Bo rzeczywiście jest dużo takich wśród nas, co się do Niego „zgłaszają”. Lecz przy najmniejszej wymagalnej ofierze , dezerterują i odchodzą …A dlaczego ? Dlatego bo zgłosił się do NIEGO mój dziadek, ojciec,  moja mama ? …A może dlatego, że z mojego środowiska i rodziny chodzą za NIM wszyscy ?..TRADYCJA. Albo że w czasie katastrofy, choroby potrzebuje pocieszenia, i nie mam do kogo się zwrócić, I w nikim nie mogę już złożyć mojej nadziei  lub tego, co z niej zostało? …Lub że to jest KTOŚ, kto mówił tylko prawdę i mądrością swoją zadziwiał i zadziwia świat przeszły i obecny ? Tak wierzę bo to jest miłość „ze względu na coś”, a nie jest bezinteresowną Obecnością przy NIM …. To nie miłość ale upodobanie lub chwilowe zainteresowanie.

Nie , nie; to wszystko są niewłaściwe powody. Autentycznym i rzeczywistym czcicielem jest ten, kto GO poznał i zrozumiał, iż JEGO Osoba jest mocnym fundamentem; Jest skałą życia , sensem trwania tu na ziemi ; Trwania,  które zapewnia mi wieczną świadomość i współprzebywanie z Bogiem, Stworzycielem i Mądrością Wszechświata; na końcu mojej podróży …. i dalej – poza ten koniec. Mądrością, która obdarzyła mnie czymś tak wspaniałym jak – dusza nieśmiertelna.

Miłość Chrystusowego Zwolennika – Ucznia, gotowa jest iść na krzyż i mieć w nienawiści nawet tych bliskich, którzy sprzeciwiają się i stają w poprzek drogi do MISTRZA. Choćby to byli ci najbliżsi .Do konstatacji (stwierdzenia) takiego radykalizmu nie doszedłby człowiek sam , gdyby nie była nam podana dzisiejsza przypowieść! To czego Chrystus oczekuje to nie zwykły brak sympatii , czy lubienia i upodobania , ale radykalne i bolesne odejście „Od” czyli nawet bolesna i dotkliwa dyskredytacja. Bo miarę miłości daje ON sam. Ona musi być większa niż miłość ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr. Gdyby tego było mało ?… to jeszcze ona ma dystansować nas od – samego SIEBIE.

I jeszcze jedna podpowiedź; Jeśli chcesz iść za NIM, siebie i innych nie rozczarowując, trzeba policzyć swoje siły, byś w pół drogi nie zawrócił. Spokojna ale stanowcza ocena swoich sił czy w staraniu się o JEGO miłość i w walce ze swoim otoczeniem , z krewnymi, przyjaciółmi i samym sobą; czy w walce, która będzie moim krzyżem, to ocena czy zdołam kroczyć za NIM jeśli chcę bezpiecznie przejść za próg wieczności i mojej bezsilności. Bo bez podjęcia krzyża , który nie jest łatwo przyjmowany, ani godzony z odruchami naszego serca , bez tego podjęcia – nasza miłość do Jezusa będzie mocno podejrzana i podatna na podmuchy; Na pewno nie – Ducha Bożego….

A jeśli stwierdzę, że moje życie zakażone jest bylejakością i brakiem zdolności do podjęcia krzyża, to wówczas należy odważnie wystąpić z tłumu kroczących za NIM i wrócić do ….kratek konfesjonału. Czyli nie odejść „na stałe” , ale na czas porządków duchowych i swojej niewierności by spod szlamu byle jakiej codzienności, odkryć postać niewinnego i przestraszonego dziecka potrzebującego obecności OJCA. Nie na miejscu jest wtedy krzyczeć o swojej doskonałości i chrześcijaństwie . Tego czego, Bóg i bracia, oczekują to twoje złożone ręce i pokorna modlitwa wynagradzająca: „Panie racz dać mi łaskę i potrzebę miłowania Ciebie …i…. nagrodę, którą będzie, jeszcze większa miłość CIEBIE czyli taka jakiej jesteś Godny. Miłość ponad wszystko … nawet ponad tych, których kocham miłością ludzką … Nie porównując łez Twoich  i …ich……….. AMEN

22 nied. zwyk. C                                                                                28.08.16

Dziś odczytana Ewangelia jest zaadresowana do wszystkich, którzy chcą realizować przynajmniej minimum nauki Jezusa; A której mały fragment stanowi nauka o pokorze. Wyobraźmy sobie scenę przyjęcia, na którym obecny jest Nauczyciel oraz JEGO stali antagoniści czyli faryzeusze. Oni stanowili ozdobę każdego przyjęcia; i je nobilitowali w oczach przybywających tam gości i  bezstronnych obserwatorów. Według zwyczaju wschodniego można było tam wejść wszystkim chcącym przyglądać się ucztującym. Liczni biesiadnicy więc  mieli okazję wykazać się, jeśli nie autentyczną wyższością nad innymi, to przynajmniej – pozorną. I w tym momencie było miejsce na zachowanie się , albo kulturalne,  albo przynajmniej roztropne.. ”Każdy, kto się wywyższa, będzie poniżony…”. Gdyby to mówił  Jezus o stosunkach międzyludzkich to można by rzec :” Pomylił się .” W naszym świecie jest zdecydowanie inaczej. To bezwzględni idą w górę ; słabi idą na dno…”To przecież nieszczęśliwi naiwniacy”- czasami się słyszy. Pokorny, wydaje się być bez perspektyw życiowych. Człowiek pełen lęku, uległości i całkowitego przyzwolenia. Gdzieniegdzie słyszy się że: „Nie warto być pokornym bo cię zawsze wykorzystają…” Ale Bóg widocznie ma inne hierarchie ocen – niż nasze. Ma swoją zasadę „pchania w górę” poprzez wcześniejszy stan uniżenia. ”Dno” daje solidne i pewne podstawy „do wybicia się” niż „paniczne” chlapanie się, przy braku umiejętności „pływania”.

Przeciwstawieniem pokory jest – pycha. „Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa , albowiem nasienie zła zapuściło w nim  korzenie”. Może pojawiać się w relacji człowiek – człowiek , nigdy człowiek – Bóg. Bo w tej relacji nie ma mowy o przewyższaniu kogokolwiek. Liczy się tylko autentyzm. Na hipokryzję i obłudę nie ma miejsca. A jak często, pyszałkowie pragnąc ukazać swoim zachowaniem, że mają jakikolwiek związek z Bogiem, tylko udają przed sobą i przed ludźmi. Lecz pierwszy i drugi przypadek nie mają sensu, bo nie zbawi ich ludzka opinia i sąd – ale Bóg ! A Bogu jest znany stopień autentyzmu ich ducha.

Taka „gra” może się udawać tylko przed ludźmi. Ale i to przeważnie do pewnego czasu albo sytuacji krańcowej życiowo. Bo w życiu duchowym nie istnieje pasożytnictwo. Każdy duch żyje życiem tylko własnym i wszystko, co z niego wyrasta; wszystko w czym życie ducha się przejawia – jest jego i tylko jego. Z Ducha Bożego wyrasta jedynie Miłość co Stawarza i zbawia swoje stworzenie. Z  przewrotnego ducha ludzkiego wychodzi kłamstwo, fałsz i nieprawda. Z ducha ludzkiego aż do samej śmierci wyrastać może dobro i zło.

Dzisiejsza Ewangelia jak skalpel wycina raka toczącego nasze wnętrza – PYCHĘ. Nią dusza zainfekowana, gnębi człowieka i jest przyczyną wszelkich innych upadków grzechowych. Jest oznaką głupoty osoby człowieczej, która i tak w popiół się przemieni. Pozostanie tylko większa górka popiołu: „Obmierzła jest przed Panem”. Są ludzie próżni goniący za zaszczytami. Autor Listu do Galatów powie : „Zarozumialcy o wyniosłych spojrzeniach”, aroganccy, popisujący się rozrzutnością lub kamuflujący swoją biedę. Nie znoszą żadnego napomnienia. Czują obrzydzenie do pokory i służby. Pamiętajmy że ! W Piśmie Świętym Bóg rzuca „klątwę” na pysznych ludzi ; czuje do nich odrazę; więc to nie  tylko kwestia zainfekowania relacji międzyludzkich! Pycha wkracza na teren wiary czyli dotyka przyszłości człowieka, ale i pragnie wkroczyć w obszar nietykalnego Boskiego ekskluzywizmu ( Niedostępności Bożego Życia i Tajemnicy).

Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Pycha trzyma człowieka daleko od Boga czyli zatraca go na wieczność. Pysze trudno się uniżyć by Boga prosić. Jeśli Boga o nic nie prosisz jesteś nią opanowany! Pycha udaje, że grzechu swego nie widzi. Egzystuje w ramach fałszywego obrazu samego siebie.Za pysznymi się nie rozglądaj. Pełno ich na tym świecie. Miej raczej bystre oko i postaraj się odkrywać skromnych i mądrych ludzi. To jest naprawdę trudniejsze.

„Synu o ile jesteś wielki; o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana”. Pysznych raczej się bój bo oni lubią miażdżyć swoje otoczenie. Żyją w tak fałszywym świecie jak oni sami. Patrz w siebie ; siebie umiej oceniać krytycznie , przyjmuj dobre rady; Kochaj swoje życie gdy jest ciche, skromne i cierpliwe. Wtedy właśnie okażesz się wielki przed ludźmi i Bogiem. „Kładę przed tobą życie i śmierć… Wybieraj. Amen

XX niedz. Zwyk. Rok C

Usłyszeliśmy trudny akapit Ewangelii, jeśli odczuje się go zbyt dosłownie. Bo o jaki ogień tu chodzi? Rozważmy ten jego rodzaj, który pojawił się w słowach Jezusa. Pewnym jest:  że Jezus nie chce zniszczenia tego świata ponieważ przyszedł, aby go zbawić, oddając za tę sprawę życie. Na pewno nie mówi o „ogniu spustoszenia” wszystkiego czego dosięgnie, a co być może, stoi na przeszkodzie realizacji Bożego planu zbawienia człowieka?! Wręcz przeciwnie Jezus zabrania uczniom sprowadzenia ognia na wieś, która nie ugościła zbyt przyjaźnie uczniów. Odpowiedź Jezusa dana Janowi jest wyraźna: ”Czy nie wiecie jakiego ducha jesteście?” czyli nie rozumiecie czyją sprawę tu na ziemi będziecie reprezentować ?Nie swoją, ale Bożą. Bo dla Jezusa jest tylko jeden rodzaj ognia – to Ogień Bożej Miłości, rozpalający serca. Który władny jest przemienić świat. Świat, z którego należy wypalić bezpowrotnie zgniliznę przewrotności, bałwochwalstwa, egoizmu i sekularyzmu. Należy zaprzestać tworzenia układów niszczących życie narodowe oraz siejące anarchie w ułożonym świecie Bożego porządku. To wszystko, już powoli spopiela Słowo Pana zasiane w tym naszym świecie. Ale jeszcze kolej na nas, by ujawnić przed Panem zgliszcza naszych egocentrycznych mikroświatów; grzesznej małości i beznadziei. Trzeba podpalić nasz „święty” i „kanapowy” spokój”. Nasze złe i toksyczne znajomości. Być może naruszyć więzy rodzinne czy koleżeńskie. Nasze serca wypełnione „łatwą i pozorowaną – bo sporadyczną religijnością” (taką raz w tygodniu)

Jego Słowo, które wypowiada jest Ogniem który „pożera” zepsuty porządek; Trawi wszystko, co cuchnie stęchlizną pysznego samozadowolenia i bezruchu wobec dziejącej się wokół  krzywdy. Ale Ogniem jest i …Sama Osoba Jezusa odmieniająca ludzkie zachowania. A my….?! Chcielibyśmy, aby „Ogień Słów” Jezusa nie naruszał naszego spokoju; Ustalonego porządku, w którym wszystko ma swoje miejsce : I Dobro i zło;  Miłosierdzie i grzech. Chcielibyśmy, aby ten ogień nie naruszał naszej wygodnej stagnacji, która nie wymaga już od nas żadnych starań ani poświęceń. Gdzie nie ma potrzeby myśleć o innych, bo przecież każdy jest „kowalem swego losu” – tak mówimy….

Tym Ogniem jest także Ogień Pięćdziesiątnicy, a którego znak był widoczny nad uczniami w Wieczerniku. I musimy wiedzieć o tym, że jak wyjdziemy „na zewnątrz”; do ludzi, aby ten ogień rozpalać Ogniem Jezusa, wówczas tym faktem możemy sprowokować swoje otoczenie. Może ojca; może matkę; czy też rodzeństwo lub koleżeństwo. Forma tego ognia nie wszystkim będzie odpowiadać. Wtedy będą gasić naszą gorliwość, swoim chłodem, ironią, złośliwością a może nawet groźbami.

Jeśli jesteś człowiekiem wierzącym muszą w tobie palić się Dwa Ognie: ten Ewangelijny i Ogień Wiary jaki w sobie winniśmy podsycać. Ten pierwszy odnosi się do spraw zasadniczych opierając się na prawdach niepodważalnych. To przykazania.  Momentami jest On  przeciwny naszym żądzom, oczekiwaniom i pragnieniom i wydaje się nam, że nas ogranicza. Ale tylko wydaje się ! Nie współgra z naszymi małymi sprawkami; nie pasuje do naszego życiowego sprytu. Ale, to ten ogień wynosi nas właśnie na wyżyny naszych duchowych możliwości i poświęceń. Lecz ten drugi ogień czasami jest tylko takim „płomykiem”; troszkę oświecający nasze decyzje i „spalający” to, na co zgadzamy się a co już nie może pomieścić nasz beznadziejnie kompromisowy  charakter.. Czasami one razem tworzą taki kopcący płomyk – a nie są żywym ogień oczyszczenia .To nie jest Boży Ogień! Ten nasz ogień to taki mikry płomyk bo lubimy czasami żyć w półmroku, aby wszystkiego nie zobaczyć. Polubiliśmy być –  niejako – ludźmi „niedowidzącymi”. To jest wygodne.

Nie ma więc granic nasze zdumienie kiedy słyszymy; „Czy myślicie że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie powiadam wam lecz rozłam”. Nie, żeby nam przyklasnąć i pogłaskać po głowie, ale żeby nas obudzić! Że nie wszystko jest takie kolorowe jak nam się wydaje. Ten pokorny Bóg- Człowiek przymusza do czynienia wyborów bezkompromisowych , wyzwala przygasłe emocje. Nawet wśród swoich będzie miał tych, co GO przyjmą, a potem wyproszą ze swego życia. Tych, którzy widzą GO odległego; „Po Prawicy Ojca”, a nie dostrzegają GO w spotykanych codziennie, nieporadnych ludziach. To są tacy religijni romantycy; Którzy nie widzą prawdziwego obrazu życia. My natomiast wiemy, iż każda prawdziwa Miłość wymaga ofiary i często wywołuje  łzy. Ona zmusza do „patrzenia pod nogi”; i wokół siebie oraz do dokonywania bolesnych wyborów. Bo miłość jest groźną bronią w ręku takich „Fanatyków” jakimi powinniśmy być; Ale musisz być przygotowany na to, że ich się eliminuje a przynajmniej nie lubi .Do tego stopnia, że czasami chce się ICH  usunąć. Tak jak Jezusa….

Spytam więc : A TY człowieku wierzący…? Czy stajesz z NIM pod krzyżem; czy stoisz z daleka obserwując spokojnie co się dzieje ? Czy aby przez swoją postawę nie konserwujesz starego świata ?! Czy może go podpalasz?  Pokój jaki przyniósł Pan nie jest „świętym spokojem”; Nie ma on tonacji kołysanki. To nie jest życie bez problemów; I również to nie są wakacje na „rajskiej wyspie”. A czasami wręcz przeciwnie. To jest nasza codzienna „walka o Ogień”! Powinnością naszą jest więc , by ON płonął aż do końca świata. AMEN

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

XIX Niedz. zwykła Rok C

 

Już raczej nie robimy tego błędu, iż myśląc że jak Jezus mówi do swoich uczniów „Pan powiedział do uczniów….” – to nas już to nie dotyczy. Słowa wypowiedziane dawno temu, gdzieś tam nad jeziorem czy w górach, przed dwoma tysiącami lat, są jak najbardziej aktualne w XXI wieku. Bo Chrystus jest obecny w każdym miejscu, i w każdym czasie . Tym co pragnie dziś podkreślić to potrzeba czujności chrześcijanina. Czyli ciągłej świadomości co może się wydarzyć w naszym także życiu. A tym  wydarzeniem będzie powrót na ziemię  Pana, który przyjdzie zobaczyć jak Jego zarządca czyli my wszyscy wypełnił powierzone mu  zadania. Tu nie może być już żadnego zaskoczenia ani żadnej nieświadomości.” Bo gdy jest świadomość jest grzech”.

W życiu chrześcijanina nie może być błądzącej, improwizacji oraz myślenia że: „jakoś to będzie”… Nie może też być postępowania „na oślep” lub „w ciemno”. My zostaliśmy :”o tym co będzie” poinformowani, dlatego zwłaszcza od nas będzie się więcej wymagać .Musimy więc być oparci o zdrowe zasady i Jezusowe wytyczne.  Gdyż wiemy dokładnie czego mamy się spodziewać .A nasza , chrześcijańska wiara jest „poręką tych dóbr..” (św. Paweł) czyli pewnością tego , co się wydarzy .Wiara jest najsolidniejszym fundamentem i jest zaufaniem. Zapewnia ona nam posiadanie tych rzeczy, których jeszcze nie mamy  a nawet ich nie oglądamy. Śmierć będzie ostatecznym testem naszej wiary, który wówczas się rozpocznie i Pierwszym Sądem przed tym Ostatecznym.

Kiedy Pan przyjdzie to Jego łagodność przewyższy Jego wymagania lecz strzeżmy się przed myśleniem, że z tego powodu wszystko nam wolno, bo mówimy : „Bóg i tak mi wszystko wybaczy…” Tak podważamy zasadność istnienia piekła czyli przeinaczamy Jego nauczanie. Stajemy się „reformatorami” Kościoła. A Św, Paweł powiedział kiedyś „że biada mu gdy zmienił coś z tego czego go nauczono”; by zmienił jedną literę Ewangelii. To jest grzech przeciwko Duchowi Świętemu, o którym Jezus powiedział, że nie będzie człowiekowi odpuszczony  …(!?).Nasza ludzka sprawiedliwość mówi, że „za czyn dobry nagroda , a za czyn zły kara…” Wystarczy ,. Wtedy za późno będzie narzekać na Jego stanowczość. A kiedy już się zjawi , będzie to niespodzianką, że to nie Jego będzie się obsługiwać lecz ON sam znajdzie radość w służeniu swym przyjaciołom, tak jak w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jedynie ON potrafi pogodzić tak zdumiewająco odwrócone postawy. Nie żąda, od tych co MU służą aby zasługiwali na taki zaszczyt , ale oczekiwać będzie jedynie aby byli gotowi na spotkanie Miłości Prawdziwej.

Stan gotowości ; Czujności; Uporczywości; Modlitwa; Zdolność odwracania się od tego, co może odwrócić uwagę od spraw dla nas istotnych- od momentu powrotu Pana a przede wszystkim od miłości Nieobecnego – To są znamiona chrześcijańskiego czuwania.

 

18 nied.zwyk. C                                                                     31.07.16

 

Głupota ludzka, czasami polega na tym , że nie myśli się o sprycie tego  Złodzieja, co nie kradnie majętności a często ich wręcz przysparza, aby dostać się do duszy człowieka. By tam, za  pomocą materialności wywołać  pomieszanie  człowieczych  wartości. Tak, by był on przekonany, iż to pieniądz czyli  materialność – musi określać jego myślenie. Ten „Złodziej” dostaje się do świadomości człowieka, gdyż tam zaczynają się  problemy człowieka. Nie musi to być utrata jakiejś ilości monet, ale problemem jest pustka w duszy.

„Ten Złodziej” nie kradnie majętności, bo wie i my to wiemy , że to nie jest „czarodziejska różdżka”, która daje prawdziwe szczęście.  Bogactwo jest środkiem a nie celem. On kradnie   więc samych właścicieli, tak by oni niebawem stali się jego sługami. Później  „okradzeni” sami już oddają temu „Złodziejowi” swoją mamonę czyli swoje życie pogrążając się doszczętnie w różnych uzależnieniach. Rychło, stają się właścicielami takiej „mamony”, która nie daje już żadnej satysfakcji.

Jednym ze sposobów pewnego zabezpieczenia naszych majętności jest… złożenie ich w ręce, prawdziwie  biednych; Do pustych żołądków naszych bliźnich; Do niedogrzanych mieszkań – a nie do banków – Dzisiejszych Spichlerzy! To, u potrzebujących – jest możliwym bezpieczne zdeponowanie nadwyżek naszych dóbr. Taką „operatywność” akceptuje Chrystus. Lecz ludzie niechętnie słuchają JEGO  gdyż są bardzo przywiązani do swoich pieniędzy…Bardzo lękają się o nie …Nawet aż do ostatnich chwil życia …!?

A przecież …wiemy, że kto kocha pieniądze ten raczej nie kocha ludzi, z którymi można się podzielić. A kto nie kocha ludzi – daleki jest od miłowania Boga.  Gdy nie kocha Boga i ludzi, chyba nie akceptuje i siebie?! Jest zniechęcony oraz zgorzkniały. Ludzie więc chcieliby zmienić Ewangelię – tworzą własną JEJ wersję. Bo Ewangelia JEZUSA ich obnaża; Ujawnia niewesołą prawdę o nas . Mówi wprost jacy jesteśmy. Dlatego ludzie próbują powiedzieć , że „Ewangelia jest nie-dzisiejsza”.

W mniemaniu wielu osób, obraz człowieka bogatego kojarzy się  ze stanem szczęścia i radości. Jednak nie zawsze tak jest . Wspaniałe samochody, luksusowe jachty, najwytworniejsze przyjemności – czasami mogą być tylko maską i „namiastką szczęśliwości” a nie szczęściem!; Są często maską skrywającą uczucie nienasycenia  i… bezkresne smutek, iż bogactwo, nie zapewni im wieczności. Nie wykluczamy innej sytuacji , ale mówimy o tym, co ma  miejsce niejednokrotnie.

Z naszego punktu widzenia, bogacz okazał się, ze wszech miar, człowiekiem zapobiegliwym. Jednak nasze myślenie w kategoriach ziemskich czasami rozmija się z prawdą o Życiu Wiecznym.

O dziwo ?! Bogactwo  raczej  nie jest tematem wiodącym tej dzisiejszej Ewangelii. Pozostawmy to na boku. ALE pomyślmy czy nie chodzi tu o  „Prawo każdego, do wskazania mu kierunku życia  w osiągnięciu życia wiecznego” – To jest chyba istota tego Ewangelicznego przekazu! I także prawo każdego do błędu , gdy ktoś nie zostanie „naprowadzony”  przez ludzi dobrego serca – aczkolwiek biernych. Nie może być ta przypowieść wykrzywiana przez nasze podejrzliwe wyobrażenia o pochodzeniu czyjegoś bogactwa. To wyrzut pod adresem tych, co są pasywni w swoim Posłannictwie Misyjnym. Tacy ludzie mówią  :”To nie mój problem” i również: „Każdy jest kowalem swego losu”. Jeśli już chcemy się kogoś podsumowywać… to może  tych, których „bogactwo zachowań” nie jest tak wymierne – jak dzisiejszego przedsiębiorcy. Nie widać tego „gołym okiem”. Bo spotykamy tylu awanturników, burzycieli ładu społecznego; deprawatorów moralnych, ludzi nieustannie knujących , oszczerców czy gorszycieli.  To oni , nie próbują nawet myśleć o tym!, co czyni człowieka „bogatym” przed Bogiem.

Tak  więc należy czasami  „dać spokój” ludziom majętnym, bo dla wielu z nich bogactwo nie jest celem, jakbyśmy to im sugerowali.

Dzisiejszy człowiek próbuje odnaleźć drogę do nieba a która wydaje się być, zastawiona przez mylnie rozumianą przypowieść o „bogatym człowieku”. I jeszcze jedno, co określa nasze odniesienie do tego Przedsiębiorcy:  Chyba łatwiej odnajdujemy siebie wśród ludzi pasywnych i zniechęconych, bo na operatywność i zapobiegliwość tego Przedsiębiorcy nas, po prostu,  NIE STAĆ….!? AMEN….

 

 

 

 

17 nied.zwyk. Rok C                                       24.07.16

 

Chciałabym zostać przez pewien czas, zostać współczesny księciem, przed którym otwierane są wszystkie drzwi, zapalane światła; I który musi uważać jak się porusza i co mówi, ponieważ czyhają na niego wszędzie czułe mikrofony i wycelowane są aparaty paparazzich . A  wszystko, po to, aby zatęsknić za chwilą kiedy będę mógł z powrotem, usiąść niedbale na swoim ulubionym fotelu; Może i w samej koszuli, bez krawata by poczuć się wolnym; prostym człowiekiem bez zbędnego napięcia. Mówię o dostojeństwie i jego braku, ponieważ chcę się zatrzymać nad Majestatem i Niedostępnością Boga, do którego przychodzi nam przemawiać w modlitwie.

Moja wyobraźnia, niechybnie ukazuje mi Boga jako Wielkiego Nieznanego lub Srogiego Władcę, który przy „grzmotach” niebieskich organów zasiada na wytwornym tronie, z którego bezwzględnie rządzi światem…. TAK BÓG jest MAJESTATEM.

Ale czy nie spotkałeś się z tym Majestatem Cichości, Mocy i Pokory ?! Bóg ukazał nam moc i cichość Dziecka,  kiedy Syn stał się Człowiekiem i wprowadził Światło – w nieomylny porządek świata .Wtedy również kiedy stworzył człowieka zdolnego stanąć na księżycu. Okazał też postawę Cichości, kiedy pokornie i w ciszy umierał na krzyżu wcześniej przechodzą pośród nas wszystkim dobrze czyniąc i przebaczając.

Nasza więc modlitwa nie jest aktem łatwym. Nasze zmysły prędko znajdują sobie łatwą pożywkę do dekoncentracji. Jak trudno skoncentrować się już choćby nad znakami matematycznymi – a tu nie ma żadnego znaku ani żadnej tabeli kreującą jakąś wizualizację BOGA. Jest tylko Niedostępny MAJESTAT. Stąd tak ważny jest cały wysiłek psychiczny i maksymalne skupienie oraz koncentracja  szanując RESPEKT i tworząc naszą  WIARĘ . Z tej wiary z kolei wypływa głębokie przekonanie, iż nie ma żadnego mojego aktu pobożnego westchnienia , który nie docierałby do Boga bo przecież Dobry Ojciec czuwa i wsłuchuje się w głos dziecka i jego kwilące prośby;(to JEZUS kazał nam Boga nazywać OJCEM. Dlaczego…?!) Jest więc przekonanie, że nie ma żadnej naszej cichej, pobożnej i z głębi serca płynącej modlitwy, jaka mogłaby być nie wysłuchana ….  Taka jest prawdziwa i subtelna relacja : OJCIEC – dziecko….

A  modlić się – zaleca JEZUS – zawsze i wszędzie, gdyż nie wiadomo kiedy nasze pobożne intencje „trafią” w czułość i subtelność Bożego Miłosierdzia oraz źródła JEGO łask. Kiedy dotrą one, i dotkną delikatności a także wrażliwości Ojcowskiej Dobroci. Zaczną współbrzmieć z symfonią Bożej „Ckliwości” i Życiodajnej Łaskawości. A od OJCA tylko DOBRA  możemy się spodziewać i niespodziewanych oznak miłości; (Tego nie trzeba dodawać). ON nie poda dziecku „kamienia” czy też „żmii”.

Nie ustawać w modlitwie znaczy nieustannie sobą , swoim wnętrzem być blisko Boga. Prosić ale i umieć wsłuchiwać się w Niego; w ciszy własnej „izdebki” czyli duszy bądź jak kto woli – psychiki. Niektórzy powiadają, że modlić się należy w nieszczęściu , w bólu, w chorobie Ale czyż miałbyś odwagę człowiekowi półprzytomnemu z językiem spieczonym gorączką  powiedzieć: „Módl się!?…”. Ja bym ci odpowiedział : „Odejdź ode mnie pobożny okrutniku”! We mnie jest LĘK i cierpienie…I nic poza tym ! Zostawmy to tym, co są świadomi przy łożu boleści. Ponieważ, kochani modlić się WŁAŚNIE w zdrowiu i powodzeniu znaczy o wiele więcej niż to pierwsze. A w cierpieniu nie pozostaje  nic jak tylko umilknąć i przyjąć postawę przylgnięcia do Boga swoją bezwładną wolą , rozpalonymi zmysłami. Jakby  wyrywającą się z ciała zbolałą duszą…

Wszystko, co odpowiada JEGO woli i jest z NIĄ zgodne – zostaje wysłuchane. „Wszystko o co w modlitwie prosicie, stanie się wam; tylko wierzcie bez cienia wątpliwości, że to otrzymacie..”(Mk 11,24)   WIERZYĆ to znaczy NIEPODWAŻALNIE  być pewnym….

16 niedz. zwykła       Rok C                                        17.07.16

„Troszczysz się o zbyt wiele” czyli tracisz czas i energię na coś, co na dłuższą metę nie przyniesie ci korzyści oraz nie da pełnej satysfakcji. W ten sposób dryfujesz przez życie a nie  płyniesz żwawo. W konsekwencji ciągle narzekasz na wszystkich i na wszystko ; jesteś nieustannie niezadowolony; ciągle coś cię denerwuje; często ogarnia cię apatia i zniechęcenie.

Dlaczego przesuwamy akcenty i przestawiamy nasze priorytety? Ponieważ udajemy bądź nie wiemy, co dla nas stanowi prawdziwą wartość. Angażujemy się w osiąganie celów, na miarę naszych wątłych sił, jakie z siebie jesteśmy zdolni wykrzesać. A że tych sił krzesamy niewiele- takie też są i te nasze wyznaczone cele…”Krótki termin ważności”, miałkość, kruchość, znikoma przydatność i często chodzi o to, aby była niewielka odległość jaką do nich musimy przebyć by je zdobyć; Oby tylko niewielki nakład wysiłku i nieduża ilość wyrzeczeń. Zdobywamy to, co nie wymaga najmniejszego poświęcenia i tylko to nas interesuje. Minimalizm nakładów a maksymalizm zysków…

A „Priorytety”(?!) – to też warunkowane jest stopniem naszego starania :Łatwiej przychodzi nam myśleć o zadbaniu o materialność, bo sprawy ducha mogą wymagać porzucenia tych pierwszych starań. Dochodzi do tego, że ten obszar naszego życia stracił już prawie w ogóle na znaczeniu. Niewiele znaczy w  naszym życiu. Do stanu choroby czy stanu agonalnego(?!) Bo tak liczy się materia- materia- materia. A gdy to okazuje się niewystarczające to zwracamy uwagę na te nasze zaniedbane  wnętrze i wtedy okazuje się, że tam również ….zgliszcza bądź pustka. Za brak duchowej siły oskarżamy naszego BOGA… Nic przedtem dla niej nie robiąc.

I tak koło bezradności się zamyka. Zamknięty krąg bezradności. Winę najczęściej ponosi Bóg i wiara bo ON jest powiązany z naszymi sprawami wewnętrznymi…. A …z materialności…?! ani nam się śni rezygnować czy cokolwiek odpuszczać.

Zwróćmy uwagę, że każda z sióstr swoim zachowaniem, sposobem życia i traktowaniem wydarzeń codzienności , ukazuje odmienność a zarazem bogactwo ludzkich fascynacji przyjaźnią, codzienną pracą, modlitwą czy służbą. Marta jest bliższa ludziom epoki lotów kosmicznych; naszej merkantylnej rzeczywistości. Jej postawa to czynne zaangażowanie się w rytm godzin, obowiązków i potrzeb. Obrazuje ludzi pochłoniętych pracą nad przebudową świata (tego mikro i makro); Marta obrazuje ludzi poszukujących nowych i lepszych rozwiązań codziennych trudności , tyrających na mnóstwem „ułatwień” i skrótów podczas życiowych wysiłków. Zmęczonych „polerowaniem” swoich mieszkań, ogrodów i dacz letniskowych;  Którzy pozostają tylko „geniuszami swoich rąk”.

Maria – swoim zauroczeniem wobec słów Pana znajduje dzisiaj niewielu sympatyków. Czas na modlitwę, kontemplację, spotkanie z Bogiem w ciszy i odosobnieniu, dla ludzi techniki i automatyzacji to czas stracony. Tylko, to co materialne, sprawdzalne i co daje natychmiastowy efektowny finał wysiłków jest akceptowane.

PAN – słowami skierowanymi do Marty afirmuje postawę Marii ( nie deprecjonując tzn. nie umniejszając roli tej pierwszej!) czyli popiera ludzi, którzy potrafią w godzinach pracy, zatroskania oraz odpoczynku , podczas „szukania siebie” znaleźć czas (Zauważyć i Zatrzymać się ) na spotkanie z Łagodnością; z Ciszą; i z Duchem…..

Scena dziś nam przedstawiona ilustruje wyrzut pod adresem tych, co w zabieganiu codziennością, pomijają wydarzenia istotne, naprawdę wartościowe  i niepowtarzalne. Nie znajdują czasu i miejsca dla pielęgnacji swojego ducha, który nie jest samorodnym bytem ; Wyrzut pod adresem tych, co nieuwagą ( być może ignorancją?!? ) oraz małą wrażliwością , przysłaniają swoje fatalne pominięcia i …. Życiową nieudolność… Przysłaniają swój aksjologiczny nieporządek. Wyobraźmy sobie Eskimosa codziennie walczącego z żywiołem o przeżycie i mieszkańca gorącej Grecji przechadzającego się po cudownych ogrodach oliwnych…(??) Widzisz różnicę ?….ROZUMIESZ…?!

 

(Aksjologia to zbiór naczelnych wartości i zasad; to priorytety które powinny kierować naszym zachowaniem oraz postępowaniem…)

 

15.niedziela zwykła Rok C                                                      10.07.16

 

Czy nie zastanawia nas forma postawionego Jezusowi pytania przez Uczonego w Prawie? Jego pytanie pomija wszelkiego rodzaju niuanse teologiczne. Szczególiki i kwestie drugoplanowe. Pytanie  trafia w sedno czyli meritum sprawy, jaką jest zbawienie człowieka dokonujące się na przestrzeni  całego jego życia. Zbawienie to, nie jest jednorazowym faktem, ale procesem ciągłym trwający przez całe ludzkie życie. Tak jak wiara nie jest aktem jednorazowym  ale jest postawą czyli ciągiem konsekwentnych i autentycznych aktów potwierdzanych w życiu ;w każdej jego chwili. Nie jest aktem, który można ciągle i bez wysiłku zmieniać oraz nim  manipulować, ale jest postawą życia codziennie z dnia na dzień uzasadniającym te jednorazowe akty i je czyniącą autentycznymi czyli prawdziwymi. Gdyż nie wystarczy w niedziele powiedzieć (to nic nie znaczy) ;„Wierzę w Jednego BOGA…” ale siedem dni w tygodniu wyciągać rękę z pomocą czy kawałkiem chleba…otwierać usta ze słowem pociechy, nadziei i otuchy wobec ludzi zdruzgotanych i zalęknionych.

Nie pyta czy jest życie wieczne? jak tam jest? Czy może TY tam byłeś; czy ktoś tam był? Na czym ono polega; Jakie zasady tam będą panować i obowiązywać? A co z prawem własności i dziedziczenia. Nie pyta o jakieś dowody. Czyli nie pyta w naszym stylu i tak jak my byśmy chcieli dociekać

Podchodzi do dyskusji jak człowiek o ugruntowanym już kształcie wiary. Postawione pytanie jest pytaniem o zwięzłą kwintesencję naszej wiary. I tak jak postawione pytanie, taka jest  też forma odpowiedzi;  BĄDŹ DOBRY – ale dalsza przytoczona odpowiedź konkretyzuj się do wymiaru – MIŁOSIERDZIA . Bo to właśnie miłosierdzie układa po ludzku czyli humanitarnie nasze życie na ziemi; Ono je normalizuje i czyni łatwiejszym oraz szczęśliwszym w wymiarze możliwym, tu na ziemi- do osiągnięcia.

Dzisiaj jedna rzecz mnie drażni u tego uczonego żydowskiego: pytanie ; „A któż jest moim bliźnim?” Udaje głupiego… czy naiwnego?… Chyba że coś jeszcze gorszego …?! Czyżby chciał,  jak to było w ich zwyczaju,  „podchwycić” Nauczyciela na jakiejś nieścisłości lub szukaniu w Jego odpowiedzi furtki usprawiedliwiającej ich inercję czyli bezruch – a jeszcze inaczej OBOJĘTNOŚĆ …?! Na sprawy współbraci. A jako ludzie „wyższego stopnia” w żydowskim świecie gradacji społecznej – powinni mieć i mieli dużo obowiązków i powinni mieć również „wyższy stopień wrażliwości” lecz tego tu nie było…! Myślę, że prostota odpowiedzi jego samego bardzo zaskoczyła, tak  że nie została odnotowana żadna forma dalszej dyskusji.

„Idź..” a nie stój wygodnie na swoim miejscu; nie czekaj aż zranieni przyjdą do ciebie.. Bo są zranienia, które odbierają siły i chęć do wszystkiego. Nie bądź jak prezydent Ameryki. On na nikogo nie czeka. A nie musisz iść daleko.. Rannego znajdziesz bardzo blisko… i to może z twego powodu..?! Może we własnej rodzinie czy w domu…I nie czekaj aż zraniony zacznie prosić. Sam się przybliż. Usłuż bez proszenia. I nie myśl tylko o ciele. Tę troskę wzięły na siebie szpitale. Przede wszystkim popatrz na duszę a zobaczysz, ilu bliźnich jest  odartych z szacunku , łaski Bożej, z pokoju i ludzkiej godności. Ofiaruj im troskę, zainteresowanie, braterską wrażliwość; chwile rozmowy . Zatrzymaj się przy nich…Czy to obcy czy bliski; niech wystarczy to, że to człowiek,  który jak i ty chce się zbawić. Co byś zrobił na jego miejscu??! Czy też byś czynił podobnie…?!!  Czy miałbyś tyle samozaparcia? Bóg przychodzi do nas przez człowieka ( i o dziwo słabego lub biednego nie tylko materialnie) i przez takiego człowieka, my dostaniemy się do Boga. A, nie damy nic drugiemu, jeśli nie damy mu tego, czego sami nie chcemy się tak łatwo pozbyć….Nieważne ile dajesz, ale ważne ile zatrzymujesz dla siebie . Czyli NIC i… WSZYSTKO….  To kontrast twego życia.

Dlatego idź…Pośpiesz się, rusz się. Ociężali mogą nie zdążyć przed zamknięciem Bramy Życia. Otwarta, pozostaje zawsze, szeroka brama ciemności i …zaprzepaszczenia. Strzeż się aby nie zaprzepaścić życia…..Pal licho majętności ….i trochę odpuść wygodę…

 

 

14 Niedziela zwykła Rok C                                                    3.07.16r.

72 Misjonarzy

 

Myślę, iż również godne naszej uwagi w  dzisiejszej Ewangelii, jest samo polecenie  MISTRZA, odnośnie sposobu zachowania się misjonarzy, będącego reakcją na przyjęcie bądź odrzucenie głoszonego i przekazywanego orędzia Ewangelijnego. Niesłuchanie  pokojowego i naznaczonego nagrodą wieczną, orędzia misjonarzy – pracowników Pana, nie powinno pozostawiać żadnego wrażenia na Głosicielach. Obrazem jest „strzepnięcie pyłu z obuwia”… Znaczy to: „nie chcemy z wami mieć nic wspólnego” i „nie ponosimy za was żadnej odpowiedzialności” oraz  „szkoda czasu poświeconego wam”… „Idźmy… bo musimy iść dalej, do tych dla których Ewangelia jest pewną wartością i jest szczerym oraz otwartym sercem oczekiwaną NOWINĄ”.

Przedtem ostrzega Pan uczniów iż „posyła ich między wilki!” To dosadne słowa, jednakowoż oddające atmosferę spotkań z ewentualnymi słuchaczami czy odbiorcami. Tak , wydaje się, że orędzie Ewangelii głoszone jest w dzisiejszym świecie- w zarysie-  będącym bardzo podobnym do atmosfery „ciemnego lasu”, w który można spotkać „wilka”. Najprościej to ten, co udaje tego, kim nie jest lub nigdy nie będzie. Choć Ewangelia nigdy nie zamka przed nikim perspektyw. To właśnie do misjonarzy należy jakby misja oceny tego ….

Bo słuchaczy może być bardzo dużo, lecz tych, którzy podejmą dialog czy nawet w jakimś wymiarze odpowiedzą życiem , będzie już niewielu. Tych , którzy na poważnie przejmą się tym, co usłyszą; a może i nawet podejmą rewolucję w swoim życiu; Lub chociażby niewielką zmianę; KOREKTĘ…

Współczesnemu człowiekowi, nie potrzeba już NAWET korekty życia, bo bardzo przywykł już do dobrodziejstw doczesności; tak się ustawił by wszystko mu odpowiadało. Z tego, co mu oferują – świat i wszelkiego rodzaju marketingowcy, którzy niemalże już „za darmo” proponują mu blichtr i zbytek  tego świata. Wszelkie „duchowe śmieci”. Może to być minimalna wartość , ale kiedy dotyczy pojedynczego człowieka  a  robi się  już suma pokaźna. Zwłaszcza jeśli jest pomnożona przez miliony łasych konsumentów. Szatan nie cieszy się i nie poprzestaje na pojedynczym człowieku i nim się nie zadowala , ale „sieci” zarzuca na globalne łowiska  ludzkie.

W świecie Dalekiego Wschodu był zwyczaj, że kiedy spotkało się człowieka na bezkresnych, często pustynnych przestrzeniach, to spotkanie kończyło  się dłuższym dialogiem czy też posiedzeniami; nierzadko, łącznie z poczęstunkiem ; Po prostu bezpowrotnym upływem czasu. Kiedy więc Mistrz mówi:” nikogo nie pozdrawiajcie” oznacza „nie traćcie czasu na zbędne pogaduszki czy też tłumaczenie że „białe jest białe.” Ewangelia nie cierpi zwłoki bo nie ma niczego tu na ziemi, co można by porównać z wartością Ewangelii czyli Słowa Bożego we współczesnym świecie. A Jej WŁAŚCICIEL  również nie może czekać w nieskończoność na „zbiór Jej owoców”. Niebo – nie może czekać na swoich mieszkańców, na tych, dla których zostało przygotowane .Jest czymś co jest szukane a ei tym co jest narzucane. Pamiętamy Jezusowe :”Jeśli chcesz…”.

Oprócz OSTRZEŻENIA PRZED STRATĄ CZASU jest również to związane ze zbytnim zadowoleniem z siebie i efektów swojej pracy. Nie efekty i rezultaty misji są powodem nagrody – głosicieli i słuchaczy, ale już sam wybór Pana i przeznaczenie do osiągnięcia nagrody wiecznej.”…Imiona zapisane w niebie…”. Nie wiara w swoje możliwości oraz zasługi, ale dojrzenie i wdzięczność za okazane nam MIŁOSIERDZIE BOŻE , będzie powodem radości oraz  naszego, i ich szczęścia.

Strzeżmy się natomiast – nie strząśniętego pyłu – ale braku zapału oraz zdegustowania oraz zawodu tych, którzy przyjdą do nas od PANA. Nie dajmy im powodu…ich i tak czeka nagroda, a my możemy „wypracować” sobie „zasługi” Sodomy i Gomory…

 

 

12 niedz. zwykła Rok C  – Powiesz w końcu : MESJASZ

 

Widzimy to, iż odpowiedź nie jest prosta . Nie mieści się w wyrecytowanej formule „Credo” czy jakieś wyuczonej definicji. Faktycznie nie chodzi o wyrecytowanie jakiejś definicji , ale o wyznanie wiary dokonane przez rzeczywiste przywiązanie do Chrystusa w podążaniu życiowym Jego drogami, które ON sam wytycza. To marsz według Jego wskazówek i podpowiedzi.

„Jeśli ON nie jest wymysłem jakiegoś mnicha; nie jest marzycielem- idealistą, ale najbardziej realnym i według którego nauki żyło i umierało miliony ludzi; jeśli nie jest genialnym myślicielem i rewolucjonistą, którego narodzenie zapoczątkowało nowy sposób liczenia czasu; i jeśli jest kimś więcej niż którykolwiek z proroków bo Mesjaszem, który dla ciebie stał się człowiekiem i dla ciebie umarł na krzyżu jak ostatni złoczyńca; jeśli Jestem Bogiem tak jak ci to powiedziałem, to dlaczego więc dajesz pierwszeństwo wszystkiemu innemu – swoim grzesznym fascynacjom , uzależnieniom, wygodzie i bogactwu , opinii publicznej i dbasz o nią bardziej niż o moje przykazania?  Dlaczego Mnie stawiasz w rzędzie do nie przystających do mnie wartości, wydarzeń i osób ? Dlaczego nie doceniasz tego, co dla ciebie uczyniłem? Co jeszcze miałbym zrobić, abyś potraktował Mnie tak, jak na to zasługuję? Jak jeszcze bardziej musiałbym się tobie objawić i czego dokonać byś we Mnie uwierzył ?

Może wydaje się tobie dzisiaj że jesteś „panem świata”, bo masz tak dużo – prawie wszystko, ale wiedz, że przyjdzie taki czas, nawet szybciej iż się spodziewasz, bo końcem świata  będzie dla ciebie, twoja własna śmierć; przyjdzie taki czas, że JA ciebie zapytam: „Znasz Mnie?; czy znasz Moje miary miłości , miłosierdzia? Czy Mnie poznajesz… bo JA ciebie …nie bardzo? I rozliczę cię wówczas z braku wdzięczności; braku rozumu; braku miłości; braku zrozumienia; z braku przebaczenia, którego całe życie się domagałeś, ale nigdy sam nie praktykowałeś. Zapytam się gdzie jest to wszystko, co przysłaniało Mnie – tobie, co zamazywało Mój obraz w twojej świadomości? gdzie to wszystko, co ciebie angażowało aż do granic przyzwoitości? Gdzie twoje układy, znajomości, gdzie głos twojej opinii publicznej, dla której mnie sprzedawałeś. I wreszcie pytanie, którego nie radzę nikomu usłyszeć wówczas . A kim ty jesteś? lub : Kim ty byłeś?

Na odpowiedź „tak Boże zawiniłem” będzie już za późno . I wtedy przywitasz się z „kimś innym”, kto zaprowadzi cię tam, gdzie nigdy sam byś nie poszedł albo bałeś się o tym nawet pomyśleć. I wiedz, że on na ciebie też czeka i ciebie zna. Zna bo za życia bywałeś z nim częściej, niż ze Mną. Jego podszeptów nasłuchiwałeś.

Boimy się powiedzieć wprost „TY jesteś Mesjasz”, choć w głębi duszy to przeczuwamy, bo wtedy musielibyśmy zachowywać się tak, jak Bóg do nas przemawia. „Kto chce iść za Mną niech weźmie krzyż swój i Mnie naśladuje”. Dla niewierzących krzyż jest pośmiewiskiem , czego mieliśmy przykład np. pod pałacem prezydenckim w Warszawie. Dla nas staje się tajemnicą miłości i źródłem życia. ”Boże przyszedłeś ofiarować mi trudne życie” A tak ciężko zrezygnować nam z naszych przyzwyczajeń, miłostek i upodobań. Więc, tak trzeba mi się bez ustanku wyrzekać, upokarzać, ciągle uznawać się niegodnym i pozwalać się prowadzić. Więc wolimy udawać, że nie jesteśmy pewni…..

Ale do jakiego momentu to będzie nam zapewniało spokój sumienia  i harmonię naszej świadomości? Nawet tu, na ziemi, udawanie ma swoje granice. AMEN

Zesłanie Ducha Świętego – Eksplozja Radości i Odwagi  – Rok C

 

To, że Bóg zagościł pośród ludzkiego rodu, tym razem w postaci TRZECIEJ OSOBY  czyli w tej tajemniczym i najmniej poznanym swoim obrazie DUCHA – to jawa a nie sen! To przejaw skonkretyzowanej obecności Boga Niewidzialnego, przez powiew blasku i pokój oraz niewiarygodnym, wg naszego nie-uwierzeniu, w Boskim – „tu i teraz”. To, ten wymagany przez nas „współczesnych niedowiarków” przejaw BOSKOŚCI Z NAMI ; w tak delikatnym i subtelnym KONKRECIE  – I to nie żaden mit ani sen…. To najprawdziwsza realność jakiej dostąpili porażeni NIĄ apostołowie. A która i nam się przytrafia lecz uciekamy od uznania jej. Uciekamy od uznania tego KONKRETU czyli po prostu – cudu. Jak, w ich (APOSTOŁÓW) doświadczenie powątpiewamy, tak i w  swoje boimy się uwierzyć…BOIMY SIĘ JE TAK- NAZWAĆ.

A jeśli, to JESZCZE nie dociera do niedowiarków, to uświadommy im, iż owo Zstąpienie powtarza się do dzisiaj w historii świata ! W naszej codzienności. Przysłaniamy je swoim niedowierzaniem, malkontenctwem, chłodnym racjonalizmem, naszą niewiarą. Bo tychże niespodziewanych i nieprawdopodobnych zdarzeń w historii świata jest mnóstwo. Wymodlonych i wybłaganych przez wierzący lud. Przez ciche kołatania samotnego i bogobojnego wnętrza kobiet i mężczyzn  skrytych we wnętrzach zimnych i zaciemnionych kościołów. To niezliczona ilość modlitw,  aktów strzelistych, zapalanych lampek, konsekwentnych „zdrowasiek” i prostych próśb. ..”…Niech ZSTĄPI  DUCH TWÓJ I ODNOWI  ZIEMIĘ”…. Niekoniecznie musi to być zmysłowy powiew wiatru, ale zmian jakie sukcesywnie przetwarzają nasz świat czyli naszą codzienność. Zmian mających za cel, nie tylko życie wierzących, ale i niedowiarków; a nawet serca- zobojętniałych.

Lecz UWAGA – strzeżmy się, gdyż OSTATECZNE czyli powtórne JEGO przybycie nie będzie po to, aby dać pokoleniu, dla którego już nawet loty kosmiczne i tym podobne zachowania nie stanowią większej sensacji ; Nie będzie po to, by kolejnemu pokoleniu dać jakąś nową zabawę czy powód zdziwienia…

NIE! Przyjdzie w tym celu, aby sądzić ludzi z tego, co pominęliśmy swoją obojętnością czy zlekceważeniem lub zwykłym niechlujstwem. Przyjdzie osądzić, tych którzy poznali Prawdę o JEGO uniżeniu; o JEGO nauczaniu ; o JEGO Życiu i Zmartwychwstaniu; o JEGO Wniebowstąpieniu. Przyjdzie by osądzić tych, co posiedli Prawdę o Zstąpieniu w Dzień Pięćdziesiątnicy, pośród delikatnego powiewu zmieniającego wszystko, co stęchłe i strachliwe. To JEGO ostateczne przyjście nie będzie miało nic z delikatności i subtelności powiewu Pierwotnego Zstąpienia  DUCHA. Teraz to będzie huragan i kataklizm dla tych, co idąc przez życie tylko marnotrawili.

Bóg przychodzi „Dwa Razy”; delikatnie i srodze; Jak w Osobie Dziecka,  i jak w Osobie SĘDZIEGO. Delikatnie lecz sprawiedliwie …I pozostaje nam nasza nadzieja, że MIŁOSIERNIE…?!!..

Wniebowstąpienie PAŃSKIE – Rok c

 

Kiedy myślimy o niebie jako , nie jako o miejscu – ale jako o STANIE ,  który być może kiedyś stanie się naszym udziałem; nie dostrzegamy albo nie chcemy dostrzegać , niczego z tych rzeczy jakie nas tu  trapią na ziemi; Widzimy piękno i radość w połączeniu ze szczęściem pełnym i prawdziwym czyli takim, o jakim teraz – podczas swojego życia – nie potrafimy nawet marzyć.

Kiedy tak myślimy, nieuchronnie nasze oczy kierują się ku górze, ku niebu. Tam wparujemy się z niepewnością , niedowierzaniem , ale i ogromną nadzieja . Czyżby to niedostępne niebo (i naprawdę nie chodzi tu o „chmurki”!) miało być kresem,  naszym przeznaczeniem…. i naszą nagrodą.. ?!

Niejednokrotnie w takich momentach staje KTOŚ obok nas, i mówi nam poprzez głos wewnętrzny – naszego sumienia, to samo co aniołowie apostołom : „Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?” „No… co tak stoisz ? – Działaj”. Nie tylko rzewnie wpatrywać się, ale powiedzieć TEMU,  KTO tam już jest :”FIAT”. Nie możemy ciągle stać i patrzeć jak wryci. Od naszego zdziwienia i być może nawet podziwu, nie dokona się to, co przerasta nawet nasze obecne , ludzkie , wyobrażenie.

Całe nasze życie to pobyt na Górze Oliwnej. Tu, tak jak Jezus, należ spełniać wolę OJCA. Trzeba podjąć i wykonać swoje powołanie i pozwolić, aby w tym czasie  wypełniło się nasze wniebowstąpienie…..! Lecz pamiętajmy, że mając ciągle głowę zadartą, można z łatwością pominąć niezauważeniem brata stojącego obok. Od parzenia podziwu i niezrozumienia należy przejść do czynów ewangelijnych. Do nieba, nie dostaną się ci, z przymrużonymi od niedowierzania albo wytrzeszczonymi i rozwartymi oczami – ale ludzie otwartego serca! Wpośród naszej codzienności można mieć – „oczy szeroko zamknięte..”

Nikt z nas nie dostanie się tam „do góry” jeśli nie zostanie nam podana stamtąd ręka. Jeśli nie zostanie zaofiarowana nam pomoc, o którą należy JUŻ  zacząć konsekwentnie i uporczywie prosić. I właśnie  PO TO ofiarowana JEST NAM CAŁA LITURGIA KOŚCIOŁA gdzie MSZA ŚWIĘTA JEST CENTRUM  I OSIĄ ZBAWIENIA. Która jednak nie jest proporcjonalną ofiarą Boga – do ofiary człowieka, jeśli idzie o treść a nawet nasze  zaangażowanie. Więc nie tylko ustami, jak to zwykliśmy czynić , ale rękami pomocnymi, nogami usłużnymi i umysłem otwartym oraz nieuprzedzonym, winniśmy składać naszą ofiarę. Czyli wszystkimi zmysłami ciała, a także władzami i zdolnościami naszego organizmu.

Gdyż najpewniej pozyskamy przyjaźń Boga przez spełnianie Jego woli. Wszak powiedział nam to wyraźnie: „Kto pełni MOJĄ WOLĘ , ten MI jest siostrą i bratem…” Nie tylko słowa zdziwienie albo zafascynowanie, ale konkretny czyn miłości wobec braci – nas bezapelacyjnie zbawi. Bo tylko czyny są czytelne oraz wyraźne. Taki był i jest Bóg.

Wydaje się więc jakby Kościół przez liczbę (40) dni oczekiwania na wydarzenia dnia dzisiejszego, chciał podkreślić tę samą zależność i tę samą prawdę , iż uwielbienie i wywyższenie jest proporcjonalne do postu, wyrzeczenia i ofiary podejmowanych przez wspólnotę wiernych.  Jest proporcjonalność wysiłku uwolnienia jakie Bóg powziął i jakie podejmuje człowiek  by  uwolnić się spod władzy tego, który sprzeciwia się woli OJCA i SYNA…. I który nieustannie oszukuje człowieka.

5 nied. Wielkanocna     J 13,31…

 

To JEGO przykazanie MIŁOŚCI jest naprawdę nowe. Najpierw dlatego , że nie było dotąd słychać, aby Bóg zażądał od słabego, grzesznego i chwiejnego człowieka postawy – podobnej do Swojej. I CO WIĘCEJ: Nie mówi w nim o jakiejś „łagodniejszej” , bardziej „przystosowanej” do naszych warunków i naszych możliwości – jej formie: „Miłuj bliźniego jak siebie samego…” …. I… żadnego „ale”.

Dlatego jeszcze jest zupełnie „nowe” gdyż to przykazanie nie brzmi zawsze w jednakowy sposób, i nie tyczy wszystkich ludzi, w tym samym zakresie i wymiarze…. ale ma zawsze i dla wszystkich tę samą , całkowitą wyjątkowość i ekskluzywizm czyli każdy z nas może jej jakąś formę praktykować.  Jest bardzo zindywidualizowane, ponieważ od każdego może wymagać innego zachowania. Zależnie od miejsca i okoliczności.

Jednakowoż  ma oznaczać to, tom co znaczy. Miłość czyli UKOCHANIE  KAŻDEGO człowieka, bez żadnych wygodnych interpretacji i spłyceń. SZACUNEK I  RESPEKT  DLA KAŻDEGO  I  JEGO GODNOŚCI. Tak więc raz będzie to : Przebacz, usłuż; Kiedy indziej : Zapomnij o tym czy o tamtym; Otrzyj komuś łzy, pociesz.  A gdzieniegdzie: skarć bądź uśmiechnij się.. Albo : podaj rękę ; pociesz; podtrzymaj; poświęć trochę swojego czasu; Zrzeknij się tego, co ci, nie jest potrzebne bo innemu akurat „ratuje życie”?!.

W końcu jest NOWYM, jak „nowością” jest słońce po ciemnej nocy, a ciepła wiosna po ciężkiej zimie. (”Zima”- to był czas historii świata przed Chrystusem). Jest NOWE – jak każdy przejaw tejże miłości w świecie pełnym zbrodni, rywalizacji i nienawiści – kiedy to działa jak światło w „ciemnościach świata”; Świata  bez wiary i bez obecności Boga. Działa tak jak wpośród powszechnego zlodowacenia – działa słońce i ciepło.

A gdyby wzmagał i potęgował się w nas strach przy słuchaniu tego przykazania i ogarniało nas zniechęcenie z powodu zrozumieniu wielkości tego „zadania” jakie przed nami, to wtedy wspomnijmy na Sakrament, w którym daje nam swoją siłę miłości wraz z nieodzownym miłosierdziem. Gdy daje nam SAMEGO SIEBIE. „ Jestem z wami aż do końca świata…”i :”Bierzcie i jedzcie; bierzcie i pijcie…” I wówczas spożytkujmy Go tak, jak ON sam by  tego sobie życzył, bo właśnie wtedy wszyscy zainteresowani przekonają się, iż faktycznie jesteśmy JEGO własnością. Że ON jest w nas – a my z NIM.

Jak kiedyś rozpoznawano chrześcijan ?!…w życiu społecznym. „Popatrzcie jak oni się miłują…” mówiono. Lecz my nie jesteśmy zbyt wyraziści i nie inspirujemy już tak świata jak kiedyś…ZA to, aż do bólu jesteśmy konformistyczni czyli upodabniamy się do otoczenia. W jego złych i dobrych przejawach.  Czy to nas nie zastanawia ?!… I nie  niepokoi…?! Krzyż i miłość to jedno. Nie mamy prawa do znaku krzyż jeśli nie towarzyszy temu życie w miłości. Nie mamy prawa do miłości jeśli nie poprzedza jej ofiara i cierpienie. Powiedzcie to młodym ludziom….

A, o tej naszej z NIM bliskości, świadczyć może to, iż nawet wtedy nazwał nas przyjaciółmi kiedy baliśmy się albo wstydzimy się do NIEGO przyznać publicznie – jak JEGO apostoł – to i  wówczas …. ON potrafi nam wszystko darować.

Wielka Nowina o miłości OJCA i SYNA została objawiona uczniom zaraz po wyjściu zdrajcy.Atmosfera się oczyściła. Skoro Bóg został uwielbiony przez Syna to adekwatnie dzieje się to z ludźmi. Jeśli miłujemy człowieka, to tym samym w swoim życiu uwielbiamy Boga. Uwielbienie to dokonać się może tylko w atmosferze zaufania, szczerości i entuzjazmu. Spójrzmy w końcu na siebie ufnie, radośnie i szczerze! Bez uprzedzeń. Jesteśmy Jedną Wielką Bożą Rodziną. Do pełnej adoracji Boga już tylko potrzeba oczyszczenia intencji, radosnego i ufnego serca oraz spojrzenia na siebie. Miłość była i jest wszystkim. Oprócz Boga – tylko ona jest wieczna….

4 niedziela Wielkanocy

Dobry Pasterz

W usłyszanej Ewangelii, jest zaproponowany nam dzisiaj, do naszych przemyśleń, obraz PASTERZA. To KTOŚ, KTO ma pod swoją opieką, sprawuje pieczę, a nie zarząd, nad grupą istot żywych jakimi są w tym przypadku – owce.

Nie bez przyczyny, należy poczynić rozróżnienie miedzy Opiekunem czyli Pasterzem a najemnikiem, który w tym miejscy równolegle chciałby się mienić również  pasterzem. Jednak on niejednokrotnie, wcale nie chce nawet, uzurpować sobie prawa do tego tytułu, bo mu na tym w ogóle nie zależy. Oni mają inne zamiary i profity. Nie jest to celem ich działalności. „Najemnicy” pragnęliby  by ich uważano za tych pierwszych. To przydawałoby im dużo splendoru i uprawomocniałoby ich postępowanie. Ich oszustwu czyli podszywaniu się – dodawałoby rys autentyzmu. I tak od razu : Najemnik karmi się pokarmem jaki stanowią jego owce, ich życie; On „żyje z owiec” ,  a PASTERZ  gotowy jest umrzeć za swoich podopiecznych ; A nawet karmić swoje owieczki własnym CIAŁEM. Pasterz „żyje dla owiec”. I taka jest zasadnicza różnica.

„Ja jestem dobrym pasterzem, znam MOJE, a one MNIE  znają..” Kiedy mówi, że „MNIE znają….”- nie ma na myśli wiedzy czerpanej z traktatów filozoficznych czy opasłych tomów wiedzy teologicznej albo zwięzłych formułek katechizmowych lub gazetowych informacji. Nie chodzi MU o takie chłodne i może wyrachowane, zapoznanie się czy zainteresowanie, ale o stałe i osobiste doświadczenie  wiernych. O  stałe przeżywanie, cieszenie się, radowanie, smucenie się;Idzie tu o wejście w klimat empatii z Jezusem – Pasterzem, podczas Jego misji zbawienia i zbawiania człowieka w czasie JEGO obecności na ziemi.  Owieczki czują intuicyjnie bezpieczeństwo. I to jest fenomen (!) ….a nie tylko wiedzą, że to KTOŚ  Serdeczny i Oddany im .

”ZNANIE”  JEZUSA to stałe, ciągłe…! doświadczanie OBECNOŚCI – a nie tylko cotygodniowe, formalne  spotkanie. Być może i pełne euforii przeżywane GOŚCINY  u Pana, ale … jakże dalekie od odczuwania statusu  DOMOWNIKA … Może to być nawet, takie pozbawione kontaktu Eucharystycznego w Komunii –  BYCIE obok NEGO.  Jeśli nie ma – poza-standardowej obecności – nie ma mowy o miłości ! Dzisiaj można być zwolennikiem czy entuzjastą, ale niekoniecznie…. ZAFASCYNOWANYM chrześcijaninem. Zapytajcie się młodych i zakochanych, jeśli sami tego nie doświadczyliście!?  Kto kocha, nie spotyka się z kochaną sobą raz na tydzień czy tylko na imieniny lub urodziny, ale szuka momentu i najmniejszej chwili stosownej, aby być z kochanym człowiekiem. Miłość umiera gdy zaczyna pachnieć formalizmem … ( nie mylić z – formaliną…!), gdy zaczyna „być od do…”. Gdyż można być razem i „kochać się” i tylko „być ze sobą”. Taka różnica….

W naszym chrześcijaństwie, niektórym wcale to nie przeszkadza, bo oni tak sobie dryfują przez życie wraz ze swoją  wiarą, ale nie płyną…Ich wiara „zanurzona” jest jakby we wspomnianej formalinie… i tak też ich chrześcijaństwo zaczyna być stojącą sadzawką, a nie płynącą i żywiołową – rzeką. A woda, która długo stoi nie nadaje się do picia. ..Co najwyżej do zmycia grubej warstwy błota.

Dziś przedstawił się nam Chrystus jako Pasterz zdecydowany na śmierć za nas;  my przedstawmy MU się jako ci, którzy uwierzyli tej JEGO Miłości i dlatego chętnie słuchają Jego głosu i gotowi są pójść za NIM dokądkolwiek nas poprowadzi…Amen

II Niedziela Wielkanocna – MIŁOSIERDZIA

 

Ludzie potrzebują miłości; ludzie szukają jej i zrobią niejednokrotnie wiele aby tylko otrzeć się o jej przejaw czy choćby doświadczyć jej namiastki; świat potrzebuje miłości A przejawem miłości, i jakby jej inną formą, jest MIŁOSIERDZIE. Tak więc świat potrzebuje Miłosierdzia.

A czymże jest Miłosierdzie ? Jest wyświadczaniem dobra człowiekowi, przy nie patrzeniu, na jego być może ambiwalentną , zaprzeszłość .Ludzie zawsze i wszędzie pragnęli i oczekują na Miłosierdzie. A nikt chyba, nie lubi kiedy wypomina mu się jego potknięcia , małości czy też grzechy. Każdy chce, by w nim widziano, choćby minimalne oznaki dobra. Tam więc gdzie brakuje Miłosierdzia, tam panoszy się sztywna i czasami bardzo wąsko interpretowana i tym samym, niewystarczająca – sprawiedliwość. Tam zaczynają się trudne reguły gry czyli życia. Bo Miłosierdzie poszerza , jakże często ułomną – sprawiedliwość. Ludzka sprawiedliwość w odróżnieniu od Bożej jest – NIESPRAWIEDLIWA.

Nie chciałbym żyć w państwie czy w otoczeniu,  gdzie obowiązywała by tylko ludzka sprawiedliwość. Która w pewnych stanach i pod pewnymi warunkami staje się „niesprawiedliwa” ?! I tak jak Drugim Imieniem Boga jest MIŁOŚĆ, tak też to samo, można powiedzieć o MIŁOSIERDZIU.

Miłosierdzie nie boi się „złego otoczenia” czy złych warunków funkcjonowania, czego przykład dał nam Jezus. Nie bez powodu Niedziela Miłosierdzia obchodzona jest jakby, jeszcze,  w atmosferze i cieniu Krzyża…Bo czyż nie przemawia do nas mocniej chwila wypowiedzianych słów Miłosierdzia ?! Przebaczającego i Zapraszającego do Wieczności – tam na Krzyżu, na Golgocie ?! Tak, jak miłość nie patrzy się na to, co i jak było, ale na perspektywy tego, co może być. Lepsze i piękniejsze.  Jak miłość nie pamięta złego … tak też, i Miłosierdzie… Ono nie pozwala zamknąć człowieka w okowach niejednokrotnie – niechwalebnej przeszłości , ale  otwiera na radosną i świetlaną przyszłość. Nie tylko otwiera i daje nadzieję, ale ofiaruje „smak” oraz zadatek przeżywania i doświadczania konkretnego dobra.

Dla błogosławionych czyli czyniących miłosierdzie będzie to niebo. „Błogosławieni miłosierni albowiem oni miłosierdzia dostąpią…”(Mt 5,7).  I również : „ Bo tego , który nie czyni miłosierdzia, spotka sąd bez miłosierdzia, a miłosierdzie przewyższa sąd…” (Jak. 2,13)

WIELKA SOBOTA – WIGILIA ZMARTWYCHWSTANIA

„Kiedykolwiek się zwrócę w Twoją stronę, Panie, widzę niewysłowioną miłość i nie potrafię się usprawiedliwić, że nie miłuję, ponieważ Ty sam, Boże i Człowieku, umiłowałeś mię nie będąc miłowanym przeze mnie; Wszystko to, co pragnę miłować, znajduję w Tobie… Jeśli chcę kochać Boga, mam Twoje niewysłowione Bóstwo godne wszelkich pragnień; A jeśli chcę próbować kochać człowieka, wiem że Ty też byłeś człowiekiem… Jeśli pragnę kochać Pana, wiem że Ty zapłaciłeś cenę Krwi Swojej, wykupując nas z niewoli szatana”.

Chociaż jest Bogiem , nie znalazłeś innego sposobu ukazania miłości, jak tylko przez dobrowolne przyjęcie cierpienia. Poprzez swoje uniżenie. Nie zapominajmy o tym, kiedy znajdziemy się w godzinie i mocy ciemności naszych utrapień. Nie ma  miłości bez boleści, bez ofiary….. Któż tego jeszcze nie wie…. ?!

Ale wiedzmy także i to , że godzina ciemności jest ostatnią godziną przed świtaniem; przed godziną światła; Że zawsze kiedy zwycięstwo szatana wydaje się dochodzić do szczytu, zbliża się również moment jego przegranej. I że wówczas ponosimy porażkę, gdy nie wierzymy w zwycięstwo BOGA…kiedy pojawiają się chwile lęku oraz zwątpienia.

A o Judaszu czytamy :”Opanowany żalem …” wyszedł…Czyli i on żałował! I czynił pokutę : publicznie wyznał niewinność Chrystusa i swoją winę…I pieniądze odrzucił bo w tym momencie nie były mu już potrzebne ani nie dawały radości. Dlaczego tak źle skończył? Czyżby Chrystus nie miał dla niego dość miłosierdzia ? Oj , nie!  Sądzę, że i jemu odpuściłby zdradę. Bo nie ma takiego zła, które przewyższałoby Boże Miłosierdzie.

Dlaczego z nim nie stało się to, co  z Piotrem ?!Tę różnicę wyjaśnić może tylko niewystarczalność jego żalu ..! Tutaj był tylko wstyd i gniew przeciwko sobie samemu oraz zabrakło miłości do Tego, którego zdradził. A kochać, można i po zdradzie… Brakowało również wiary w Jego dobroć oraz miłosierdzie, o których on sam, jako jeden z Dwunastu, tyle razy w swoim  życiu się przekonał. Swoim bezgranicznym buntem, zniweczył wszystko to, czego nauczył go i dał mu Mistrz…

Łza prawdziwej pokuty jest zawsze mieszaniną. Kto rzeczywiście żałuje, płacze boleścią, że zdradził Jezusa, ale i radosną nadzieją, że zdrada przytrafiła się wobec Tego, kto może i chce darować wszystko bezpowrotnie. Bo w każdej łzie pomieszana winna być  nieufność wobec siebie, z ufnością w Bożą dobroć…. Wyznanie zbrodni z wyznaniem miłości i Jego mocy. Wczoraj na Golgocie skończyła się największa tragedia ludzkości. Ludzie wrócili do domów z wyrazami błogiego spokoju na twarzach. Dziś celebrujemy to gdy Chrystus „przebywał” we wszystkich stanach tego wszechświata : w Niebie, Piekle, Czyśćcu. A z Kalwarii nie przestają pobrzmiewać Jego słowa: „Kto chce być MOIM uczniem…niech MNIE naśladuje…” Kiedyś zatrzyma się przy nas, gdy przed bramą wieczności PAN będzie rozpoznawał „swoich” i  powie nam : „Pokaż mi swoje ręce, nogi , bok i głowę….”

Pokaż MI serce – jak ty miłowałeś i przebaczałeś…

Pokaż MI ręce – jak nimi czyniłeś dobro…

Nogi – jak wychodziłeś do tych , którzy ciebie potrzebowali…

Głowę – jak myślałeś nad tym by pomnożyć dobro, a gdzie usunąć grzech..

 

Biada nam, jeśli będziemy wyglądali jakbyśmy uciekali z Kalwarii swojego życia – jak ci z Golgoty – z rękami , nogami, głową i sercem —nietkniętymi boleścią i ofiarą,…

 

 

AMEN

Wielki Piątek

W atmosferę dzisiejszego dnia wpisuje się szczególnie – jedna osoba. To obecność, gdzieś tam przechodzącego, i czmychającego  jak złowrogi cień – Judasza. Czujemy to, iż on jakby wyczekiwał by zadać śmiertelny  cios  Miłości. Jego jedyną myślą, a właściwie świadomością, jest chwila zbliżania się  nieuchronnego sądu nad nim. Czasu , w którym jako zdrajca spisuje się doskonale. Czy był to jego wolny wybór? czy determinant Bożego planu, w którym ktoś musiał „odegrać” tę rolę ? Dzisiaj tego  się nie dowiemy. To godzina zdrady i zaprzaństwa. Ohydnej niewdzięczności. Katastrofy człowieczeństwa. Jakby szczytu „miłosnej perwersji”. Perwersji w odgrywaniu miłości i przyjaźni. Godziny, o jakiej chciałby on, jak najszybciej zapomnieć albo… by  w ogóle nie wybiła. Kroczy więc wszędzie za Jezusem , jak szatan snuje się za człowiekiem, podszeptując mu przeróżne niegodziwości; Szepcąc mu do ucha katastroficzne oraz przerażające kłamstwa; Czyhając na jego upadek; by mu wmówić : „że tak jest dobrze i wygodnie…”.

To tragiczna postać. Niektórzy powiedzą, że: „wymagająca współczucia”. Bo to tak , jakby syn zdradził i skazał na śmierć ojca. Takie szyderstwo tylko Ojciec Kłamstwa mógł mu podszepnąć. Rozumiemy teraz, co znaczyły słowa Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy: ”Szatan w niego wstąpił…” aby targnął i poważył się dać znać do – linczu na Nieskalanej Miłości…To kolejny szczyt szatańskiej dominacji w człowieku …Profanacji , którą poprzedziło  – wykorzystanie MIŁOŚCI. Przez  „pozór Miłości”, który Judasz udawał i bestialsko pielęgnował przez trzy lata obecności Mistrza. Odtąd już człowiek nie zaskoczy Boga – niczym bardziej podłym…

Katastrofę dzisiejszego dnia potęguje fakt, że w czasie gdy MIŁOŚĆ okazywała  największe akty oddania, największą ofiarę , w całym tym procesie doświadczania przez człowieka OWEJ MIŁOŚCI ,to w tym czasie została ONA tak okrutnie- najpierw zdradzona – a potem bestialsko zamordowana…; Tak wygląda ludzki podstęp i barbarzyństwo.. Do tej pory człowiek nie uświadamiał sobie do czego jest zdolna  – PRAWDZIWA MIŁOŚĆ.

 

Patrząc z innej strony, ludzie przewrotni mówią, że właściwie to fakt zdrady judaszowej wyzwolił czy też ukazał w owej MIŁOŚCI, jej najgłębsze i największe pokłady oddania oraz miłosierdzia …Czyli… to jakby przewrotny czyn  człowieczy przynaglił do tego Boga … ?!?

Lecz my powiemy inaczej ; To wielkość ludzkiego cynizmu i barbarzyństwa wyzwoliła tak wielki akt Bożej Ofiary. Bóg przewidując i znając wielkość ludzkiego grzechu, jakby „wyrwał” człowieka z objęć Ojca Zła i Przewrotności. Czyli nie była to zasługa nasza , ale to Boska inicjatywa  walki o człowieka; ona była sposobnością do Boskiego OGOŁOCENIA MIŁOŚCI. Judasz jest bardziej podobny nam, niż tamten tłum. Bo pokazuje wyraźnie jak blisko jest od miłości do zdrady. Często jest to kwestia tylko ceny. Dlatego jeśli nie wyrzekniesz się swoich złych planów; Złego towarzystwa; Swoich niebezpiecznych pragnień i marzeń; Miłych ale toksycznych uczuć bo źle pokierowanych; Swojej chęci dominacji i manipulacji;  Skłonności do obmowy. Jeśli tego się nie wyrzekniesz – prędzej czy później zdradzisz Chrystusa.

Ten komentarz, to nie jest apologia czyli obrona Judasza. Ale zwrócenie uwagi na to, iż nie tylko on jest  jedyną ohydną osobą skazaną na wyeliminowanie. Weźmy lustro. Każdy z nas jest dostatecznie kochany ; tak bardzo kochany, aby naszą zdradę uznać za  niewybaczalną. Kiedy nasz płacz nad sobą nie pomaga, pomyślmy o miłosierdziu; O tym – czego nie zrobił Judasz.

Historia dzisiejszego dnia to znak, że na świecie żadna świętość od tej pory – nie może zostać i nie pozostanie – nietknięta, więc PRAWDZIWA MIŁOŚĆ BY NIĄ BYŁA – MUSI BYĆ ZDOLNA DO NAJWIĘKSZEJ OFIARY. Inaczej mamy do czynienia z jej imitacją lub karykaturą. Od tej chwil człowieczeństwo zostało pomazane symptomem zdrady , której dopuszcza się każdy z nas ; w mniejszym lub większym stopniu. „Całujemy” PANA cynicznie i obłudnie. Przyznajemy się do NIEGO czy do JEGO KOŚCIOŁA , aby zaraz potem mówić :„ no…ale..”  lub  „…bo…. są wyjątki” i „..takie jest życie…”. I jeszcze wiele innych form uników czyli zdrad. Dla niektórych zdrada staje się elementem wynoszącym na wyższy pułap  (jak im się wydaje)…życia oraz szczęścia. Zdolni są do każdej zdrady : wielkiej albo mniejszej . .. Zdrada staje się wytrychem do wielu drzwi, jakie odgradzają Dobro od Zła  w dzisiejszym świecie. I niestety, ta tragiczna postać apostoła jest więc naszą doskonałą ilustracją. ….A wielkość zdrady ?!….  Nie ma już takiego znaczenia. JEZUS  zawsze tak samo – cierpi.         AMEN

WIELKI CZWARTEK

Eucharystia czyli Msza Święta nie zawsze zajmuje miejsce godne JEJ – w rzeczywistości naszego trwania. To nie jest COŚ, CO może być niezauważone bądź pominięte , ale jest tu OBECNY KTOŚ, KTÓRY jest CENTRUM wszystkich czasów i wydarzeń. To Chrystus jest Duchem ŚWIĘTYM , który wszystko ożywia.  Wszystkiemu nadaje sens bo wszystko czyni logicznym. Raz – TEN DUCH – BÓG – uniżył się przybierając ludzką postać; Stając się nam podobnym, aby w ten sposób przemówić do każdego człowieka. A także powiedzieć nam, jak możemy stać się dziedzicami Boskiej przestrzeni wiecznego trwania czyli  ZBAWIENIA.

Lecz my już przyzwyczailiśmy się do Boskiej obecności wśród nas. Obecności tak powszechnej, że nie zwracamy już uwagi na Obecność Nadzwyczajną , Misteryjną czyli tajemniczą. Objawienie się Boga w widzialnej rzeczywistości, jak w Betlejem, odbiera nam zdolność pojęcia i wytłumaczenia sobie , iż Jezus nie może być w ten sposób, obecny w całej historii ludzkości; bez przerwy by zaspokajać ludzkie pragnienia doświadczania GO – By być, jakby na „pstryknięcie palcem”. NIE WIDZIMY TEGO, ŻE GDYBY TAK BYŁO TO BÓG PRZESTAŁBY BYĆ BOGIEM !?.. Czyż nie widzimy tego, iż Bóg, w doskonały i  zarazem tak prosty sposób pozostawił SIEBIE dla Tych, którzy w Niego uwierzą. Pragną wierzyć. Prosty kawałek Chleba; Chleb naszej codzienności jest miejscem JEGO przebywania pośród swojego ludu. Bo, by być ludem Pana, trzeba chcieć GO poznać, a wtedy już tylko krok, od pokochania GO jako Szczęścia Pełnego; Prawdy Ostatecznej i Życia Nieprzemijającego: I to jest właśnie ten cud ..! Boska Nadprzyrodzona i Nieogarniona Obecność, w tak prosty i widzialny sposób, swym istnieniem dotyka i dociera do każdego; Kto tego pragnie !

Współczesny człowiek tak już został odarty z poczucia sacrum (świętości), bo przyjął na siebie doświadczenia całej historii : jej złych , podłych i bezbożnych zachowań; Tak też postać Boga została mu wykrzywiona , iż mowa o jakiejkolwiek świętości czy o sferze ducha w naszym życiu – to wszystko przerasta naszą zdolność przyswojenia i zrozumienia. To przekracza zdolność przyjęcia  tego, co wyrasta ponad dotykalną przez nas rzeczywistość. Mówi się nam od dawna : „wierz w to, co widzisz (i to jest szkopuł)!!! „I w to, czego dotkniesz”. „Wszystko to, co nie da się sprawdzić doświadczalnie czy zmysłowo jest …  nieprawdą….!?”  To takie jednostronne i okaleczone SPOJRZENIE na rzeczywistość świata.

A właśnie : Dlaczego „Szkopuł”?! – Dlatego, że skoro Chrystus mi powiedział: „To co widzisz to jest Moje Ciało” – To tak jest !; A widzę, nie tylko kawałek chleba skoro podpowiada mi to sam Jezus… Mam wierzyć badaczowi podważającemu wszystko,  a nie JEZUSOWI ? Pytam się wówczas badacza : ”czym się przede mną wylegitymujesz… jakie dasz świadectwo o sobie ?”.. Bo JEZUS oddał na Krzyżu swoje życie za głoszoną Prawdę ..Ja zweryfikowałem JEGO „legitymację” więc orzekam :”TEN godzien jest WIARY””…Nie tamten…” Oczywiście niezbędny jest tu wyższy stopień świadomości jaki daje WIARA. I mało tego .. Jezus nie powiedział, tam w Wieczerniku : „To jest symbol Mego Ciała i symbol Mojej Krwi ;…. Ale powiedział wprost : ”To jest Moje Ciało” i „To jest Moja Krew..”

Nie powiedział : Ja będę z wami w symbolu Ciała i Krwi po wszystkie czasy ….. Skoro Jemu nie wierzysz ?!-  to nie wierz także temu, co inni powiedzieli mimo że widzieli;

Na przestrzeni historii…. są byli i będą ludzie, którzy pozostaną na płaszczyźnie zmysłowej i doświadczalnej – Niech sobie będą …Ale dlaczego ja mam swoje myślenie i widzenie,  zawężać oraz spłycać by im się przypodobać?! Niech ci, co „nie wierzą w nic” kłopoczą się by pojąć nasze myślenie – a nie my – ich…! Bo, dlaczego ja mam wyzbywać się pewnych prawd i przekonań, aby na siłę : „ślepego prowadzić na strzelnicę !?”

Jeśli niewidomemu powiem o tym, jak spalił się (doszczętnie!) kościół w Wenezueli , lecz Hostia Św. przechowywana w cyborium (metalowe naczynko) w samym środku i jądrze tej ogniowej katastrofy, ocalała nienaruszona….to czy świadczyć to będzie: o cudzie czy o stopniu jego wiary… ? Czyżby więc, tylko podróż tam, niewidomego i „dotknięcie” owej Hostii miałoby obudzić  jego wiarę ..!? „Błogosławieni” nie ci, co ze „szkiełkiem”, mikroskopem oraz laserem docierają do Prawdy, ale CI ludzie prostego serca . „Błogosławieni”, nie CI co widzieli , ale ci co uwierzyli dzięki usłyszanemu Słowu….Czyżby błogosławionymi mieli być tylko ci, co widzieli cuda Jezusa albo ich doświadczali na sobie….?! Ich była garstka … A inni oraz my- co mimo naszych trudności, wierzymy- czyż nie podlegamy owemu błogosławieństwu !?.. ”Wiara rodzi się ze słyszenia, a tym co się słyszy jest Słowo Boże” czyli słowo Prawdy Przemawiającego Boga. I…. nie ma innej drogi, do uwierzenia i do zbawienia…!

Podobnie ma się sprawa z wydarzeniami w Sokółce na Podlasiu. Mówi się wreszcie : „Cud Eucharystyczny w Sokółce”- tak mówią wierzący. A sceptycy i agnostycy ciągle powątpiewają…..”SŁOWO przyszło do swoich a swoi GO nie przyjęli….”(czytamy u św. Jana, Apokalipsa)

Nikomu nie życzymy aby  ZNALAZŁ się w tym towarzystwie…ale w tym – co „czyni TO na JEGO Pamiątkę…”         AMEN

Niedziela Palmowa

 

Chyba można powiedzieć, że dzisiejsza Niedziela jest pamiątką smutnego dnia bo zapowiadającą swoją radością – coś tragicznego.  Śmierć Tego , Kto jest dzisiaj tak witany i gloryfikowany. Tłum, jakby mówił swoim zachowaniem : „Dziś robimy Tobie wesele – przed jutrzejszym Twoim pogrzebem”. Ta świadomość, nieuchronnej śmierci jest chyba większa niż cyniczna dzisiejsza radość. I o niej należy, w tym tak radosnym dniu- mówić Tragiczna świadomość Jezusa nadaje klimat temu dniowi. Pomińmy wspaniałą , pełną patosu i  radości atmosferę Niedzieli Palmowej, a pomyślmy o tym , czego Bóg doświadczył widząc ich  cyniczne i wyreżyserowane uśmiechy ? ( choć jeszcze wtedy chyba nie w pełni świadome?!). A JEGO  spojrzenia nie były wcale pobłażliwe, lecz pełne bólu zawartego w mimice twarzy , Jego umęczonej twarzy ; Rozpaczliwe pytanie : ”DLACZEGO….?!” Chyba bezcelowe jest mówienie, iż w tym dniu zawarty był cały tragizm Jego ludzkiej egzystencji. Cały dramat, w którego scenariusz wpisane były : radość, euforia, poniżenie i śmierć.

JEZUS będąc Bogiem staje się Człowiekiem – to pierwsze poniżenie. Przyjął życie spotykając się często z lekceważeniem a nawet bezpośrednim zagrożeniem; Dał się sponiewierać  („…chcieli GO zabić…”) – to drugie poniżenie. W końcu zgoda na haniebną i niegodną śmierć – to trzecie. Bóg Stwórca świata pozwoli się poniewierać swemu stworzeniu ?!?

I jeszcze ta „konieczność zaprzyjaźnienie” się z tak niecną , że aż symboliczną zdrady postacią, jaką był Judasz.

Dla wszystko było dla mnie i dla ciebie bracie i siostro. JEGO życie , to była taka „perła rzucona między świnie…” Pozwolił się „Zbezcześcić”. I to trwa do dziś; W postaciach sakramentów, które są jako PERŁY rzucone pośród naszej mdłej i zniechęconej rzeczywistości. Częściej je depczemy i niedoceniamy jak rolnik , który znalazł drogocenną perłę lecz nie zdołał jej docenić. …?!?

Chociaż , Judasz jest, raczej ambiwalentną postacią, bo poddaną boskiemu determinantowi ; Ta „rola”  była niejako, nieodzowną, aby się „Wypełniły Pisma….”, Nieodzowną w planach Bożych lub wyznaczoną do takiej roli. Czy możemy tu mówić o jego wolnej woli…  ?! Czy o zdradzieckiej premedytacji… (?!) Czy to była postać zrodzona by być skazaną na eliminację.. ?! A któż z nas może powiedzieć, że w gmatwaninie różnorakich miłości , że nie był i nie będzie zdolny  do usunięcia Jezusa z serca (?!); z życia?! Form judaszowych zdrad jest wiele .. Nie tylko pocałunek. Zdradzamy GO milczeniem, strachem, wzruszeniem ramion tam , gdzie trzeba i pozostaje już tylko się modlić. Zdradzamy GO obojętnością. I to jest chyba najboleśniejsze ….

Nierozpoznanie TEGO, kto powinien być natychmiast Rozpoznany. A żydzi tak chlubili się znajomością … Pism!? …I co z tego ?! Nie rozpoznali… „Dnia swego Nawiedzenia”, o którym pisali prorocy wiele wieków wcześniej. Nic nie pojęli z tego, co zawarte było w Pismach…. I gdzie byli wtedy Uczeni w Prawie …?!?… Oni już wówczas knuli plan, jak GO zgładzić. A dlaczego ? Bo był zagrożeniem dla ich społecznej pozycji i prestiżu. Swoim Ujawnieniem zaprzeczył ich powołaniu nauczycieli i uczonych jako przewodników Narodu Wybranego.  Człowiek zdolny jest zabić  największe świętości , gdy chodzi o jego interesy; gdy chodzi o jego zysk, a czasami nawet zwykły prestiż. Zdolny jest zdezerterować na wielu płaszczyznach by nie naruszyć swego „status quo”. Nawet diametralnie zmienić zdanie, stając się typowym hipokrytą…”Odpuszczając” sobie walkę o Prawdę.

Historia lubi się powtarzać. W jej najgorszych etapach. Wczoraj żydzi – dzisiaj- my . Potrafimy się zachwycać Ewangelią, ale gdy przyjdzie ją wypełniać i realizować to wtedy uciekamy się do bezpiecznej powściągliwości; Znajdujemy niezliczoną liczbę powodów i pretekstów usprawiedliwiających naszą pasywność i nasze milczenie tam, gdzie powinniśmy głośno krzyczeć. Żydzi, by nie był ich wyrzutem sumienia – zabili GO. My robimy to w „białych rękawiczkach”. Wystarczą wzniosłe deklaracje. To nas uspokaja i jest dla nas wystarczające.

Uczmy się więc dziś pobożnego , ukrytego , smutku dzisiejszej Uroczystości. Nie róbmy radosnej i dobrej miny do całej miernej otoczki czyli naszego „dobrego samopoczucia”, że wszystko jest w najlepszym porządku, by tak móc funkcjonować w atmosferze pokrętnej iluzji. Bo jest ona zapowiedzią tragedii Wielkiego Piątku.

Czy bylibyśmy zadowoleni, gdyby, ktoś ochoczo przyjął  nas do swego domu, a my wiedzielibyśmy, że za niedługo wyrzuci nas z „hukiem” ?!Oni „pomogli” MU „wyjść” bo JEGO obecność była, dla nich i dla nas dzisiaj też, zbyt niepokojąca. „Prawda  często jest Niewygodna”, tak, jak TEN, który okazał się być – „SAMĄ PRAWDĄ”.

5 Niedz. Wielki Post                rok C

 

Szpiegowali ją , czatowali aż udało im się ją podchwycić In flagranti. Jeszcze czasami istnieje w nas taka tendencja- tropienia innych. Jest w człowieku takie  zadowolenie gdy uda nam się komuś (zwłaszcza wrogowi!) coś wytknąć. Wówczas bardzo łatwo stawiamy Prawo obok konkretnego grzechu. Zazwyczaj konkluzja nasuwa się sama _ ukamienować !Łatwo zapomnieć wtedy, że gdy chodzi o człowieka należy diametralnie zmienić strategię. I szybko zmieniamy ją gdy chodzi o nas samych. A poza tym, aż nas świerzbi by rzucić kamień – bo to wydaje się – poprawia nasz wizerunek.

A gdy Jezus mówi że : „Nie przyszedłem znieść Prawo albo Proroków…” – stawia siebie w trudnej sytuacji. Dziś wiemy, że podważyłoby to zasadność Jego misji lub mógłby być uznany za heretyka czy też jakiegoś kontestatora, który za nic ma Święte Prawo; pobłażającego każdemu występkowi. Mógłby też utracić aureolę głosiciela Bożego Miłosierdzia. Jego wyjście z tej sytuacji, jest wyrzutem skierowanym w naszą stronę, bo znaki pisane na piasku mogły być katalogiem naszych występków A chyba wyraźnie, tych tam zgromadzonych „kamieniarzy” i „stróżów moralności” bo zaczęli bezzwłocznie opuszczać tamto towarzystwo. Poczynając od starszych, co było też wymowne. Czyżby mieli dużo więcej przeróżnych doświadczeń i większy bagaż upadków !? A może i więcej grzechów? Spotykali się w życiu z różnymi sytuacjami i wiedzą, że zawczasu należy się zacząć wstydzić i wycofać. Chyba też  zachowali się przebiegle zostając z tyłu. Odejście „młodych” zostało tak szybko zauważone ..!? Jednym słowem starsi są sprytniejsi . Zauważmy więc, że czasami przemilczanie jakiegoś występku czyni więcej dobra, niż jego huczne obwieszczanie – „wszem i wobec”. Raczej pewne że .. nie obnaża naszego wnętrza!

Ludzie siebie pozostawiają na boku, a lubią się zajmować innymi. Nie przez szlachetność, ale przez chęć ukrycia prawdy o sobie.

Zauważmy przebiegłość „niedoszłych katów”. Przed wykonaniem wyroku na kobiecie, według Prawa – także owo Prawo wykorzystują przeciw Jezusowi. Chcą znaleźć powód do oskarżenia GO . Później  znajdą. Mamy tu dwie OSOBY jakby pod „obstrzałem” oprawców. Przy tym Jezus, nie chce naruszyć niepodważalnego prawa Mojżesza, ale postawi wszystkich „szpiegów” w stan domniemania, ich wątpliwej  niewinności. W ten sposób została zakwestionowana raz na zawsze, funkcjonującą wśród pewnych ludzi, chęć i skłonność „kamienowania” drugiego człowieka. Różnimy się od tamtych, tylko nieco innymi, „cywilizowanymi” środkami eliminowania grzeszników. Potrafimy niewinnie śledzić; Nie wypowiadamy bezpośrednio słów pogardy i lekceważenia; Inaczej „umilamy” życie innym; Nawet potrafimy „przemyślnie milczeć”; Ostentacyjnie być obojętnymi; Nie wykonujemy zbyt wyraźnych „ruchów”, by nie były zbyt jednoznaczne. A kiedy już to zrobimy, nie bulwersują nas szczególnie słowa Jezusa: „Kto z was jest bez grzechu…” Wtedy nie myślimy o tym , że mamy dużo „większą belkę” w swoim oku, niż brat czy siostra. Nie tego uczył nas Jezus!? Przesunął akcent z grzechu na miłosierdzie……

 

Wniosek wypływając z Ewangelii dla nas to : Nie potępiaj a nie będziesz potępiony. Z drugiej strony,  nie może oznaczać to też, jakiegoś chorego permisywizmu czyli przesadnej pobłażliwości dla każdego ludzkiego grzechu; Czy nawet złej woli a zwłaszcza premedytacji. Nie ! Lecz należy wyraźnie mówić sprawcy – o jego winie – na początku – w „cztery oczy”. Gdy to nie odnosi skutku, są dwa następne ewangeliczne kroki. I nic poza tym !? NIC! …

Gdybyśmy choć procent tego, co angażujemy w zwalczanie grzechów u innych, wykorzystali dla „higieny” własnego sumienia, rychło stalibyśmy się świętymi. Świat byłby lepszy….Bez świstu kamieni.

I szkoda, że nie słyszą tego inni….Ci, zwłaszcza , co powinni tego wysłuchać….AMEN

 

4 niedziela Wielkiego Postu

Syn – nie tak do końca – marnotrawny

Niech dziś, przygotują się na zmianę swego stanowiska , ci którzy na młodszego syna patrzą z dezaprobatą i ze współczuciem. Bo im więcej i głębiej wczytywać się w tę przypowieść to okazuje się, że być może nie on – zasługuje na  nasze współczucie. Bo chyba w każdym z nas drzemią takie  ambicje i tęsknoty, które on miał odwagę zrealizować. Jeśli ma być reprezentantem „synów marnotrawnych” niech będzie też reprezentantem tych pozytywnych tendencji, jakie być może tkwią w wielu z nas.  DLATEGO myślę, że ON, raczej nie musi wymagać zbyt wiele naszej litości, bo wyszedł z tej „przygody” ubogacony o pewne doświadczenie. W jakiś sposób dojrzał, bo poznał miłość Ojca oraz wielkość Jego Miłosierdzia. Odtąd już wie, gdzie jest jego bezpieczne miejsce – na tym świecie.

 

Teraz CV (siwi) Młodszego Brata. Właściwie, nie zrobił on ordynarnego błędu, a jedynie żył przez  pewien  czas swoją otwartą młodością; pełnią  życia młodego człowieka chcącego poznać ludzi i świat we wszystkich jego odcieniach i wymiarach. Zauważmy, że on raczej  nie założył w swoich planach – grzechu. To byłoby bardzo złe; Lecz grzech pojawił się jako coś niezamierzonego. Jako skutek. Zaryzykował. Chciał poznać wszystkie  barwy życia, a że zatrzymał się przy jednej …. Ona była przyjemna bo dawała poczucie wolności i  „pełni życia”. Możemy powiedzieć, że Młodszy Brat: „…Zasługuje na rozgrzeszenie!”. Młodość nie jest krytyczna; jest niedoświadczona; jest zachłanna; jest spontaniczna i trochę szalona. Jak szalone jest chrześcijaństwo w swoim przeżywaniu grzechu i potem w spełnianiu nawrócenia. Trzeba być trochę „szalonym”, aby miłość Ojca próbować zamienić na blichtr tego świata i miraż wolności; I trzeba być szalonym, aby do Niego potem podejść, jak szczere ale zalęknione dziecko, świadome swego błędu. ……I  pragnące tylko …. przytulenia Ojca.

Zapytamy, czy cena jaką zapłacił nie była za wysoka ?  Nie!… Bo czymże w „szkole życia” jest strata kilku monet na rzecz ubogacenia ducha. Na pewno on narodził się na nowo dla Ojca, a nie wiem – czy też nie – dla Nieba. Nieszczęście jest wtedy, kiedy trzeba płacić za zdobywane doświadczenia wartościami niewymiernymi, duchowymi.  Kiedy po błędzie przegrywa się spokój i harmonię życia oraz nadzieję na życiowe szczęście. Kiedy traci się coś z „wnętrza”- nic za to nie osiągając. A monety?…. mogą BYĆ SZYBKO ODZYSKANE.

 

Teraz CV Starszego Brata. Jeśli idzie o pocieszenie- to należy się ono raczej starszemu bratu. Jego postawa, jest aż tak krystaliczna i powiemy, stabilna, że nie pozwoli mu przeżyć nic bezprecedensowego. Nie  przeżyje nic, poza ukrytym okopywaniem się, i chowaniem w bezpiecznym oraz uporządkowanym domu swego Ojca. Jego życie nastawione jest na zachowanie swojego „status quo” (na zakopywanie talentów!) i bierne asystowanie ojcu, strzegące ich majętności: świń, pól, zbiorów. Nie lubi improwizacji  Przywiązany jest do stagnacji, komfortu i łatwo mu przychodzi krytyka tych, których postawa jest diametralnie inna, może jakoś „ryzykowana”. On miał inne przeliczenia ; nie cenił sobie przygody i bał się ryzyka. To postawa defensywna. Starszy brat, chyba w głębi ducha, zazdrościł młodszemu, że ten przeżył coś, co mu nigdy nie będzie  dane; Ani nawet po to, już nie odważy się – sięgnąć.

 

Teraz Nasze CV. My również, zbyt jesteśmy przywiązani do stabilizacji. Jesteśmy zbyt konformistyczni i za bardzo chcemy „układać” się ze światem, w którym kompromis, ustępstwa, i często chora tolerancja, odgrywają bardzo ważną rolę. Boimy się trudnego nonkonformizmu. Nie lubimy iść „pod prąd”.  I tak, tych którzy „wychodzą przed szereg” niechybnie krytykujemy i szybko odżegnujemy „od czci i wiary”. Pozostajemy w roli strażników naszych „niewielkich majętności”. Tego naszego karłowaty światka, okrojonego lękiem o stratę czegokolwiek. Żyjąc w nim, pozbawieni jesteśmy zdolności do jakiegokolwiek „szaleństwa w miłości bliźniego” czy Boga. Wystarcza nam Msza św. w niedzielę tylko. A w tygodniu – „dewocja”-  skłonni jesteśmy mówić. I to jest duchowa apatia.

Młodszy brat   – ogołocenia nie zakładał . Podjął ryzyko. A tego,  Jezus nigdy nie krytykował, lecz raczej nasz bezruch i stagnację  (jak zakopywanie talentów,  jak znalezienie perły ). Marazm i apatia, nigdy nie doprowadzą nas do ryzyka w dziedzinie miłości bliźniego…Bo .. żeby kogoś pokochać trzeba zaryzykować. Nieraz –  postawić więcej niż garść pieniędzy…. Często swoje życie… A duża nawet, suma pieniędzy, ze szczęściem i spokojem ducha- są nie do porównania.

I nie wiemy tak naprawdę, kogo Chrystus chciałby mieć bardziej w swoim „Domu”?. I kto wymagałby Jego większej troski? Nie pochwalamy czynu młodszego brata, bo za zdobyte doświadczenie zapłacił w sposób, który jest przestrogą.  Są gorsze formy „życiowych interesów”. Tu skończyło się na utracie kilku monet.

Więc – taka nauka :  Nie powtarzajmy błędu młodszego brata, bezpieczeństwo rodzinnego domu – KOŚCIOŁA  a w nim obecność OJCA – można ZAMIENIĆ na iluzję szczęścia czy iluzję dobra – a właściwie zła – jawiącego się często, np.jako niewinna i nie angażująca przygoda. „Jako niewinny incydent”. A gdy już coś takiego nam się przytrafi, możemy być pewni ogarnięcia przez przebaczające ramiona Ojca, który wówczas powie : „Bo ten syn mój umarł  a ożył , zaginął – ale się odnalazł…”…. Miejmy tylko  odwagę stanąć w progach domu Ojca. I powiedzieć : ”Ojcze wybacz”.  AMEN

3 nied. Wielkiego Postu Rok C

Tak łatwo i pośpiesznie oceniamy innych. Często przy tym im współczujemy równocześnie myśląc sobie: „Tak źle chyba nie żyję, bo nie przytrafiają mi się nieszczęścia jak innym..” W ten sposób siebie nie porównujmy.Byśmy nie  przekonali się o trafności takich porównań na przykładzie bliskich czy kogoś z rodziny. Nie możemy zadawalać się minimalizmem, który wydaje się nam szczytem naszych możliwości. W ten sposób  równamy w dół, zamiast kroczyć w przeciwnym kierunku. W kierunku doskonalenia swojego człowieczeństwa. Wobec Boga wszyscy jesteśmy równi więc nie silmy się na klasyfikowanie i szufladkowanie ludzi jako: „lepszych” i „gorszych” bo ta wieża z Siloe może nagle spaść …i na nas. Dlatego należy spoglądać w górę w kierunku niebiańskich dóbr i stamtąd wyczekiwać spokoju i bezpieczeństwa. A winy tych, których przygniotła wieża, nie musiały być wcale większe od naszych zaniedbań.

A – z czego i ku – czemu musimy się nawracać? Z naszego minimalizmu niemalże w każdej dziedzinie życia; Z naszego samozadowolenia, które nieuchronni prowadzi do pychy i stagnacji; Z naszej inercji i apatii w dziedzinie okazywania gestów miłości bezinteresownej oraz zaniedbań czynów miłosierdzia. Bo o miłosierdziu myślimy zazwyczaj wtedy, jak jego oczekujemy lub prosimy  Boga albo człowieka. A przecież to właśnie ono rodzi w człowieku radość i miłość.

Kto uważa, że nie musi się poprawiać, ten może umrzeć w smutku i duchowym marazmie. Mając przy tym świadomość, że przez życie nie „płynął” ale dryfował „raz po raz” zaliczając jakieś życiowe „mielizny….Dlatego też nie wolno nam zadowalać się tym, że „nikogo nie zabiłem i nie okradłem”.  Takie podejście do sprawy sumienia, nic pozytywnego w nasze życie nie wnosi  tylko popycha w błędne samozadowolenie czyli pychę oraz w zgubne poczucie samowystarczalności.

Pytajmy się raczej siebie : Co zrobiłem dobrego bezinteresowne i z własnej woli; A czego zaniechałem? – Choć nie powinienem był zaniechać! Czy nie zaniedbałem swoich stanowych obowiązków lub powinności?! W przeciwnym razie zatrzymując się na takim delikatnym i pobłażliwym podejściu do siebie, sprawimy że innym ze  mną będzie się żyło nieznośnie…. I to nie będzie tylko ich problemem …!(?) A i tak, wszyscy ludzie uważają, że są „w porządku”….(?!)

Sądzę, że Bóg spodziewa się po nas dobrych owoców. Daje nam „trzy lata”, ale nie więcej! Czyżby zaskakiwał nas JEGO „radykalizm”?! Można „odejść” , można zostać „przywalonym”, rozczarowanym i zdegustowanym. Niektórzy ludzie „wyjaławiają” ziemię dobrych ludzi, w  których kiełkują ziarenka prawdy i dobra, a które malkontenctwem, wiecznym zdegustowaniem oraz nieustanną krytyką – przysłaniamy albo gasimy. Bo jedni na drugich , tak mogą paraliżująco – działać. W życiu każdego, pozostaje w pewnej chwili liczyć już  tylko na litość Bożego Ogrodnika. Pomyślmy – czy ON nam już tej szansy nie ofiarował?  Ile razy nam ofiarował?  Lecz my, nie-raz ją straciliśmy. To Jezus, przez swoją mękę wysłużył nam „odroczenie” karzącej interwencji GOSPODARZA. Jak długo można tak sobie igrać?! Czy to nie jest aby badanie cierpliwości Gospodarza?! Nadużywanie tego jest – karygodne. TO grzech przeciwko Duchowi Świętemu a skądinąd wiemy, że ten grzech – tylko ten – nie będzie człowiekowi darowany. I nikt z nas nie uniknie ostatecznego rozrachunku ! po którym pozostanie, być może, trwać w wiecznym stanie udręki i wyrzutów sumienia – A to będzie właśnie-  wieczne potępienie.

„Krew oprawców” czyli w jakimś sensie – nas – i naszych „ofiar” ludzi skrzywdzonych jest „wymieszana”. Bo na ziemi dobro ze złem jest połączone i w stanie ciągłej walki. Od tego nie można się uwolnić – Baczmy więc na to, aby nie stać się „ofiarą” jak owi Galilejczycy. Bóg przeciwnie do Piłata – nie myli się. Nasze zachowania są zazwyczaj jednoznaczne. Tylko czasami ludzie je rozmazują by siebie uspokoić bądź usprawiedliwić A życie opiera się na bardzo prostych zasadach,  które mamy ogromną zdolność i łatwość – komplikować. Złudna to wielkość i fałszywa czystość, które aby zaistnieć potrzebują mieć wokół siebie grzechy lub „brudy” innych….Nie oszukujmy siebie samych …..

2 nied. Wielkiego Postu Rok C

 

Obietnice płynące z Przemienienia.

Tak jak Jezus wypromieniował z siebie w sposób widzialny i odczuwalny; nieomal dotykalny Piękno i Chwałę swej Bosko – Ludzkiej treści i bogactwo swych transcendentnych możliwości(przekraczających możliwości ludzkiego pojęcia i wykraczające poza naturalny bieg rzeczy), tak człowiek wierzący winien ustawicznie przemieniać siebie „ku górze” i usiłować wypromieniowywać z siebie swoją szlachetność – chociaż częściowo – swoją najpiękniejszą ludzką treść. Najszlachetniejsze cechy. Gdy tego brakuje odczuwamy w swoim otoczeniu promieniowanie zła , brzydoty , promieniowanie niechęci, obojętności a gdzieniegdzie wrogości. I tak bardzo tęsknimy za obliczem człowieka dobrego, szlachetnego i miłego .. Tak bardzo pragniemy szczęścia, dobra i sprawiedliwości, że chwytamy się każdej obietnicy tyczącej zaistnienia tego stanu. A zwłaszcza gdy „ona” płynie ze strony naszego Najwyższego Pana.

Niewielu współczesnych ludzi rozumie wartość tej obietnicy, chociaż wszyscy bez wyjątku za nią tęsknią. Z reguły sądzi się, że obietnica dotyczy przede wszystkim tego, kto ją daje, wzywając go do dotrzymania danego słowa. Tymczasem obietnica jest właśnie wielką wartością dla tego, kto ją otrzymuje. Dla nas .Ona stanowi sprężynę naszego życia. Jest źródłem ludzkiego dynamizmu.

Głęboki kryzys, który dosięgnął nasz naród, został spowodowany brakiem realnej obietnicy lepszego jutra. W życiu narodu zabrakło tej sprężyny, która uruchamiałaby tkwiące w każdym człowieku wielkie energie. Tysiące ludzi zabrałoby się do wydajnej pracy we własnym domu, gdyby dostrzegli możliwość dorobienia się w ciągu kilku lat własnego mieszkania, w ciągu dwu lat nowoczesnego samochodu, a w ciągu miesiąca nowego telewizora. Życie w krótkim czasie uległoby zasadniczej zmianie.

Co dziś ciągnie tysiące ludzi na Zachód? Co zmusza ich często do wielkich wyrzeczeń, do rozstania na długie miesiące z bliskimi, do ciężkiej pracy? Nic innego tylko obietnica zarobienia pieniędzy, obietnica łatwiejszego życia, gdy te pieniądze zostaną przywiezione do kraju. Rodacy opuszczają naszą Ojczyznę, żyją obietnicą lepszego jutra. Jest to zawsze ryzyko. Może zdrowia zabraknąć, podróż może skończyć się katastrofą, złodziej może ukraść zgromadzoną monetę, a jednak czar obietnicy jest tak wielki, że ryzyko bywa podejmowane.

Gdybyśmy obietnice dane przez Boga potraktowali równie na serio, jak euro zarobione na Zachodzie, to stałyby się one sprężyną naszego życia, przemieniając codzienność w niezwykle twórcze dzieło. Bóg zawsze słowa dotrzymuje, Jego obietnice są niezawodne.

Mądrość wzywa do głębszej refleksji nad tajemnicą obietnic, jakie daje Bóg, i nad potrzebą potraktowania ich na serio. Uważna lektura Ewangelii pozwala dostrzec zarówno wieczne, jak i doczesne wymiary obietnic Boga. Ojcu niebieskiemu zależy na naszym szczęściu nie tylko w niebie, ale i tu na ziemi. Wystarczy przytoczyć słowa Jezusa: „Dawajcie, a będzie wam dane; miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrze wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie” /Łk 6, 38/. Tego tekstu nie należy odnosić wyłącznie do nagrody wiecznej. Jest on również obietnicą błogosławieństwa na ziemi czyli SZCZĘŚCIA dla tych, którzy potrafią otworzyć swoje serce i kieszenie dla potrzebujących. Bóg słowa dotrzymuje. Jeśli my dotrzymamy swego i  wypełnimy to, co do nas należy, On w stu procentach zrealizuje swoje obietnice bo jest Prawdomówny i Sprawiedliwy czyli godny zaufania i największej czci.

 

 

1 Wielkiego Postu Rok C

Uważny słuchacz dzisiejszej Ewangelii zauważy, iż treść pokus jakim został poddany nasz Mistrz Jezus Chrystus, przebywający na pustyni w chwilach odosobnienia, te treści pokus są podobne do tych,  jakim my – żyjący współcześnie – podlegamy.

Może wydawać nam się, że chodzi jedynie o kwestię walki z pokusami, której przykład i argumentację daje nam Jezus. Tymczasem dziś w Ewangelii chodzi o coś innego: Nie o indywidualne pokusy, którym podlegamy, lecz o różne fałszywe obrazy Boga, które przyjmujemy w swoim umyśle i wyobraźni. Z obrazów tych, rodzą się dalej, różne fałszywe oczekiwania wobec tego naszego „Boga”. I gdy nie zostają one zaspokojone, w konsekwencji powodują one pretensje i odejście od Boga wogóle. I właśnie na tym polega dzisiejsze „kuszenie”: Pokusą są uproszczone i błędne wizje Boga oraz nasze nieokiełznane oczekiwania względem Niego. Jak to wygląda w praktyce?

Najpierw pokusa chleba codziennego . Jest on niezbędny człowiekowi. Lecz wg Pana, nie może stać się on jedynym i nadrzędnym celem życia (wszak, sami to przyznajemy!).  To nie „brzuch” lecz dusza jest „panem naszego życia”. „Brzuch”- to zwykle niepohamowane zaspokajanie naszych żądz , zachcianek, upodobań i fascynacji; Dominacja materialności w nas by mieć, posiadać, odczuwać…  To staje się naszym „chlebem powszednim”.

A dalej pokusa Pychy ; Tak bliska człowiekowi współczesnemu: chęć zdobycia sławy za wszelką cenę. Zdobycia pozycji niechybnie prowadzącej i zazwyczaj kończącej się – dominacją nad innymi; To chęć wpływania na ich życie, a nawet kierowania nim; Takie instruowanie, bo lubimy bardzo rolę nauczycieli, doradców i przewodników. Istnieje pokusa  nawet pokrętnego, bawienie się ludzkimi uczuciami by zaspokoić swoją potrzebę emocjonalnej równowagi. Dominuje w nas chęć- wygrywania jakieś przedziwnej rywalizacji, którą podkręcają  współczesne media. Sprzyja temu też powszechna łatwość komunikacji. Lansowane, wszem i wobec, wzorce piękna,  młodości i bogactwa oraz zwykłego wyglądu – stającego się odtąd wyznacznikiem wartości człowieka. Jakby współczesna psychoanaliza zatrzymywała się na powierzchni ludzkiej osobowości.  Rozpowszechnia się wzorce wykreowane przez  nieliczną garstkę tych, o których mówimy: ”Im się powiodło”. I… mamy już powód do …zazdrości (?!)

Niestety człowiek, mimo posiadana wiedzy o owej tendencji – bezkrytycznie jej ulega. Poddajemy się opiniom samozwańczych „autorytetów”; i akceptujemy bezwiednie reguły panujące w świecie, w którym odbywa się  – pogoń za blichtrem. ”Więcej mieć”, „więcej chcieć”, „więcej znaczyć”; Czyli : więcej pieniędzy , więcej władzy , więcej urody… Tylko, że ofiarowanej nam młodości i godności jest zawsze taka sama ilość !…. Wszyscy mieli je i mieć będą – po równo. Ale „nierówno” je tracą….

Pomija się w tym miejscu  nauczanie Chrystusa i Kościoła o tym: „Jak więcej BYĆ”(?)  Gdyż ono jest, jak ziarnko piasku w trybach współgrających popędów, zmysłów, żądz, pragnień – w machinie pokus współczesnego świata..

Z  tym, co zostało powiedziane, wiąże się pokusa Potęgi ; Na miarę naszych możliwości. Nikt nie chce być „pionkiem w grze”, na scenie tego świata, a jeśli sam nie może zmienić tego stanu, to istniej taka tendencja, aby innych poniżać i podporządkowywać; Zabierać innym lub przeszkadzać w drodze do ich szczęścia; dyskredytować i umniejszać ich wartość i znaczenie, by tym samym, wywindować swoją pozycję . Mówimy wtedy dumnie: ”ja mam mało – a on ma jeszcze mniej” lub „nie jestem kanonem piękna ale ona tym bardziej ”, „Ja nie jestem szczęśliwa – to on, tym bardziej niech nie będzie”.. itd. Jakże fałszywa to wielkość i dobre samopoczucie, które jawią się dopiero na tle nieprawdziwie przedstawionego (bo umniejszonego) obrazu drugiego człowieka. A powiedziane jest wyraźnie: „Kto się wywyższa będzie poniżony…” Lecz ludzie sobie i z tego – niewiele  robią…!

I wreszcie tendencja kuszenia samego Boga – powszechna u tych , którzy jak im się wydaje – Są bardzo pobożni , nieskazitelni i dlatego uważają, że wszystko czego potrzebują, im się należy od życia i od Boga. To ci, co mają właśnie – ten mylny obraz Boga. BOGA Służącego. Chcieliby trzymać BOGA – jakby „w szachu”; „Bóg na usługach człowieka”. Jakby z NIM zawarli taki „układ”:  „Ja Tobie modlitwę a TY mi powodzenie”. To ci, którzy tutaj W ŚWIĄTYNI raczej nie bywają! A Jego błogosławieństwo traktują – jako „dług wdzięczności Boga” – wobec nich. Najchętniej zgodziliby się na kupowanie JEGO usług…(?!)

Jako że nie wszyscy jesteśmy identyczni, ktoś mógłby się obrazić. Wprawdzie grzechy wszystkich są podobne – a wręcz takie same, lecz ich „autorzy” są inni.  Każdy człowiek to osobny „problem” Pana Boga.

Wiemy to, iż u podstaw tych wszystkich  pokus w nas, leży jakieś nieuporządkowanie moralne tkwiące w naszym wnętrzu, bo mamy poprzestawiane w naszej głowie – priorytety oraz wartości. Ten bałagan mają raczej ci, których tu nie ma…Ale z którymi musimy obcować. Pogubili się w tym, co ważne, a co nieistotne. To na skutek grzechu pierworodnego. A który,  jakby nie u wszystkich w tym samym stopniu – został zgładzony na Chrzcie Świętym. Dlatego nie odkładaj  tej  zmiany  na następny Wielki Post.  Czy masz -naście czy też -dziesiąt lat – to nieważne –  Po prostu możesz tego – nie doczekać. Teraz-dziś,  póki nas nic złego nie spotkało, śpieszmy się sami zniszczyć w sobie choćby jeden grzech, jakby „należący do nas”; „Przyklejony” do nas. I nie zwlekajmy z tym,  by on nie zniszczył  wyczekiwanej  wieczności –  do nas jeszcze „nie należącej”. Gdyż…grzech w sobie mamy; A wieczności – doświadczyć dopiero  –  możemy….        AMEN

5 nied.zwyk.Rok C

 

Trzy lekcje P.Św. dziś czytane mają wspólną oś, jaką jest historia powołań. Nie wiem czy wszyscy zauważają tu, jedną rzecz  niezwykłą jaka ukryta jest – implicite (schowana). Jest nią jakby „Bezsilność” Boga, który do realizacji swoich planów i zamierzeń względem  człowieka, zaprasza lub potrzebuje każdego z nas. To bez pomocy zainteresowanych – ON jakby nie mógł sobie „poradzić ze światem”. Tu, z naszego punktu widzenia, widzimy pewną niezwykłość i poniekąd zaszczyt, że Miłość Boga dzieli się z człowiekiem planem i przebiegiem Aktu Zbawienia ludzkości. Człowiek, bez swoich zasług, został zaproszony do współpracy z Bogiem. I co… ?! …Jakbyśmy sobie nic z tego nie robili….

Stąd pytanie proroka Izajasza: „Kogo poślemy?” dotyczy i odnosi się do nas… Jakże mało jest tych,  którzy wydają się być w pełni dyspozycyjni i oddani sprawie. I tu uwaga! Nie są dyspozycyjni  nie tylko wobec innych, ale nie są oddani sprawie własnego zbawienia…Jakby nie wszystkim na tym zależało….Na razie…Na czas życiowego powodzenia…. Przy tym mamy świadomość tego, iż nasza grzeszność i brud ludzkiego serca oznaczać powinny śmierć i unicestwienie w obliczu Boskiego Majestatu. I na to tylko zasługują. A tu…. także nic sobie z tego nie robimy! Udajemy ślepotę i brak zainteresowania.

Lecz tam i tu, wszystko okazuje się być łaską Pana. Można powiedzieć, iż jesteśmy „pełni łaski”; I od Niej zależni. Lecz my niejednokrotnie mówimy o naszych „zasługach” wobec Pana; o zasługiwaniu na jakiś dar …Pewnie to wszystko wymaga od nas jakiegoś wysiłku; znoszenia „spiekoty dnia”, bolesnych ustępstw czy kompromisów. Jednakowoż nie wolno nam przy tym powtarzać błędu owych robotników, którzy według własnych oczekiwań…. zostali niedocenieni. Wszystko jest laską Pana: „Czy na to złym okiem patrzysz że jestem DOBRY?”… Nawet to, co było bolesnym oczyszczeniem , ogołoceniem samotności , „rozżarzonym węglem” , który choćby palił niemiłosiernie może być podany ręką Bożego wysłannika jest Łaską Pana. Zawsze będącą darem dla naszego dobra. Patrzymy „na krótką metę”; patrzymy tylko na doraźna krzywdę, bądź na tymczasowe powodzenie bądź niepowodzenie. Nie widzimy dobra dalszego i dobra „drugiego planu”.

Dlaczego tak się dzieje ?!… Na to pytanie nie otrzymamy odpowiedzi, bo zawsze Pan i drugi człowiek pozostanie Tajemnicą. Tajemnicą pozostajemy my sami… Dla siebie i dla innych. Samo życie jest niewiadomą i jest tajemnicą.  Nasze zachowania i reakcje również . Tylko Pan zna ludzkie serce i tylko ON przyjmuje wypowiedziane, bądź milczące, wyznanie wiary… czy też…. swojej małości.

Na wzór św. Piotra nie potrafimy odrzucić na pewien czas pewność i spokój dnia dzisiejszego i podążyć za Jezusem : „Oto ja , poślij mnie …” Lecz to przerasta nasze możliwości i spokój oraz stabilność teraźniejszości. Nie jest większe od naszej wygody. Dla nikogo nie wykonamy gestu szalonej miłości to tym bardziej dla Jezusa. Jezusa rzadko odnajdywanego na „jeziorze naszych marzeń i snów o potędze” , „w  świątyni naszych wartości”, na drodze zaspokajania własnych ambicji. Czyżbyśmy dziś nie dostrzegli , że to ludzie mali duchowo, niegodni i „o nieczystych wargach”, stali się „opokami” i prorokami współczesności.

To wszystko przeczy naszym doświadczeniom oraz praktykom  świata naszych dni, i naszych niepokojów. Pośród naszej codziennej walki. To przekracza nasze myślenie  i wyobrażenia, gdzie nie ma miejsca dla Piotra,  który wierzy wbrew zdrowemu rozsądkowi i rzuca sieci w głębię nie rokującą nadziei. Nie ma miejsca dla Pawła rzuconego w pył drogi i pozbawionego „wzroku ambicji”, kalkulacji a obdarzonego „wzrokiem wiary”.

Zauważmy dzisiaj, że każdy z nas, ma szansę i jest powołany czyli wybrany do spełnienia Bożej misji…wystarczy odpowiedzieć: „OTO JA POŚLIJ MNIE….” Teoretycznie, robisz to podczas każdej Eucharystii. Ale to pierwszy krok. Amen

4 niedziela zwykla Rok C                    Łk 4,21-30

W sposób doskonały widać korelacje tych dwóch postaci: Jezusa, i przed nim proroka Jeremiasza . Doskonała analogia niewymuszonych zachowań u jednego jak i u Drugiego. Los proroka powtarza się także i dzisiaj.  W mniejszej formie i zakresu mniejszych wymagań; w zakresie naszego życia.

I tak według przypadków Biblii można naszkicować pewien obraz proroka . Prorok jest kimś kto dokładniej poznał wolę Boga; komu Bóg pozwolił lepiej widzieć swoje zamiary.  To ktoś kto daleko patrzy do przodu, i widzi dokąd może zaprowadzić człowieka grzech i łatwa ale nieodpowiedzialna droga życia. To nie jego uzdolnienie, ale dar Powołującego czyli Boga. Określany też jest jako, „Widzący” czyli dostrzegający coś, co dla innych jest niedostrzegalne, a „Posłany” by wolę Boga oznajmiać a nawet  stawiać ją  do konfrontacji z naszymi wyborami i priorytetami. Bo autentyczny Prorok swoim  zachowaniem może nam naruszyć , i dobrze gdy to robi , grzeszny spokój ; Psuje nam, a może i innym,  niektóre zabawy; potępia wprost lekkie i nieodpowiedzialne życie; To właśnie powołanego człowieka wydaje się z proroka czynić „nieznośnego mąciciela” naszego dobrego samopoczucia i dobrego nastroju. Tak wiec, zwróci przeciwko sobie tych , którym bardziej odpowiadają środki „uspakajające”, neutralizujące alarmujące zachowanie sumienia. Którym odpowiadają okrągłe mowy polityków, mogące nawet aprobować, nieortodoksyjne zachowania samych wierzących.

Tak wiec sam Jezus sam przestrzega i nawołuje nas, abyśmy się opamiętali i zaczęli żyć inaczej. W ten sposób staje się nie lubianym także przez nas, a nawet znienawidzonym przez niektórych . Bóg wiele żądał od proroków a dziś sam Jezus przed nami stawia podobne wymagania. Od tych pierwszych żądał : nie wolno wam się lękać ani „królów judzkich” ani „kapłanów” ani „ludu tej ziemi” czyli nie przystoi głosicielom Jego orędzia ulegać żadnej formie konformizmu czyli przypodobania się „ludowi” , bo w przeciwnym razie Bóg sam napełni go lękiem przed wszystkimi. Prorok przez swoją zdolność widzenia rzeczy tak jak się mają, może i powinien, pozostać wiernym Bogu. Może to również pociągnąć za sobą poczucie stania się obcym między swymi, czego przykład dał nam dzisiaj Jezus przemawiając w swoich stronach rodzinnych. A że pochodził z tych najskromniejszych spotkał się z pogardą, z pewną formą bagatelizowania , a jeśli to im się nie udało i nie udaje dalej , stąd do nienawiści już tylko krok. Nie chciał się nisko kłaniać nikomu … nawet szatanowi a może zwłaszcza?! … nie był współczesnym dyplomatą i „nie owijał w bawełnę”  więc się GO wyeliminowało, by dalej nie zakłócał nam świętego spokoju. Który najczęściej jest „stojącą wodą” czyli raczej „śmierdzącą”. Naszego bezruchu a w tym – naszego grzechu. A my tak polubiliśmy stojącą wodę, gdy się nic nie dzieje zwłaszcza w sferze naszych upodobań i zapatrywań, mających niewiele wspólnego z nauką proroków  czyli nie mających  żadnego związku z Ewangelią. To wymagania podobne do tych prorockich, ale może mniej radykalne w sferze wymagań. Dziś niewielu z nas ma siły i możliwości  by przyjąć postawę proroka. Ale….

Nie oczekujmy od współczesnych „proroków”, głosicieli Słowa, że będą nam prawili tanie komplementy, bo gdy to się dzieje, staje się „głosiciel” podejrzanym .Nie powinni nas głaskać swoim słowem , ale nas bulwersować a nawet prowokować , najpierw do myślenia a potem działania. Jeśli chcemy zachować wiarę nie możemy uniknąć  głoszenia Bożego Orędzia, które może nie współgrać z naszymi i innych, oczekiwaniami i wyobrażeniami , naszej codziennej rzeczywistości nacechowanej kłamstwami, podłościami , małymi i większymi nielojalnościami , dwuznacznościami , brakiem prostolinijności.  Strzeżmy się abyśmy żyjąc w zdradzie, szyderstwie, dwuznacznościach i obłudzie  nie zatracili smaku Prawdy i zachowali odnośnik oraz miernik naszych zachowań ocen i prerogatyw. Strzeżmy się polubienia grzesznego spokoju, i bycia tymi którzy słyszą tylko to, co ich dotyczy i zagłuszają głos swojego sumienia i…. glos wołających o pomoc czy ratunek. Ich głos może być tak cichy i delikatny jak glos naszego sumienia, bo Bóg nie drze się i nie krzyczy jak zło, ale obwieszcza Prawdę o nas i o naszym życiu .Tak samo radość jak i smutek oraz łzy . One są bezszelestne jak cała Ewangelia ze swoim Słowem, które ginąc na krzyżu nie wydobyło ze Swoich Ust nawet szmeru żalu.

Jest to jedna z najbardziej dramatycznych scen Ewangelii i tragicznych momentów w życiu Jezusa: został On odrzucony przez swoich najbliższych: rówieśników i ziomków. Po nieprzychylnym Betlejem i rzezi Niewiniątek, stanowiło to kolejną zapowiedź tego, co później dopełni się pod pałacem Piłata i na Kalwarii, i w tylu jeszcze miejscach i momentach ludzkich dziejów. Człowiek nie chce Boga! Bóg umiłował człowieka i oddał swego Syna z miłości, a człowiek nie chce tego daru, nie chce Bożej miłości, nie chce Boga! Wydawać by się mogło, że dziś „Nazaret” rozciąga się  na cały świat. Czy to możliwe?

Ano możliwe i chyba sami niejednokrotnie byliśmy świadkami czy wręcz uczestnikami takiego buntu przeciw Bogu. Z czego to wynika? Co pcha człowieka do takiej dekadenckiej, rozpaczliwej i tragicznej decyzji? Warto chyba się nad tym zastanowić.

 

3 niedz.zwykla Rok C – Łk 1,1-4;4,14-21

Możemy być pewni i spokojni jeśli idzie o źródła tej Ewangelii i rzetelność przekazu zawartych tutaj  treści. Św. Łukasz sprawdził wszystkie fakty z życia Jezusa u naocznych świadków.  Jedno zdanie zdradza jego metodologię: Pilnie dochodził Prawdy u tych, którzy byli „Sługami Słowa” czyli byli w najbliższym otoczeniu JEZUSA.

Pan Bóg przyszedł do człowieka w znaku wręcz krzyczącym naszą „normalnością”. Okazał się być zrozumiałym i dotykalnym, ale to jednak okazało się zbyt mało. Bo dalej wydaje się być ON dla wielu – nie do zaakceptowania.  Dziś tłumaczy więc słuchaczom, że jest tak „Zwykły” , by GO można łatwo rozpoznać. I jest tak „Niezwykłym” by zostać uznanym za Mesjasza – Za BOGA.  Na dowód tego cytuje Pisma ST. Test. Wyraźnie i precyzyjnie mówiące o NIM już na wiele wieków przed JEGO zaistnieniem pośród nas.

Ewangelista Łukasz bardzo uwypukla scenę z synagogi w Nazarecie – I uwaga rewolucja ! Zwraca uwagę  nie na treść Świętej Księgi Pisma, którą czyta, lecz na swoją Osobę.  Najbardziej zdumiewające jest słowo: „Dziś”, wypowiedziane z wielkim naciskiem. „Dziś wypełniły się słowa Pisma…”. Jednak zatwardziałość serc słuchaczy była  równie zdumiewająca; więc pomyślmy, iż wypowiedziane wówczas przez Jezusa – „Dziś” – trwa do dnia dzisiejszego. …Czy to rozumiemy?! Wszystko, co spełniło się wówczas odnośnie Osoby Jezusa – tak spełnia się do teraz…

Lecz jak kiedyś wszystkie oczy były skupione na NIM, tak dziś jedni patrzą na NIEGO z miłością, a inni z  obojętnością lub niedowierzaniem. Dziś, każdy z nas, chce być „centrum świata”. Więc GO sami sobie tworzymy wg. własnych wyobrażeń, często po to, by był tylko obok. Kiedyś oczy były w NIM utkwione.  Dzisiaj pragniemy by były – w nas.Więc my udajemy i tymczasem mamy – „oczy szeroko zamknięte”. …

I jak czytamy u św.Pawła (1 Kor4,9) „Staliśmy się widowiskiem światu, aniołom i ludziom…” Zauważamy jaką  ewolucję sprawiliśmy ?!

Wydaje się więc czasem, że Jezus swoją „Zwykłością” przysłania nam  Boskość. Ta Jego „Zwykłość” była dla Jego rodaków dużym zaskoczeniem, zwłaszcza gdy ujawnił , że jest Tym, do Którego odnoszą się idealnie – przeczytane słowa Pisma. To był dla nich wstrząs. A dalszy tekst Ewangelii mówi o tym, że słowa Prawdy wypowiedziane pod adresem żydów, wywołały ich wściekłość, tak wielką iż chcieli GO ukamienować. I tak rozpoczął się dramat niezrozumienia trwający do dziś .Wymyśliliśmy tyle sposobów  Jego  „kamienowania”, że juz w ogóle nie patrzmy na to, czy ktoś jest winy czy nie – byleby tylko  rzucić. Z drugiej strony pozwalamy na to, by z  PANA kpiono i żartowano.  Dzisiaj więc każdy łapserdak może to uczynić. Nie reagujemy gdy zaciekle i bezrozumnie rzucają oszczerstwa w kierunku Jezusa  lub Jego Kościoła czy Jego wyznawców.

Mimo trwającego 2 tys. lat procesu „dowodowego w sprawie Jezusa” ludzie mówią – „Jeszcze poczekajmy na jakieś cuda; może się wydarzą?!” – „Wtedy uwierzymy” – Nic podobnego! Bo jak w Piśmie stoi – „Choćby i anioł z nieba przyszedł nie uwierzą…”  Ślepota duchowa jaka panowała wówczas – rozwija się w dzisiejszych czasach; Niekiedy wśród nas – także. Dziś, Jezus jest krzyżowany powtórnie – a my(?!) tak jak  tamci, odgrywamy rolę biernych obserwatorów i widzów.

Przymykamy oczy na profanację Imienia Jezus ; na profanację krzyża; na niszczenie autorytetu Kościoła – Jego Kościoła. Na szerzące się bałwochwalstwo; Na zaśmiecanie środowiska naszego wzrastania w wierze, w rodzinie , we wspólnocie Narodu. Pozwoliliśmy wejść do parlamentu różnym mutantom i barbarzyńcom medialnym. Przyzwalamy także na demolkę  naszych sumień  i więzi Rodzinnych. Już nie chce nam się – nic.

Nie zapominajmy jednakowoż , że ongiś  wypowiedziane Jezusowe słowo – „Dziś” – trwa do naszych dni ; ON jest pośród nas; ON żyje. Czy my to uznamy za oczywistość – czy też nie. Dalej więc idziemy przez życie z ciągle przymkniętymi oczami …..I tak może pozostać aż po wieczność; Ale tacy ludzie, Tam raczej Boga  nie dostrzegą.

Kiedy się narodził przygotowaliśmy MU piękny żłóbek,  ale kiedy dorósł i wytykał nam nasze grzechy i zaprzaństwo ,wyrzucamy GO z naszych domów , rodzin, szkół, przestrzeni publicznej. Nasza obojętność i stagnacja pozwoliły na to, że niebawem zabronią nam modlić się ; najpierw publicznie a potem prywatnie. I to będzie nasz koniec; Koniec chrześcijańskiego świata; Koniec naszej wolności. Apokalipsa nadejdzie szybciej niż się spodziewamy.  Bo Apokalipsą będzie także katastrofa w sferze moralnej. Dokonująca się nie tylko – gdzieś tam w świecie – ale w naszym najbliższym otoczeniu; W rodzinie; W Ojczyźnie; W naszych głowach . Nasza Apokalipsa zaczęła się wtedy, gdy zaczęliśmy powątpiewać w słowa Jezusa, który mówił : „Dziś wypełniło się Pismo”. I dalej, niewiele  robimy sobie z tego – mimo iż owo „Dziś” – trwa już 2 tysiące lat. …Niestety – najlepiej  wychodzi nam przymykanie oczu i uszu. Tak więc, aby się uratować musimy  otworzyć nie tylko oczy… na Miłosierdzie Pana.   Amen

 Zakłamany mit filantropijnego Jurka?

Po raz kolejny zadziwia fakt, ilu jest tych, którzy dają się nabrać na „czerwony kolorek serduszek” przypinanych nachalnie do garderoby ludzi spieszących do kościołów; Lub powracających. Wybór niedzieli na przeprowadzenie tej akcji nie jest przypadkowy. Zapewnia to powodzenie tej akcji! To sposób by wykorzystać emocje tych, którzy wykazują się dużą wrażliwością ducha w sferze przekonań. Często są to osoby starsze (a gdzie ich najwięcej można spotkać zebranych w jednym miejscu?!), które rozumieją jak ważne jest życie, jak ważne jest zdrowie i rodzina. Jednakże, też łatwo jest, np. za pomocą mediów, wmówić jakieś slogany i wcisnąć dowolną półprawdę. W tym wypadku, pokazać czubek góry lodowej, i mówić iż „To jest cała góra….” Nawet milion czy dwa przekazane szpitalowi to promil (!?) tego, co wydaje społeczeństwo na służbę zdrowia każdego rok. Mały procent! Tego, co społeczeństwo wrzuca do puszek. Gdzie więc reszta!?  A akcja kreowana ….jest na taką , która jakby ratowała Polska służbę zdrowia…(!?!)

Rozumiem  duszpasterzy, którzy wypraszali kwestujących poza obręb i najbliższe otoczenie świątyń (nie ma zgody i nie będzie, aby Kościół wspierał aktywność jakiegoś „medialnego filantropa” czyli takiego papierowego hochsztaplera ). Postawa takich księży gdzieniegdzie spotyka się z oburzeniem – „pobożnych osób” krzyczących : ”Przecież oni zbierają na światły cel”. Bardzo „światły” bo z dużą ilością zer na koncie; dla samego Jurka i jego żony. A dlaczego „światły”? – bo wymierny finansowo. Gdy jeszcze Jurka nie było na świecie Kościół prowadził i prowadzi działania charytatywne i filantropijne  bez tego medialnego jazgotu. ..!

A oto kilka faktów, które uczynią bardziej zorientowanymi  wspierających, aktywność obrotnego Jurka. Fakty te wyraźnie  pokazują pokrętność akcji – w której to  „biedny może wspomagać bogatego…(?!)” Uczynić go bogatszym kiedy mu wmówi się , „że rozwija swoją dobroczynność”; Że uczestniczy w „wielkim dziele”. Pokazać, jak jego mały grosz, ale zwielokrotniony okazuje się fortuną : Zobacz więc wreszcie człowieku jak twój grosz napędza wielomilionową maszynę pana Jurka.

 

  1. Pierwsza legenda głosi, iż p.Jurek i jego żona nie zyskują ani złotówki z działalności WOŚP. A oto masz całą prawdę : Nie było dnia, od czasu powołania fundacji , aby Oni nie zarabiali dużych pieniędzy. Najpierw została powołana firma pod infantylnym tytułem „Ćwierć Mrówki” jako geszeft Owsiaka i W. Chełstowskiego produkującego programy dla TVP z udziałem Szefa Orkiestry. Ową „Ćwierć Mrówkę” zastąpiła firma „Mrówka Cała”, ale już należąca do żony p. Jurka czyli Lidii Niedźwieckiej-Owsiak. Ta nowa firma, oczywiście przejęła interesy Ćwierć Mrówki. I tak np., jak informuje anonimowy człowiek WOŚP, za jeden odcinek programu dla  młodzieży pt. „Kręcioła” (w miesiącu razy cztery) na konto Owsiaków wpływało okrągłe 100 tys.zł !
  2. Ponadto „Mrówka Cała” obsługiwała i dalej obsługuje muzyczno-alkoholową imprezę dla młodzieży „Przystanek Woodstock”. Realizując zlecenie „szacownej” WOŚP. Dokonujący się wewnętrzny przepływ pieniędzy ze zbiorki społecznej, nie obarczonej raczej podatkami; Przepływ ten zasilał konta, ale już prywatne p. Owsiaka…(!?) I tutaj też, bracie i siostro- lądowały Twoje pieczołowicie ofiarowane i wysupłane datki, składane na chore dzieci (które są tylko pretekstem! do zbiórki ) One w całym przedsięwzięciu p. Jurka są tylko zasłoną dymną oddziaływującą na świadomość milionów darczyńców. Może i bez ich wiedzy i zgody, wspierających także demoralizację ich dzieci i wnuków….?! ( PRZYSTANEK WOODSTOCK..) Zauważmy jednak, że kasa obraca się tylko w rodzinie …?!! Pieniądze przepływają z konta na konto. I to jest majstersztyk p. Jurka. Idźmy dalej…
  3. Kolejna legenda głosi , że Owsiaki nie czerpią ze społecznej zbiorki profitów, upada w momencie kiedy p. Lidia zostaje zatrudniona w Fundacji WOŚP z prezesem w osobie samego Owsiaka. I tu uwaga !!! Zostaje powołana kolejna spółka, o tylko infantylnej nazwie – „Złoty Melon” przynoszący wymierne, i już nie infantylne zyski, ze „złotych interesów” p. Jurka. (w gwarze młodzieżowej „melon” oznacza milion ! Rozumiesz?… ) W ramach pomocy wewnątrzrodzinnej spółka została zasilona kwotą , półtorej miliona złotych (1.5mln czyli półtorej „melona”) z ….fundacji WOŚP…?!? Niby wszystko legalne ?!To ze zrzutek wszystkich nas, otwartych, na „serduszka”…
  4. I znowuż uwaga!?… powstały „Melon” zaczął zlecać usługi (płatne!) Mrówce Całej. W tym momencie p. Jurek w „Melonie” pobiera skromną pensję; 13 tys.zł A jako dyrektor finansowy WOSP żona Lidia pobiera UWAGA: 19 tys. zł. Cały czas działalności Owsiakowie  podpisywało ze sobą zlecenia – umowy przynoszące p. Jurkowi jednorazowo 29tys.zł., a żonie jedyne 13tys. Zł.
  5. I oto kolejny smaczek marketingu Jurka. Największym dochodem cieszyły się zlecenia dla „Mrówki Całej” od spółki powiązanej czyli od „Złotego Melona”. W rodzinie nic nie ginie ale się pomnaża w astronomicznym tempie; gdzie „głową rodziny” jest sympatyczny p. Jurek. I tak więc „złote melony” się mnożą. Drogi emerycie i rencisto możesz czuć się zaszczycony bo to twoja złotówka jest impulsem dla „maszyny pomnażającej p.Jurka”..

Przed sądem w Złotoryi udało się udowodnić przepływ 1,3 mln zł w ramach tych spółek, ale gdy sędzia uznał dokumenty za niewiarygodne i zażądał kopii ksiąg rachunkowych firmy p. Jurka – miłośnika dzieci – zapadła cisza . Ani fundacja WOŚP ani Złoty Melon nie wywiązały z postanowień nakazu ;Do dziś! I jakoś, ani medialnie ani sądownie, nie przynaglane są do tego. Dlaczego np.Gazeta Wyborcza i Wprost – „nabrały wody” w maszyny drukarskie ? W tym przypadku też cisza…

Za to p. Jurek przygotował kolejny smaczek …. Czyli powołał następną swoją firmę „Jasna Sprawa”. Nazwa cyniczna kpiąca sobie  z przepisów prawa administracyjnego i prawa o spółkach, sprytnie lawirując na granicy tegoż prawa. Pamiętajmy, iż cały czas bazuje on, opierając się materialnie i marketingowo na fundacji Orkiestry….zbierającej skrzętnie na ulicach i pod  kościołami „wdowie grosiki”…   Tych kilkoro chorych dzieci to „parasol” dla p. Jurka , aby przysłonić swoje rzeczywiste interesy. By swoją „dobroczynnością” zamydlić prawdziwe oblicze „przedsiębiorcy”. Tak żyje się dostatnio. A ty emerycie ciesz się, że pomogłeś swoją zrzutką Jurkowi  wspomóc …..SAMEGO SIEBIE….A przy okazji  i dzieciom coś tam kapnie…ROZUMIESZ ?!

Wiemy już, na czym polega „pralnia” pieniędzy „niekoniecznie brudnych” a nawet ofiarnych…Wiemy w jakim celu zostają powoływane nowe spółki; by zgubić i zaciemnić ślad po rozliczeniach finansowych dokonywanych w rodzinie; i ramach jednej, fundacji – matki – Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – będącej właściwie – samopomocą rodziny Owsiaków.

Nie może umknąć naszej uwadze ogromna ilość zabiegów marketingowych i pijarowych poprzedzających akcję. Cały Internet przesiąknięty jest wizerunkiem Jurka. A ile w tym kierunku, w formie  wynagrodzeń i opłat za dostęp do „usług”, ile poszło grosza z Waszych zrzutek …!? Pijarowscy i portale internetowe nie pracują za 2 czy 5 tys. zł.

Kreuje się więc taki obraz : „Wszyscy, którzy są przeciwko idei Jurka to ludzie o małej wrażliwości i wąskiej świadomości”. „Są tacy „Nieludzcy”… Bo dostrzegający, że sednem Orkiestry jest obłuda i hipokryzja ( dlaczego orkiestra…? Chyba dlatego, że przykładają się do wydarzenia duże rzesze ludzi, jak do wytworzenia monumentalnego dzieła muzycznego przykłada się rzesza muzyków…?!) – Ci „nieludzcy krytycy” nie chcą więc dostrzec, że sednem tej wielowymiarowej ściepy i jej  istotą  są : miłość ?!, muzyka?!, współczucie?!  i przyjaźń?! ….I to jest tzw. ściema ?!…

Forma miłości do młodzieży wychodzi szczególnie wyraźnie na Woodstocku, gdzie p. Jurek dba o to, by nikomu w tłumie spędzonej młodzieży nie zabrakło piwa ..!?czy innych środków „poprawiających nastrój” (!).  Jednakże,  niestety dla samego p.Jurka te wydarzenia są  bardzo prozaicznym pretekstem do tego aby : Ustawić się na całe życie. A reszta czyli cała ta otoczka wspomniana – to już wychodzi „przy okazji”. „Dzieci raz większa a raz mniejsze” jak zwykle są tylko trybikiem w całej tej maszynerii  finansowej.

Myślisz, że p.Jurek tak kocha dzieci i to jeszcze chore ?! Bynajmniej. To jest tylko pretekst do ogromnej  zbiórki pieniędzy przynoszącej krocie Jurkowi, a dzieciom tak przy okazji , coś tam „skapnie”. Jakikolwiek sukces w tym obszarze zostaje natychmiast odtrąbiony i rozdmuchany we wszystkich mediach „mętnego nurtu”. Chociaż kwota może robić wrażenie: ”Ja dałem złotówkę wiec ile musi być podobnych mi ?!”…. – „Podobnie nabranych współziomków…”- powinieneś mówić.  Lecz nie zapominajmy przy tym wszystkim, że p. Jurek nie wydaje ani grosza ze swojego imperium na ten sprzęt – To mała , malutka część Waszych pieniędzy wrzucanych do puszek fundacji – ilość wykorzystanych ludzi przynosi ewentualnie pomoc  dzieciom….!!! Świetnie pomyślane….

Jeśli NFZ wydaje na procedury medyczne 70 miliardów złotych,  to akcja Jurka, która uruchamia całą Polskę ludzi dobrej woli, ale niestety naiwnych, albo lepiej – niedoinformowanych , to ta akcja wnosi „tylko” np. ok. parę milionów. One więc stanowią promil !!!  wydatków bankrutującego NFZ-tu. Ale liczba robi wrażenie.

Jak się mają teraz , ci którzy twierdzą, że „służba zdrowia Owsiakiem stoi..??!” Należy odróżniać – miliard od miliona. A ile jest – całościowo zebranych datków? Tego już chyba nikt  nie wie oprócz p. Jurka.Dobrze czują się też pijarowcy wykonujący znakomicie  zlecone im zadanie – rozdymania medialnego zasług,  jakoby dobroczyńcy a przede wszystkim  merkantylnego- p.Jurka.

Jeszcze jeden numer Owsiaka. Czas potrzebny na wykonanie jakiegoś zakupu przez Orkiestrę to średnio półtorej- dwa lata. A co się dzieje z tymi zebranymi pieniędzmi ? Pieniądze leżą spokojnie na koncie i procentują  przynosząc kolejny niemały zysk z odsetek – ich depozytariuszowi ! A ile..? Zapytajcie się w każdym banku. Tyle , aby żyć dostatnio i dobrze się bawić za… Twoje skromne datki Bracie i Siostro !! Za półtorej roku odtrąbi się uroczysty wjazd urządzeń do jakiegoś szpitala i wszyscy będą zadowoleni. A zwłaszcza p. Jurek – Woluntariusz .

Tak, miłość, przyjaźń, współczucie  jest motywem działania i zachowania ALE TYLKO ofiarodawców na ulicach  a nie bynajmniej wspomnianego p. Jurka ; Na pewno nie w takim stopniu jak to jest pokazywane.

Zauważmy to w końcu, że nie podlegają weryfikacji działania niejasne i obłudne promotorów i organizatorów tych akcji! , którzy wbrew społecznemu i medialnemu przekazowi, wcale nie robią tego bezinteresownie. A wręcz przeciwnie. Robią dobry interes.

Osobiście „Chcę dawać datki na pomoc dla dzieci, ale nie na lawirancką działalność biznesową „demoralizatora młodzieży”, np. hucpę demoralizatorską zwaną „przystankiem”.  Dlatego jedyną skuteczną forma zdemaskowania prawdziwych intencji „orkiestry” i jej „solisty” jest pokazanie faktów tyczących finansów i biznesów skupionych wokół WOŚP. A tych faktów i kwot nie jest mało (patrz powyżej)

Ot.. i cały mit o panu Jurku. Myślałeś, że to bezinteresowny oraz współczujący miłośnik dzieci i młodzieży?!, A toć to – wspierany medialnie biznesmen cynicznie wykorzystujący Twoje uczucia miłosierdzia  i łatwowierności! Sięgający swym korzeniami, lat przychylnej dla  niego, komuny, której wówczas też był On potrzebny. Zastanów się : Czy dziś lepiej jest kupić napotkanemu dziecku bułkę do szkoł?! czy…  wspierać  biznes i alkoholowy zlot Jurka oraz jego młodszych kolegów i koleżanek …?!

 

 

 

Na podstawie artykułu Piotra Wilguckiego: „Jak upadł mit rycerskiego Jurka” w ; Gazeta Polska” s. 39; W-wa; 11 lutego 2015r.

 

4 nied. Adwentu Rok C

 

Dwie rzeczywistości jawią się naszym życiu wiary. Bóg,  który wchodzi we wszystko co, ludzkie i w każdy wymiar. Druga to człowiek, który NIM się tak już nie fascynuje, jak kiedyś prorok Micheasz , jak Jan Chrzciciel , jak Maryja czy Elżbieta. Żyjemy w przeświadczeniu, że jesteśmy samowystarczalni więc – „W czym Bóg  mógłby mi pomóc ?” Bardziej wyczuwalne jest szczęście Elżbiety. Swoistej bohaterki Adwentu, która musiała zdać egzamin z ufności Bogu, gdy wszystko wydawało się być już – po ludzku – przesądzone. Na TO dziecko, czekała wbrew wszelkiej nadziei, a Bóg czekał na osobę taką jak ona…

Spotkały się dwie Matki , które może jeszcze nie rozumiały, jakimi zadaniami wypełnił Bóg  życie ich DZIECI ….

Co Maryję przynaglało do tych odwiedzin ? Ciekawość – raczej nie; Sprawdzenie – tym bardziej nie; Pomoc- niekoniecznie; Entuzjazm – w pewnym tego słowa sensie. Pewnie po trosze wszystko razem. Ale przede wszystkim coś, czego nie da się określić jednym słowem.  Jednym odczuciem. A ON „przynaglał” w sposób jaki trudno określić . Ileż razy czynimy coś, czego przesłanek nie potrafimy zrozumieć. Wówczas mówimy o irracjonalnych motywach , o jakichś przypadkach itp. O czym tu mowa? Jest to „ślepe przeczucie czyli niedostrzegalne ”; jakiś impuls, instynkt,  podszept sumienia….nastrój. Za zasłoną naszej ograniczonej wyobraźni – stoi – Bóg. ”Sprawca wszystkiego we wszystkich”….

Podobnie jak potem powie św. Paweł: ”Znam człowieka w Chrystusie, który przed czterema laty – czy w ciele czy poza ciałem , też tego nie wiem ; Bóg to wie – został porwany aż do trzeciego nieba”…Boże interwencje mogą człowieka – „Pozbawić zmysłów”. Są więc fakty i rzeczywistości,  których nie da się pomieścić w ramach racjonalnych dywagacji. To takie „błyski”, które wytyczają drogi „na dziś”- i jak w przypadku Maryji – na całe życie. A wielkość Maryji polega na tym, iż zrozumiała i życiem zrealizowała to, że nie liczy się przed Bogiem dokonanie choćby i wielu czynności lecz wykonywanie ich ….Z MIŁOŚCIĄ i pełnią UFNOŚCI („Marto Marto troszczysz się o wiele , a potrzeba tylko jednego …”). Miłość potrafi „przeinaczyć” czyn….i  jego sprawcę…

Kiedy więc chcemy przygotować się na powtórne JEGO przyjście, nie może zabraknąć dwóch rzeczy :

1.Boga z JEGO Łaską oraz 2.Przyjętego człowieka z całym balastem jego poranienia fizycznego i duchowego. Przecież Ewangelia ukazuje jak Bóg zrodzony w ludzkiej postaci idzie służyć człowiekowi. I gdybyśmy starali się czynić dobro we dnie i w nocy, uważając iż wystarczy nam sam stan łaski i nie ma potrzeby wykonywać czynów miłosierdzia-  nie ostalibyśmy się przed gniewem Bożym. Za co Jezus miałby nas nagrodzić ? Opowiedziałby wówczas  nam, o swoim osamotnieniu, o głodzie; o pragnieniu , o zdruzgotaniu ducha, w którym nie okazaliśmy swojej pomocy. Musiałby umieścić nas po swojej „lewicy” – miedzy potępionymi.

Magnifikat stawia nam jedno takie pytanie :  Czy potrafimy, o dobru jakiego doświadczamy powiedzieć : „Wielkie rzeczy uczynił mi TEN który jest Wszechmocny ”…Czy potrafimy nieprzewidywalne dobro i niespodziewane szczęście jakie nam się przytrafia , czy potrafimy JEMU przypisać..? Czy nie odbieramy MU „praw autorskich…”? Drugie pytanie to: Czy w spotkaniu z drugim człowiekiem, niekoniecznie z takim który nas rozumie i z nami się raduje, zdolni jesteśmy zdobyć się na empatię , szacunek , miłość i miłosierdzie ?… Czy odrzucamy uprzedzenia?Jeśli spełniamy te dwa warunki, możemy za przykładem dwóch kobiet, wyznawać nasze ubóstwo i Wielkość Boga…

 

 

 

3 niedz. Adwentu ok. C

Na pytanie : Co mamy czynić ? (aby się zbawić) Jan udziela odpowiedzi różnym grupom ludzi i różnym zawodom. Zauważmy, że Jan nie nakazuje porzucenia swojego zawodu nawet jeśli był on najbardziej niepożądanym czy znienawidzonym (celnicy). Praca nie hańbi i nie zniewala albo nie szpeci człowieka. I my stajemy przed tymi samymi problemami i musimy się ciągle tego samego uczyć. Gdzież jest wiec wołanie o nieskończonej potędze ludzkiego umysłu? Co nam dają loty kosmiczne i loty międzyplanetarne, gdy w gospodarstwie brakuje podstawowych rzeczy i dalej nie potrafimy się zachować na poziomie ewangelicznej Miłości i Miłosierdzia; nie potrafimy odróżnić zależności pracownika i pracodawcy, od zależności absolutnej władzy oraz panowania. Może potrafimy ale nam się nie chce.W Jego głosie, gdy tak udziela pouczeń da się słyszeć nutę trwogi, lecz jest ona zdominowana przez radość płynącą z przekonania iż: „Idzie Mocniejszy”….Bo wtedy Prawda zostanie powiedziana „prosto w oczy”; Bardziej zdecydowanie niż teraz. Oczywiście tym, którzy tego będą pragnęli .

Jan nie mógł sobie bardziej radykalnie wyobrazić Boga Przychodzącego, niż jako Mściciela bezlitosnego – Praw Bożych. Który nie zawaha się „rzucić gromy” na przeciwników. Ale ku powszechnemu zdumieniu, Jezus nie urzeczywistnia tych wyobrażeń i przewidywań.

Jan był więc pierwszym zdumionym. Dlatego z więzienia w Macheroncie wysyła swoich uczniów do Jezusa z tym zapytaniem. Tak bardzo ten błędny obraz był zakorzeniony w świadomości żydów (?!). Do dziś, Jezus i Kościół, będzie sprawiał zawód tym, którzy chcą widzieć Boga czy Kościół o silnej oraz karzącej ręce ; a heretyków usuwać poza zbawienie przynależne tylko nam – wierzącym (choćby nawet „byle jak” …) i „sprawiedliwym”…. Nie, to nie w ten sposób Jezus okaże się silniejszym . Standardowe pytanie : „Dlaczego mi choć chodzę do kościoła,  nie powodzi się tak, jak innym tego nie czyniącym ?”… Uświadommy sobie to, iż nasza przynależność do Kościoła nie może być nigdy monetą przetargową. Nie wolno nam powtarzać błędu jaki popełniali żydzi…

Jan był mówcą, który wstrząsnął sumieniami tamtych, jak i naszymi, jeśli jesteśmy „zainteresowani”….Mówił z głębi serca, z mocnego przekonania, a prawdę głoszoną potrafił przypieczętować życiem . Bo widzenia człowieka z całym „bogactwem” jego grzechu –  nauczył się na pustyni. Nauczył się patrzenia w pustkę. Nie są mu obce upadki moralne człowieka, ale umie przy tym wskazać drogę powrotu.

Żąda nawrócenia. Jest wymagającym lecz nad wyraz ludzkim nauczycielem.  Jego posłannictwo nie ograniczyło się do pouczeń moralnych czy też tylko do zachęty, do- pokuty. Każdemu zwraca miejsce w społeczności. Wiedział przy tym bardzo dobrze, że do prawdziwego odrodzenia duszy człowieka potrzebny jest inny rodzaj Chrztu niż ten jaki On zapoczątkował, a będący tylko figurą tego „Właściwego”.. Jezusowego…. Jego wzrok, Zwiastuna, sięgał daleko, i gdy tylko zobaczył GO nadchodzącego – wskazał GO ludowi. Pierwszym krokiem w JEGO kierunku będzie odesłanie do NIEGO – swoich uczniów….

Jan Chrzciciel, ma i teraz zapowiadać nadejście Mesjasza w nasze czasy. Sam Jan nie przynosi Zbawienia, a jego nauka nie świeci tym blaskiem jaki przynależy Dobrej Nowinie – A jednak może być światłem dla zagubionych, i tych którym wydaje się, że są blisko Nauczyciela , ale jakby „niedowierzali”. Bo człowiek żyjący w bliskim związku z Bogiem, jest i może być, bardzo inspirującym innych oraz wychowawczym.

I oto wspomniane Nawrócenie – To przed wszystkim wyzbycie się zniechęcenia,  odwaga, aby mieć nadzieję „wbrew nadziei”. I ufność do Ducha , który świadczy o naszym Boskim pochodzeniu zapewniającym wzrost duchowy. Wzrost dążący do wieczności i z niej wyrastający…

2 nied. Adwentu Rok C

Czytając dzisiejszą Ewangelię stwierdzamy, iż ktoś tu nie pasuje do tego towarzystwa wielkiego świata koncentrującego się na dworze i pałacu arcykapłańskim .To wielki świat przepychu, władzy, buty i pychy. Ale obok jest też i mały świat Jana czyli pustynia . Lecz zauważamy też, iż nie jest On odizolowany od świata. Więcej – on tkwi w samym jego centrum. Jego pustynia nie jest „pustynna”. Nie docierają tu wrzaski świata. Jednak tak bardzo ona krzyczała Jego obecnością, iż stał się bardzo poważną i spektakularną postacią dla tamtego świata; I tak jest do dziś. Był długi czas odizolowania gdyż Bóg chciał wykształcić w nim surowość życia pustynnego. By w tej ciszy usłyszeć głos albo bardziej – szept Boga samego … Taka samotność jest trudna ale budująca i wybawiająca od wszelkich oddziaływań, nacisków i wpływów środowiska. Wtedy nikt nie narzuca żadnych obowiązków czy powinności; nie wymaga żadnych świadczeń. Tu nikt nie oczekuje pożądanych i oczekiwanych postaw konformistycznych (podobnych); nie wymaga podporządkowania się nurtowi „jednej partii”; Żadnych schematów ani uprzedzeń czy wyobrażeń.  Pustynia uczy wolności czyli takiej  zewnętrznej bo nikt tu nie podsuwa nieprawdy, półprawdy lub prawdy o nieco innym wydźwięku i odcieniu. Człowiek tutaj jest zupełnie wolny zewnętrznie i jest takiż sam wolny wewnętrznie bo człowiek wówczas ( wtedy Jan- dziś my ) staje przed  sobą, jak  przed faktem, którym jest On sam. Wtedy widzi się ludzi i świat autentycznymi. Bez  żadnych zakłamań i upiększeń.

I to jest warunek Prawdy. A Prawda jest dopiero warunkiem wolności. Tak się boimy i wzdrygamy przed ponoszeniem jakiegokolwiek szwanku w imię wyznawanej prawdy – O życiu ;O Jezusie; O naszych przekonaniach i wartościach.  Robimy uniki i wchodzimy w każdy „zgniły” kompromis byleby tylko uniknąć ofiary czy straty.

Pamiętajmy przy tym, że gdziekolwiek jest jakieś zakłamanie – tam nie ma wolności. Kto narzuca nieprawdę ten zniewala człowieka i samego siebie. Bo nie ma takiej sytuacji, która chroniłaby człowieka świadomie głoszącego nieprawdę przed jej skutkami….

Z takiej pustyni, która Go wyuczyła wiele, przeszedł do głośnego przemawiania a zderzenie Prawdy Jana z zakłamaniem oraz hipokryzją ówczesnego świata, wywołało frustracje władców i w konsekwencji zadecydowano o Jego eliminacji. I tak też ówcześni barbarzyńcy uczynili.

Im większa Prawda tym wymaga większej ofiary…. Chyba  wszyscy to rozumiemy, że szacunek i cześć przez to Janowi okazywana, była podobna do tej JEZUSOWEJ. Ich odbiór był tak podobny, że aż ICH …. pomylono…Sam Jan wysyłał uczniów z zapytaniem…(?!)

Na pustyni spotykał się z Wszechmocnym i ze Złym. To go nauczyło prostolinijności. Jego mowa była : „Tak tak; Nie nie” …Żadnego kompromisu ani konsensusu. Tam na pustyni nie było sensu i potrzeby wchodzenia z szatanem w jakieś szemrane kompromisy. Byłoby to zbyt niebezpieczne. Tam nie ma się „nic do stracenia”. A ileż my mamy rzeczy, bez których obejść się nie możemy …?!

Rozumiemy więc dlaczego Kościół dziś przedstawia  nam postać tak „Dziwnego Człowieka”. Tak, dla jemu współczesnych, jak i dla nas współczesnych słuchaczy….Udanie się na „pustynię” to dopiero początek drogi… tam się nie zostaje świętym…

Dlatego pytam się Bracie i Siostro ; czy ty zacząłeś mocować się ze sobą i szukać „pustyni” we współczesności dnia codziennego ?; aby być coraz lepszym chrześcijaninem a tym samym i człowiekiem?! Czy rozpocząłeś przemierzać ścieżki własnych „przykazań” , swoich wizji świata, szczęścia i wizji wieczności, które zamiast ci pomagać w życiu często komplikują je?!    Czy ze względu na kolejny Adwent zacząłeś kierować się w życiu miłością i miłosierdziem ? Czy może dalej pozostajesz, jak inni, obojętni duchowo i światopoglądowo, w morzu miernoty i bylejakości?! Czy dalej „nie robisz nic strasznego”? ale i też nic bezinteresownego.

Na co czekasz ? Aż zaskoczy cię choroba, śmierć czy nieszczęście ? Co do ciebie przemówi?  Jan wyszedł śmierci na spotkanie…. oby twoja śmierć ciebie nie uprzedziła,….

1 Adwentu – Rok C

Szukanie i czekanie na Człowieka

Samo pojęcie adwentu rodzi wiele pytań. Bo to przyjście: Kogo dotyczy? Tego, który już przyszedł, i co więcej żyje i jest obecny pośród nas? A może, to bardziej odnosi się do  naszej chrześcijańskiej czujności, która wymaga przede wszystkim uwagi, aby nie przeoczyć jakiegoś ważnego faktu niepoznania owego „czasu nawiedzenia”?  Czy choćby pozorów niecodzienności? I aby nie iść przez życie jak buldożer, który niszczy wszystko na swej drodze. Taka nieuwaga może skończyć się stagnacją czyli brakiem jakiejkolwiek pracy nad swoim charakterem, który może być unieszczęśliwiającym tych, z którymi przychodzi nam się w życiu spotykać albo nawet …pomijać niezauważeniem .

Skąd owa moc przemieniająca naszą codzienność? Skąd wspomnienie pojawienia się Boga pośród nas; w naszej szarej i pogmatwanej codzienności? Wspomnienie, które ożywa w każdym z nas nową świeżością. Dodając nam nowych sił do kontynuowania dalszej walki z przeciwnościami naszych codzienności. Wygląda na to, że raz w roku potrzebujemy odwrócenia oczu od „brudnego żłóbka” naszego trwania na ziemi. A zajęci jesteśmy tyloma sprawami: Prowadzimy tyle form aktywności w wymiarze osobistym, jednostkowym, jak i tym narodowym czy ogólnoświatowym, które nas „brudzą”. Jednak te wszystkie działania w tych dniach jakby przystaną; na chwilę się zatrzymają, jakbyśmy chcieli oderwać się od codzienności na rzecz otarcia się o Urealnioną Nierzeczywistość. W tym momencie jakby, zostaje „uchwycona nadprzyrodzoność” w jej prawdopodobnym wymiarze. Bo raczej każdy z nas, czuje obecność tej nadprzyrodzoności w naszym realnym świecie .Bo w każdym z nas od chwili chrztu,  zaszczepiony jest pierwiastek nieskończoności, domagając się co pewien czas, „duchowego pokarmu”. Do jakiego zaprasza nas Bóg; zwłaszcza teraz w Adwencie .Wszak Jezus już raz , nie przyszedł po to, aby zatrzymać bieg historii lecz  przeciwnie – przyszedł tu aby przyspieszyć ten pochód. Swoim pojawieniem doprowadził do szczytu zaniepokojenie ludzi. Od tej pory, czy ten fakt odegra w moim  życiu rolę, czy pozostanie bez oddźwięku – nie jest bez znaczenia. To przyjście Jego zapowiedziało nam, niesłychane, przyszłe wydarzenie zbawcze czyli Paruzję. Ten czas, do Paruzji jest skoncentrowany na Osobie, która nadaje sens temu przejściowemu czasowi – „czasowi Kościoła”. Do nas należy tylko umiejętne odczytywanie „znaków czasu”, i w takim  wypadku nie należy popadać w jakiś lęk i trwogę, gdyż kolej rzeczy jest nam znana. Chodzi o to, aby nie być przywiązanymi do tego, co będzie poddane gwałtownym przeobrażeniom – do materialności . By sobie to uświadomić.

Czy ktoś wierzy czy nie, chce on poczuć odrobinę świeżości, pośród bezowocnego i krótkofalowego wikłania się w rzeczywistość naszego życia na ziemi. Chyba każdy z nas chce, na chwilę choćby, „opuścić” nasze bezowocne przejawy aktywności życiowej. Poczuć się „pomazanym” przez sprawy Boże, otrząsnąć swój zakurzony mundurek życiowego pielgrzyma. Człowiek potrzebuje spojrzenia szerokiego; w szerokiej perspektywie na to, co jest przed nim, a chce jakby zapomnieć, o tym co jest treścią jego dotychczasowych fascynacji. O których wie, że szczęścia trwałego oraz pełnego mu nie dadzą ! Człowiek ma dość patrzenia przez „judasza wąskiego wizjera” swoich niedoskonałych możliwości, który świat, ze swoim blichtrem i hipokryzją zakłada mu na oczy . Każdy z nas, dorosłych chce poczuć się , jeśli nie „świętym” w przeżywaniu tych dni- to chce być chociaż „otartym” przez Tajemnicę Nadprzyrodzoności. Czegoś, czego nie rozumie do końca, ale pragnie i czuje to w głębi duszy. By potem było uzasadnione jego mówienie, że :”Jestem duszą i ciałem a nie tylko cielesnością”.

Bardziej niż religijnym obchodem – Adwent – jest postawą i sposobem życia. A my, mamy dopasować do niego nasze życie, które nie może już być tylko beztroską i przyjemną wycieczką życiowego turysty. Lecz tego, kto chce zdążać na spotkanie Pana i rozpoznać GO. Musimy zachowywać się z wielką ostrożnością. Starajmy się więc Bogu i człowiekowi powiedzieć „Tak”. Ale też pozbyć się uwięzienia oczu w sprawach pozaziemskich i stracenia kontaktu z człowiekiem bo oznaczałoby to: „Nie przeżywać adwentu”. Bo nie możemy tworzyć jakby „dwuizbowego systemu” życia. Życie codzienne – to raz; a sprawy ducha oraz Boga – dwa. Raz, to ten zwykły szary dzień, ta walka o egzystencję , zyskowny interes, a na marginesie odmawiane modlitwy. Bo w efekcie jest to koegzystencja wiary i niewiary.

I nie mówmy :”To nas nie dotyczy, nie za naszego życia” bo znaków opisanych w Ewangelii siejących niepokój jest wiele. Występują one już teraz. Chrześcijanin nigdy nie odczuwa zadowolenia z siebie i nie sądzi, że cel już osiągnął. Każdego dnia wyrusza na poszukiwanie Boga i człowieka .Bóg jest zawsze „przed nami” i zachęca nas do pokonywania rekordów w dziedzinie miłości braterskiej, bo o to właśnie chodzi w adwencie – aby podjęte wysiłki dla Chrystusa odczuli przede wszystkim nasi bliźni.

 

33 nied. zwyk. Rok. B

 

Słysząc dzisiejszą Ewangelię o końcu świata jakby z automatu przedstawiamy sobie nasza  wizję tej Apokalipsy. Ilustrujemy sobie obrazami wyobrażalnymi różne katastrofy mogące to sprawić. Ogień, woda, trzęsienie ziemi, wybuch nuklearny , zderzenie kosmiczne. To wszystko jest prawdopodobne. Nie powinniśmy WIĘC Apokalipsy podejrzewać o jakąś mistyfikację czy dekadencki fatalizm…przyłączając się tym samym do grona agnostyków i nihilistów z odcieniem antychrześcijaństwa w sobie. .Chyba wszyscy jesteśmy przeświadczeni, o tym że pojawiające się symptomy takich wydarzeń już dziś, utwierdzają nas w przekonaniu iż to musi nastąpić niechybnie. Przy tym chodzi o nasze nastawienie.

Ów dzień  nas nie może zaskoczyć i nie może być „Wielką Niewiadomą”. A na pewno nie powinniśmy być zdziwieni. I pytać: „co się dzieje?”. Jeśli o tym mówi sam Jezus nasz Pan – to jakich innych dowodów nam trzeba ?! A wówczas nasze wyczekiwanie nie może być naznaczone tragedią i lękiem katastroficznym. Po tych dniach, „…Po wielkim ucisku” – to ma  nastąpić. „A po jakich dniach?”. Te słowa winny budzić nasze zastanowienie. O jaki ucisk tu chodzi ? – O wiarę, czy może o ataki na nas- wierzących ?! Po prześladowaniach będących przejawem ogromnej aktywności szatana w walce z Kościołem Chrystusowym . A czyż mało obecnie mamy tego przykładów na całym świecie ?! I nawet w niewielkiej odległości od nas. Oby Apokalipsa nie wydarzyła się  za naszych dni…

Pozbierajmy wszystkie przestrogi i zalecenia Jezusa odnośnie ostatecznych czasów ….?! Czuwanie, modlitwa , gotowość, brak lęku, stan Łaski w naszych duszach. Bo koniec świata ma być, nie tyle katastrofą ile zwycięstwem Boga i JEGO wyznawców . A tą katastrofą może być wyczerpanie się sił witalnych świata; Może to być „bałagan” w dziedzinie moralnej i zaprzepaszczenie wartości od wieków formujących człowieka .To także np. pomieszanie priorytetów. Nie powinniśmy więc wcale oglądać się na niebo i na gwiazdy….

Ta wizja została przepowiedziana  jako zapowiedź końca Jerozolimy w 70 roku. Ale ona jest tylko symbolem. Lecz to już nas dotyczy. Kto nie potrafi odczytywać sensu wydarzeń oraz znaków czasu, może być uznany za ludzką „marionetkę” czy „falsyfikat”; Za kogoś, kto udaje świętego – a nie potrafi być, chociaż człowiekiem. Roztropnym i uważnym….

Tym, co fałszuje naszą religijną teraźniejszość jest pogmatwana i infantylna wizja chrześcijańskiej eschatologii (tego co ma się stać) . Jej dziecinne wyobrażenia.

A jeśli ktoś zapyta się : „a jaki jest związek ze zburzeniem Jerozolimy?…” Odpowiedzią jest alegoria i analogia drzewa figowego  jako naszej teraźniejszości . Czy tak trudno dostrzec „zielone liście?!”. Zbawienie , Królestwo Boże , nie unoszą się nad światem lecz przygotowują się wewnątrz jego…. W ten sposób, odkrywamy „dzień po dniu” konieczność takiej głębi eschatologicznej czyli pewności o rzeczach przyszłych ego co ma nastąpić. Ta świadomość nie jest ucieczką od świata i poza czas, ale jest konkretnym odniesieniem do Chrystusa; jest stanem i wielkością naszej wiary.

ON wszedł w naszą historię a dziś mówi nam o potrzebie naszej wierności wobec przeżywanych wydarzeń, która to wierność jest taką samą, wobec NIEGO samego.

Naszą przyszłością i przeznaczeniem nie są kataklizmy i totalna zagłada , ale przyszłością jest CHRYSTUS ZWYCIĘSKI.

XX niedz. Zwyk. Rok C- „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię….”

To trudny fragment Ewangelii jeśli odczuje się ją zbyt literalnie czyli dosłownie,. Bo o jaki ogień tu chodzi? Nie zatrzymujmy się nad symbolem ognia w Piśmie Świętym lecz tym jego rodzajem, który pojawia się w słowach Jezusa, Pewnym jest, że Jezus nie chce zniszczenia tego świata gdyż przyszedł aby go zbawić oddając za tę sprawę życie. Na pewno nie mówi o ogniu spustoszenia wszystkiego czego dosięgnie, a co być może stoi na przeszkodzie realizacji Bożego planu zbawienia człowieka. Wręcz przeciwnie Jezus zabrania uczniom sprowadzenia ognia na wieś, która nie ugościła zbyt przyjaźnie uczniów. Odpowiedź Jezusa dana Janowi jest wyraźna ”Czy nie wiecie jakiego ducha jesteście?” czyli nie rozumiecie czyją sprawę tu na ziemi będziecie reprezentować ?Bo dla Jezusa jest tylko jeden rodzaj ognia – ten Bożej miłości, rozpalający serca i pobudzający umysły. Który władny jest przemienić świat, a z którego należy wypalić bezpowrotnie zgniliznę przewrotności, bałwochwalstwa, cynizmu, egoizmu, zepsutych układów niszczących całe nacje oraz siejące anarchie w ułożonym świecie Bożego porządku społecznego. To wszystko już powoli spopiela Słowo Pana zasiane w tym świecie. Ale jeszcze kolej na nas, by zobaczyć zgliszcza naszych mikroświatów małości i beznadziei Trzeba podpalić nasz „święty spokój”, nasze złe i toksyczne znajomości, być może i więzy rodzinne czy koleżeńskie, i nasze serca wypełnione „łatwą i pozorowaną religijnością”.

Jego słowo, które wypowiada jest ogniem „który pożera zepsuty porządek”; Pożera wszystko co cuchnie stęchlizną mylnego samozadowolenia i bezruchu wobec dziejącej się krzywdy czy niesprawiedliwości. Ale ogniem jest i … Jego Osoba odmieniająca losy świata i przemieniająca oblicza ludzkie. W innym miejscu nazwana jest „Znakiem Sprzeciwu” lub „Kamieniem Niezgody”. A my…. chcielibyśmy aby „ogień Jezusa” nie naruszał naszego spokoju; ułożonego porządku, w którym wszystko ma swoje miejsce : Dobro i zło.  Miłosierdzie i grzech. Chcielibyśmy, aby on nie naruszał naszej wygodnej stagnacji, która nie wymaga od nas żadnych starań poświęceń ani altruizmu. Gdzie nie ma potrzeby myśleć o innych, bo każdy jest „kowalem swego losu”- Mówimy

Tym ogniem jest także ogień Pięćdziesiątnicy, a którego znak był widoczny nad uczniami w wieczerniku. I musimy wiedzieć o tym, że jak wyjdziemy „na zewnątrz” aby ten ogień rozpalać, wówczas tym faktem zaniepokoimy swoje otoczenie. Może ojca, może matkę, rodzeństwo lub koleżeństwo. Forma tego ognia nie wszystkim będzie odpowiadać. Wtedy będą gasić naszą gorliwość swoim chłodem, ironią, cynizmem a może nawet groźbami.

Jeśli jesteś człowiekiem wierzącym muszą w tobie palić się dwa ogni: ten ewangelijny i ogień wiary jaki w sobie tworzymy i podsycamy. Ten pierwszy odnosi się do spraw zasadniczych opierając się na prawdach niepodważalnych. Momentami jest przeciwny naszym żądzom, oczekiwaniom i pragnieniom i wydaje się nam że nas ogranicza. Tylko wydaje się . Nie współgra z naszymi małymi nadziejami i sprawkami. Ale to ten ogień wynosi nas na wyżyny możliwości i poświęceń. Ten drugi to może być tylko taki „płomyk”; troszkę oświecający nasze decyzje i „spalający” to, na co zgadzamy się ; co już nie może pomieścić nasz kompromisowy aż d przesady charakter.. Czasami one razem tworzą taki kopcący płomyk – a nie są żywym ogień oczyszczenia .Bo ogień oczyszcza. Mikry płomyk bo lubimy czasem patrzeć w półmroku, aby wszystkiego nie zobaczyć. Czasami lubimy być „niedowidzącymi”.To jest wygodne.

Nie ma więc granic nasze zdumienie kiedy słyszymy; „Czy myślicie że przyszedłem dać ziemi pokój?” „Nie powiadam wam lecz rozłam”. Nie żeby nam przyklasnąć, ale żeby nas obudzić. Ten pokorny BÓG – Człowiek przymusza do czynienia wyborów bezkompromisowych , wyzwala namiętności,  powoduje rozłamy. Nawet wśród swoich będzie miał tych, co GO przyjmują a potem „wypraszają” ze swego życia. Tych, którzy widzą GO daleko, „Po prawicy Ojca”, a nie dostrzegają w tych nieporadnych wokół siebie. To są tacy religijni romantycy. co nie widzą realiów. My natomiast widzimy iż każda prawdziwa Miłość wymaga ofiary i wywołuje często łzy. Ona zmusza do „patrzenia pod nogi” i wokół siebie oraz dokonywania bolesnych wyborów. Bo miłość jest groźną bronią w ręku takiego „Fanatyka”. Ich się „eliminuje” i nie lubi się takich radykałów. Tak że czasami trzeba ich usunąć. Jak Jezusa.

A TY…?  stajesz z NIM pod krzyżem czy stoisz z daleka obserwując co się dzieje w milczeniu ? Przez swoją postawę albo konserwujesz stary świat albo go podpalasz , aby tworzyć nowy. Pokój jaki przyniósł Pan nie jest „świętym spokojem”. To nie jest życie bez problemów; wakacje na „rajskiej wyspie”. Czasami wręcz przeciwnie. To jest nasza „walka o ogień” – A nie „z ogniem” ! To nie jest nasz obowiązek. Natomiast powinnością naszą jest by ON płonął do końca świata. AMEN

XXXII nied.zwyk. Rok B

Rzuciła niewiele a jednak tak dużo…..

 

Taki obraz i takie założenie: „Im mniej wrzucasz, to znaczy, że masz tym więcej do ukrycia” ; I raczej nie chodzi tu o grosiki, ale sprawa idzie o twój brak otwartości i wszelakiej hojności.  Gest ten może wykazać, że być może dużo chcesz ukryć – czy  przed Bogiem? – a na pewno przed ludźmi. Zazwyczaj tak jest, że jaki ktoś jest dla ludzi – taki potrafi być wobec Boga i JEGO spraw. Więc nie trąb na lewo i prawo ile dajesz  Bogu a ile ludziom , ale przyznaj się szczerze – Ile zatrzymujesz dla siebie   ?!? Co chciałbyś ukryć ?!

Bo miłość nie kalkuluje i nie przelicza. Prawdziwa miłość nie liczy się z kosztami. Czyż tego nie pamiętamy z naszej młodości…?! Ale tylko miłość prawdziwa. Po tym braku rachunków i rozliczeń poznaje się autentyzm miłości. Stopień otwarcia człowieka, mówi dużo o tym, jak wiele chce on zamknąć w ramach swojego egocentryzmu . Bo „nieważne ile dajesz Bogu, ale liczy się to, co i jak wiele, zatrzymujesz dla siebie.  Grosiki mogą być tylko w pewnym stopniu obrazem czy alegorią.

„Wdowa” to obraz człowieka pozbawionego wszelkich  lęków i strachu; Osoby która wydawać by się mogło przeżyła wiele i niejednego doświadczyła. Kobieta w świątyni prezentuje postawę człowieka pozbawionego złudzeń , marzeń a także niepotrzebnych i nieuzasadnionych pragnień. Wdowa – nie zastanawiała się nad tym, czy w ogóle przydadzą się jej grosiki bo czymże one były w stosunku do banknotów bogaczy, które mogły posłużyć do przekupstwa zdrajcy ? Bo MIŁOŚĆ tak jak wdowa – żyje Bogiem i NIM oddycha…. Okazuje się , że teraz już jest gotowa postawić wszystko co posiada na JEDNEGO, którego Ciałem i Obrazem jest Kościół. Ona myśli tylko o spotkaniu tej JEDYNEJ i PRAWDZIWEJ MIŁOŚCI , która na nią czeka w  niechybnie zbliżające się NOWEJ Rzeczywistości. Rzeczywistości życia wiecznego. Wdowy to najwierniejsze CÓRKI Kościoła i SIOSTRY Jezusa.!!! Biada tym, które temu się sprzeniewierzają…..

Uboga wdowa to ilustracja człowieka , który poznał już blichtr tego świata, ułudę i mistyfikację  otaczającą nas zewsząd i na codzień. Teraz może się wykazać mądrością wybierającą to, co przynosi człowiekowi prawdziwą korzyść i zysk. Nie nabiera się na pozory oraz iluzję. Ona może zademonstrować nam, na czym polega prawdziwa  miłość nie kierująca się opinią zewnętrzną i nie czującą żadnego wstydu przy porównaniach.  Bo było tam zapewne wielu bogaczy, którzy mogli tam zademonstrować swoją przewagę …. Albo i tacy co  autentycznie wrzucali tyle, na ile ich było stać. A stać było na wiele. Zauważmy, że Jezus ich w ogóle nie krytykuje ani ich nie ocenia…. ?! Lecz zostają wybrani aby ukazać kontrast: „Wielkość małości” oraz „Małość wielkości”. Możesz być człowiekiem biednym, ale wielkim bo o otwartym sercu oraz kieszeni. Nawet wówczas gdy masz tylko grosiki. Ale może być także na odwrót … OBY TO CIEBIE NIE DOTYCZYŁO….Siostro i Bracie.

 

Jezus będąc do nas tak podobny, dziś wydaje się być tak SKRUPULATNYM. Przygląda się więc każdemu a dostrzega w nas duszę…. Dzisiaj wdowy, a kiedy indziej dostrzeże duszę niewysokiego Zacheusza; poszukującego Natanaela a w końcu duszę opuszczonego przez przyjaciół i tragicznego Judasza. Jezus podobny ale i jakiż – odmienny . Uważniejszy od nas jeśli chodzi o zwracanie uwagi na drugiego człowieka. Na bok odrzuca pozory a zatrzymuje się na sercu ludzkim. Nie złudzą go próżne modlitwy obłudnika, ani brzęczące grosiki pyszałków bo oni „i tak mogą nie zdążyć”. Liczy się tylko intencja serca. Prawdziwą ofiarą czyli grosikiem jest złożenie MU części siebie , swoich być może niebezpiecznych pragnień , hermetycznie zamkniętych marzeń i skrywanych przed światem dążeń. Tego co stanowi twoje „utrzymanie”- sens twego życia.

Skromna wdowa stała przy skarbonie, tak jak potem Maryja stanie pod krzyżem .One obie, jakby dawały świadectwo swej wierności drogiemu wspomnieniu  przeżywanych kiedyś chwil radości i szczęścia, we wspólnocie osoby Kochającej. Świadome są tego, że dzięki tej wierności mogą znaleźć szczęście większe i gorętsze niż to, jakiego musiały się wyrzec. Wdowy – to osoby ogołocone przez życie, dlatego mogą bezgranicznie oddać się sprawom Bożym. Nie mają już żadnych powinności, nie mają złudzeń, zobowiązań oraz zależności. Taki winien być człowiek oddany w służbie Boga. Życiowo i przez życie ogołocony. Pozbawiony zbędnego balastu.

W tej scenie „grosiki” posłużyły jako ilustracja dość wiernie oddająca sposób otwierania się  i wielkość – serca człowieka – czyli jego charakter. „Jaki ktoś jest w kościele – zazwyczaj taki jest i poza NIM”….Wszak często mówimy, że ktoś potrafi żyć „z gestem” oraz „pełną piersią” – A tego raczej nie można regulować oraz  sterować w zależności od okoliczności. To zbyt trudne. W innym przypadku JEZUS nie wybrałaby tej sceny jako ilustracji czegoś raczej ważnego dla nas …

 

A jeśli to ciebie nie obchodzi, to nie jesteś ani „ubogą wdową” ani „szarmanckim bogaczem”. Jesteś żebrakiem miłości i gestów wolności. A żebraków na WIECZNĄ UCZTĘ MŁODEGO PANA – nie wpuszczają….Amen

 

Xxx niedziela zwyk. Rok B

Bartymeusz był pozbawiony wszystkiego: najpierw wzroku, potem środków do życia. Wreszcie ludzkiej życzliwości. Skazany był na ciemność, żebraninę i ludzkie drwiny bądź litość. Kto wie, może wielu z nas dostrzeże pewne podobieństwa między Bartymeuszem, a swoją własną sytuacją? Jak wielu z nas żyje w wewnętrznych ciemnościach: skołowania sprzecznymi ideologiami, reklamą, fałszem bądź półprawdami, zaślepienia grzechem, nienawiścią i pożądaniem; rozpaczą oraz powszechnie lansowaną mistyfikacją po to, aby „ślepi” myśleli że widzą….. A tak właściwie by błądzili i nieustannie pytali się wszystkich : „Gdzie mam iść; w jakim kierunku?! ”….To jest perfidia współczesnego świata…Współczesny świata potrzebuje takich „Bartmeuszów” gdyż nimi się łatwo kieruje i …wykorzystuje…

To skołowanie i zaślepienie powoduje, że stajemy się niezdolni do samodzielnego i odpowiedzialnego życia. Przejawia się to w bierności (chętnie wycofujemy się ze wszystkiego; nie lubimy „wychodzić przed szereg”) we wspomnianej bezradności i bezrobociu; zamykaniu się w sobie, rozmaitych ucieczkach w alkohol, seks, narkotyki. Dość dobrym obrazem takiej postawy jest bezczynne siedzenie „przy drodze swego życia”. Wolimy czasami, aby nasze życie- nas omijało- trwając czy tocząc się obok nas..?! Nic dziwnego, że ta bierność skazuje nas na żebraninę: zamiast samemu decydować o sobie, jesteśmy zdani na innych (czasami to jest wygodne żyć w „białych rękawiczkach”), czekając na to, co nam dadzą, podsuną, łaskawie wrzucą do kapelusza. Zmusili nas do zadowalania się namiastkami i półprawdami. Nie stać więc nas na samodzielne myślenie, opinie, poglądy, decyzje.Wmówili nam że te „grosiki” są złotymi „talarami”. Ktoś rozgrywa nasze życie za nas, a my to przyjmujemy i tylko się przyglądamy, bo nie stać nas na ryzyko samodzielności a co za tym idzie – odpowiedzialności.. Kto wie, czy sytuacja „Bartymeuszów XXI wieku”, nie jest trudniejsza od tego sprzed dwóch tysięcy lat…(?!) Myślę, że na tamtych „niewidomych” czyhało mniej niebezpieczeństw niż dzisiaj..

Czy wobec tego nie mamy wyjścia i jesteśmy skazani na taką marną wegetację? Tak- jeśli zasmakujemy „w plewach”i celuloidowym świecie oraz „mydlanych oper”.… Nie- jeśli tylko potrafimy tak jak Bartymeusz wykorzystać swoją życiową szansę. Tą szansą jest Jezus Chrystus. Brzmi to  jak reklamowy slogan…?!… Zobaczmy więc, co się za tym hasłem kryje.

W swojej beznadziejnej sytuacji Bartymeusz usłyszał pewnego dnia, że w pobliżu przechodzi Chrystus. Musiał już o Nim wcześniej słyszeć, a teraz nadzieje stały się realne. Zaczął z całych sił krzyczeć. Wbrew otoczeniu. Wyobraźmy sobie, że zabłądziliśmy w górach w czasie śnieżycy i wzywamy pomocy: od tego, czy nas ktoś usłyszy, zależy nasze życie. Właśnie tak należy się modlić: z taką nadzieją i determinacją; nawet poniekąd „wydzierać się”,  jakby od tego zależało nasze życie. Tak właśnie zaczął krzyczeć Bartymeusz, bo od tego faktycznie zależało jego życie. My natomiast nie tylko że„usłyszeliśmy” ale możemy żyć Z NIM i W NIM – Na co dzień. Dlaczego wiec  tego nie robimy…?! Bo przywykliśmy do naszej ślepoty…do nocy – tak jakbyśmy nie widzieli nigdy dnia…?!

Było to zarazem wyznanie wiary w Jezusa – Mesjasza. Nie wszystkim takie głośne wyznanie wiary przypadło do gustu: może naruszało ich głębokie „poczucie tolerancji” oaz społecznej poprawności; może stanowiło wyrzut sumienia z powodu własnego marazmu, beznadziei a może i …z poczucia wstydu ; takiej postawy asekuranckiej: „Po co się wychylać?” . Aby dostać się na „tamtą stronę” być może znajdziemy siły ;będziemy zdolni i zdecydowani na o wiele więcej – oby nie było za późno…

 

„Obyś był gorący albo zimny…”

Stawiamy piękne i wysokie budynki , budujemy parki rozrywki, parki wodne czy ekskluzywne SPA. Odbywamy dalekie podróże, ekscytujemy się sportami ekstremalnymi – ale ciągle jesteśmy smutni. Czegoś nam brakuje; jesteśmy wiecznie nienasyceni i niezadowoleni. Nurzamy się w różnych uzależnieniach, i popadamy we wszystkie możliwe,  nałogi. Sami nie wiemy, co nam może dać choćby namiastkę szczęścia, które na dodatek i tak, każdy rozumie po swojemu.

Można to wyjaśnić teologicznie : Bo nie szukamy Jezusa, Chleba Życia mogącego nam dać zadowolenie duchowe a  więc niezaprzeczalne szczęście, bo wieczne trwanie w nasyceniu. Pomijamy Chleb, który z nieba zstąpił, aby żywić, leczyć i  uzdrawiać nasze dusze .A  jeśli już, tu do ołtarza przybywamy, to i tak prosimy GO – o chleb materialny , o zdrowie, szczęście doczesne;  dla nas czy dla naszych dzieci, czy nawet o pomyślność materialną. I to jest rzecz oczywiście słuszna i chwalebna . Pracujemy harujemy od rana do nocy, aby coś zyskać i mieć .A  gdy już to mamy, myślimy o tym jak to zabezpieczyć i uchronić. Jednocześnie każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek wie, że to co zdobywamy z takim trudem, z każdym dniem tracimy, czyli w naszych oczach, ma to coraz mniejszą wartość; ponieważ każdy dzień, przybliża nas do śmierci. Która przyniesie nam albo wieczne szczęście albo wieczne potępienie. W ten sposób rośnie w nas smutek i niepokój. Bo jednak boimy się tego potępienia. Wielu jest takich nieszczęśników, co zapominają że człowiek to także – Dusza. I Ona potrzebuje innego pokarmu , innego chleba.

Dlatego pojawiają się wśród nas psychopaci, histerycy, frustraci i ludzie w różnych stadiach depresji. Potem swoimi lękami i psychozami obarczamy i utrzymujemy sztaby psychiatrów, psychoanalityków i wróżbiarzy i zwykłych hochsztaplerów, którym gotowi jesteśmy uwierzyć.   Tylko nie Chrystusowi. A potrzeba naprawdę niewiele. I my też nieustannie szemrzemy tak jak żydzi, gdyż nie rozumiemy. Bo nawet najwięksi teologowie mogą do tej tajemnicy Eucharystii co najwyżej – przybliżyć się.

A pomyślmy,  gdyby dano człowiekowi żyjącemu sto lat temu do ręki komputer z jego wspaniałymi możliwościami, czyż ze zdumienia nie wykrzyknąłby :”To cud!”. Tak jest też z Eucharystią! Być może za sto lat tak o nas będą myśleć. Nie starajmy się dotrzeć do „mózgu” komputera, ale cieszmy się jego możliwościami. Nie starajmy się ludzkimi pojęciami i rozumowaniem pojąć cud Eucharystii i mówić, że tego nie da się wyjaśnić racjonalnie. To kwestia wiary. Powiedzmy też: „TO CUD” i cieszmy się tym, co on nam ofiaruje.

Jeśli więc św. Paweł mówi: „Dla mnie wierzyć to zysk..” wielu zgadza się z tym bezapelacyjnie, bo jeśli Jezus obiecał wierzącym życie wieczne za życie prawe CZYLI ZA – staranie się o życie zgodne z Ewangelią, to nam ofiaruje szczęście wieczne.

A gdyby „niczego nie było”, po tamtej stronie jak chcą niektórzy, to nie będzie komu i kiedy żałować ! „no bo przecież tam „nic nie ma” Bo kto i przed kim mógłby wylewać swój ból, skoro wszystko się skończy? Ale gdy jednak COŚ JEST  to jesteśmy wygrani! To  czysta kalkulacja, którą tak lubimy. Czyli nie będzie straty tylko pozostaje  zysk. Bogu niech będą dzięki!

Żal i trwoga może pojawić się tylko w chwili naszej agonii, na czas której można mieć w świadomości, np.obrazy notorycznie oglądanych telewizyjnych nowel brazylijskich, marnych teleturniejów lub wspomnienia odbytych podróży. Albo można mieć w sercu zadatek i wizję życia wiecznego; Chleb Eucharystyczny i słowa Życia Wiecznego niedzielnych Eucharystii  Ewangelii.

W co, mądry człowieku, chcesz się wyposażyć?! W mądrość programów telewizyjnych i oper mydlanych czy w słowa Boga przeprowadzające Cię przez ten, ostatni etap naszej ziemskiej wędrówki? Jeśli wybrałeś Jezusa to bądź gorący w swoich działaniach czyli pożywaj Eucharystię, radykalnie przestrzegaj przykazań, a nie udawaj katolika będąc letnim w wierze,…. bo UWAGA!  św. Jan Apostoł w tej niesamowitej Księdze Apokalipsy powiedział wyraźnie : „Obyś był gorący albo zimny, bo gdy będziesz letni. WYPLUJE cię Bóg ze swoich ust…”(!) TAK DOKŁADNIE NAPISAŁ! Wybór więc jest prosty i logiczny. Ale nie dla wszystkich niestety.

Jest taki obraz ; Idą trzy postacie. Dwie pierwsze mają twarze smutne, ciemne, o odcieniu ziemistym i fioletowym; bo taki odcień daje ziemia. A trzecia osoba, idzie z tyłu i wpatruje się w niebo . Ma twarz świetlistą, radosną i taką spokojną . Czy to rozumiemy ?! Na którym miejscu siebie widzimy? Szczęście to bycie spokojnym, że godnie przechodząc przez życie wysłużyłem (-łam) sobie wieczne jego trwanie po śmierci.

 

Bądźmy więc ludźmi patrzącymi w górę, w stronę nieba i tam będących wartości, a ziemię z jej obrazami pozostawmy tym ludziom krótkowzrocznym, których zadowalają smętne, ziemskie widoczki i wątłe perspektywy różnie rozumianego szczęścia. Kiedy idziemy do- bądź wracamy z kościoła, tak patrzmy na tych, co w domach krzątają się wokół spraw swojego podwórka i inwentarza, i gnuśnieją, nic z tego pożytecznego nie mając, co by mogli ze sobą TAM  zabrać. Których szczęście pozostaje wiecznym, błędnym szukaniem i ciągłym rozczarowaniem. Bądźmy tymi, co wchodzą na wysoką górę nawet z trudem, a nie tymi którym wystarcza widok z jej podnóża. Którym kręgosłup pęka już od patrzenia pod nogi, a wzrok ich sięga czubka nosa i tam się krzyżuje.

 

 

SYMBOLE

 

Nasze życie społeczne, polityczne czy religijne pełne jest symboli i znaków. Bardzo często nie zwracamy na nie uwagi i  pomijamy je w życiu , które pędzi wydawałoby się z zawrotną szybkością. Nie zatrzymujemy się przy nich, i nie zastanawiamy się – jakie one pod sobą kryją treści lub do czego się odnoszą lub odsyłają. Jednak one jakby niezauważenie wpijają się w ludzką psychikę zmieniając dotychczasowe myślenie. Utrwalając się w naszej psychice i wpływają na zmianę dotychczasowych zachowań. Sami nosiciele tychże, nie zastanawiają się nad toksyczną symboliką noszonego znaczka, więc tym bardziej ludzie z otoczenia. Najczęściej trywializujemy ich znaczenie, dyskredytując jakikolwiek ich wpływ na nasze czy innych. Lub po prostu – machamy na to ręką. Mówimy :”To tylko zabawa”.

Nie zastanawiamy się , jak te mniej czy bardziej ostentacyjnie noszone, symbole zagęszczają nasza codzienną rzeczywistość. Przestrzeń wolnej myśli i słowa. Pogłębiając indyferentyzm zachowań i reakcji w  naszej codzienności i otoczeniu. Zagnieżdżają się w podświadomości. I zaczynają zmieniać mentalność ludzi i ich sposób postrzegania rzeczywistości. Przykładem jest, choćby styl noszenia ubrań pewnej grupy młodych ludzi; i co za tym idzie późniejsze ich zachowanie; relację z drugim człowiekiem.

 

 

PIERŚCIEŃ ATLANTÓW:

Sprawa „drugiej twarzy” to postawa tych, którzy trudnią się dystrybucją tych znaków i symboli przeinaczający ich oddziaływanie i wpływ na psychikę oraz całą mentalność- młodych ale nie tylko – ludzi. Ci handlarze wpajają nabywcom paranormalne , wręcz cudowne  właściwości., nie wdając się zbytnio w interpretację późniejszych zachowań nabywców. I tak handlarze Pierścieni Atlantów zapewniają , że talizman ten stwarza ochronę przed wszelkiego rodzaju zła: agresją, wypadkami , kradzieżą a także przed klątwami i zabobonami .Mało tego – wielu z nich – twierdzi że – przedmiot ten zapobiega wielu chorobom a nawet z nich uwalnia(?!) Słowem przedmiot ten przynosi szczęście. Ilu ludzi to  kupuje, zakłada i nabiera się?.Spontanicznie i niemal natychmiast nasuwa się pytanie : „A kto lub co za siła miałaby to sprawiać?” Pojawia się automatycznie skojarzenie z ”kamieniem filozoficznym” czyli to fikcja i mistyfikacja. Co innego krzyżyk czy medalik Matki Bożej. Bo to wyraz naszego zawierzenia i oddania się Matce Bożej, której historyczna postać daje nam nadzieję. A wezwanie Jej sprowadza kojącą obecność w chwilach zwątpień, bolączek  czy przeciwności. Nie wierzę, że ten medalik „magicznie” uchroni mnie przed napadem łotra czy kradzieżą  lecz z całego serca ufam, że wezwanie TEGO KTÓRY jest Stwórcą wszelkiego bytu, spowoduje uchronienie mnie przed najgorszym tzn. odrzuceniem Boga i  utratą życia wiecznego. Gdyż tego nauczył nas ON SAM. Nosząc medalik nie proszę o szczęście, ale o wytrwanie przy Bogu w najgorszych nieszczęściach jakich przecież w życiu nie brakuje: i nie będzie brakować do końca  tego świata. Tak więc ludzie ochrzczeni zakładając P. Atlantów. nie wiedzą dokładnie; w kim lub w czym, pokładają ufność ?! Na pewno nie w Bogu; A nawet jest to wyraz braku zaufania do TEGO, KTO jedynie jest tego godzien. Mówiąc prościej : „Nie Ufam TOBIE BOŻE, lecz komuś innemu lub czemuś innemu zawierzam  swoje powodzenie.

Moja pomyślność jest w rękach, zależy od ….(??!!) Właśnie: od kogo lub od czego?!…Nie od razu należy prorokować utratę wiary  lecz  żywa wiara przemienia się stopniowo w praktykowanie chrześcijaństwa z sercem odwróconym od Boga Żywego – a zwróconym w kierunku nieokreślonej fantasmagorii… A religijność pozbawiona ufności wobec Pana Boga, staje się pusta i iluzoryczna. Jaką wartość miałaby modlitwa „Ojcze nasz..” gdyby nie ożywiał jej  duch DZIECIĘCTWA Bożego  ? Pierścień Atlantów to oszustwo bazujące na ludzkiej skłonności do wierzenia „w byle co”  jak pogubi się drogę duchowego przywiązania do Boga; Jak zagubi się drogę duchowego wzrostu, na linii relacji osobowej Bóg i ja -to zwraca się w stronę mistyfikacji i iluzji. Zdolność do ufnego zawierzenia Bogu chrześcijanin niszczy przez noszenie a nawet epatowania jakimiś martwymi mitycznymi amuletami. Taki ktoś, bardzo łatwo zwraca swe zainteresowania ku – horoskopom, tarotowi, magii i okultyzmowi. Egzorcyści często spotykając się z tym Pierścieniem , zauważyli w nim początkową fazę uwikłania się w rozmaite formy okultyzmu. Poprzedzone są one stanami komplikacji i zaburzeń psycho-fizycznych,  łącznie ze stanami opętania. Uwolnienie się z toksycznego związku z tym amuletem w przypadku dziewiętnastoletniej dziewczyny skończyło się w zakładzie psychiatrycznym. Spełniała wszystkie polecenia egzorcystów, a jakże, nie pozwalając zdjąć tego pierścienia z palca.

Amulet wbrew swej pozornej niewinności, poprzez swoją symbolikę staje się zielonym światłem; nie danym Bogu ale duchowemu złu. Jest znakiem otwarcia się i przynależności do wrogiego nam świata; świata wszelkiego sprzeciwu , anarchii i kontestacji zastanego porządku społecznego. Jak mocne i jak zgubne było oddziaływanie znaków i symboli na ludzkie postawy pokazała nam historia ostatniej wojny.

 

 

KRZYŻ CELTYCKI .

 

To cecha czyli atrybut boga Odyna . Symbolizuje most połączenie z innym wyższym światem jakieś energii i wiedzy (ale czym on jest nie wiadomo ?). Poprzeczne ramiona krzyża symbolizują świat niematerialny ; ramię pionowe świat fizyczny czyli ziemski. Do tego dochodzi, koło oparte na ramionach , symbol jedności i kompletności. Krzyż celtycki wywodzi się z wierzeń pogańskich, w  jakiejś mierze animistycznych; pierwotnych. Współcześnie do niego nawiązują neopoganie i różnej maści nacjonaliści. Grupa agresywnych skinheadów korzysta z niego w zastępstwie zakazanej swastyki. Istniej próba „schrystianizowania” go , poprzez wydłużenie dolnego ramienia tego krzyża.

 

 

KRZYŻ NERONA

– Inaczej to „Krzyż złamany”. „Noga kurza”; „pacyfka”  (ang. peace – pokój). Znak rozpoznawczy ruchów pacyfistycznych czyli głoszących i wyznających oraz gloryfikujących pokój. Złamany krzyż , ale bez okręgu go opasującego, to wprost i bezpośrednio oznaczenie tych, co walczą z chrześcijaństwem . A w samym okultyzmie oznacza symbol upadku chrześcijaństwa. To także pogański znak „czarnej magii” najbardziej wyrafinowanej i groźnej. Tej do której nawiązywało hitlerowskie SS. Dzisiejsi sataniści używają go podczas odprawiania „czarnych mszy”.

 

GWIAZDA PIĘCIORAMIENNA

 

To po prostu  Pentagram. Odwrócony symbol magii tzw. czarnoksięskiej. Często spotykany jest z wpisaną głową kozła .To z kolei ma oznaczać i oznacza szatana. Jest złośliwą, haniebną i obraźliwą aluzją do Niewinnego Baranka Bożego ginącego w  ofierze zadośćuczynienia za całą ludzkość, która od tej chwili jest już odkupiona. Znak ten może być udekorowany dodatkowo liczbą „666” oznaczającą szatana. Gdzieniegdzie może jeszcze występować odwrócony krzyż – a także hebrajskie litery oznaczające cztery żywioły i duszę człowieka, wyrażające zwycięstwo materii nad duchem  Są jeszcze różne udziwnienia jak pentagram otoczony pojedynczym albo podwójnym kołem lub wężem zjadającym własny ogon.

YING – YANG

 

OZNACZA równowagę pomiędzy siłami przeciwnymi jakie spotykamy we wszechświecie. Negatywnymi i pozytywnymi; pole białe i pole czarne; dobro i zło  jakie dwie niezależne i odrębne siły ścierające się ze sobą. Tej wzajemnej formie istnienia przypisywana jest równowaga. Współczesna ideologia New Age twierdzi, że Bóg i Lucyfer uzupełniają się wzajemnie; niemalże współkreując rzeczywistość świata (?!) gdyż są działaniami tej samej osobowości boskiej. I to już jest jawna i horrendalna antynomia tego, czego uczy nas Pismo Św. Wynikiem takiej ideologii jest to, że we wszechświecie jest „trzecia moc kreatywna”, od której pochodzą: Bóg Dobra i bóg zła.  Idzie za tym adekwatna interpretacja pochodzenia i źródeł zła, która w tym momencie jest całkowicie antychrześcijańska. Jest heretycka.

 

WSTĄŻKA PRZEPLATANA

To SYMBOL bezgranicznego połączenia z siłami i mocami wszechświata. Jakby wola rozpłynięci Związek ten konstytuuje stan doskonałości. Jest to związek doskonały więc nieprzerwany oraz niezaprzeczalny (?!) Prowadzi to do ubóstwiania, tych mocy i rzeczy we wszechświecie, które są materialne lub związane z materialnością. Świata duchowego nie ma więc w tej koncepcji;  nie ma miejsca dla Boga jako BYTU DUCHOWEGO. Słowem wyznawcy  i zwolennicy Wstążki są ideowymi materialistami.

KRZYŻ Z KOKARDKĄ

 

Inne nazwy to klucz Nilu; klucz życia ; krzyż egipski. Znak ten wywodzi się z Egiptu , ze starożytnej kultury gdzie jako hieroglif oznaczał życie , płodność  lub zapłodnienie przez boga – SŁOŃCE. Związany był z wyobrażeniami o przezwyciężeniu śmierci, dlatego nazwa „klucz życia”. Ostatnimi czasy stał się talizmanem  wykorzystywanym przez różne grupy zajmujące się okultyzmem lub wiedzą tajemną. Dla nich symbolizuje on rozwiązłość sexualną  i wyzbycie się wszelkich norm moralnych i zahamowań.

Z tym oczywiście, ściśle wiąże się z pogardą dla dziewictwa i stał się symbol tych, co szukają dowolnego, choćby przypadkowego partnera zaspokajającego indywidualne oczekiwania i pragnienia oraz zapatrywania sexualne. Noszenie go, wyraża jawny i bezpośredni komunikat do otoczenia o preferencjach sexualnych zwolennika tego znaku – symbolu. Komunikat wysyłany brzmi tak :”Jestem otwarty na wszelkie erotyczne doświadczenia”.Jest więc zwrotem do wczesnego pogaństwa praktykującego życie towarzyskie bardzo rozwiązłe w postaci rytualnych hulanek,  orgii i tym podobnych libertyńskich praktyk.

29 niedziela zwykła Rok B                                                               18.10.15

Mk 10, 35-45 „ A  kto chciałby być pierwszy, niech będzie niewolnikiem wszystkich…”

I w nas, jest pewna skłonność do stawiania, ale w zasadzie retorycznych, pytań o nasze miejsce w „niebieskiej przyszłości ”. Istnieje w nas jakaś przedziwna pewność, że za naszą wiarę w Jezusa i staranie się kroczenia Jego drogami należy się nam jakaś nagroda albo jakiś „niebiański” ekwiwalent za poniesione wyrzeczenia z tego powodu (których właściwie nie było gdyż nie wywodzili się oni, i my także, z majętnych rodów palestyńskich a wręcz przeciwnie! ). Wszyscy myślimy więc o jak najlepszym i najwygodniejszym usytuowaniu siebie w tamtej , nieznanej jeszcze , rzeczywistości . Lecz tak jak apostołowie, nie zdajemy sobie sprawy z tego, co jest przedmiotem naszej troski i zapobiegliwości oraz zaradności. Ale tak jak oni, chcielibyśmy uczestniczyć ewentualnie w glorii i w chwale oraz korzyściach płynących z przynależności do Jezusa, z pominięciem  tego wszystkiego, co tę chwałę poprzedzało czyli chcielibyśmy pominąć, Jego i nasze, życie pełne intryg i podstępów ludzkich , szatańskich kuszeń , ludzkiej zdrady miłości oraz przyjaźni; Nie chcielibyśmy męki, boimy się cierpienia i w końcu samego krzyża naszych upodleń, zmartwień, życiowych doświadczeń biedy, choroby i samotności a wreszcie samej obezwładniającej starości. Nie chcemy również poznać, co mieści się na dnie tygla – życiowego przetrwania. A jeśli to nam się nie udaje, to od czego mamy naszego Nauczyciela!? Który nie takich rzeczy dokonywał !

Dzisiejsi bohaterowie Ewangelijnego opisu czyli apostołowie wykazali się przebiegłością, która razi. Małością, która skrzętnie pilnuje swoich zysków . U nas, jak i u nich, razi jakaś uzurpacja do godności, która w zasadzie im się nie należała po ich zachowaniu na Golgocie. Tak jak i nam . Przecież wiemy że nawet zbytnia bliskość nie może upoważniać do posiadania wartości, które może ta osoba reprezentować czy w sobie nosić. Wiemy też, że zbytnia poufałość łamie granice szacunku. Zbytnio wyzwala. Jakże często tworzy i odsłania „drugą twarz”. U tych apostołów była to chęć funkcjonowania „na świeczniku”. Stąd Jezusowe natychmiastowe „Nie, nie” ; ale „Bądźcie niewolnikami wszystkich..”. Które stało się kubłem zimnej wody na rozpalone i podekscytowane głowy, mało pojętnych, uczniów

Nauczyciel swoim życiem okazał nam o jakie rzeczy należy prosić i jak łatwo można się rozczarować . Najpierw przed swoim przyjściem prosił swoją Matkę o słowo „tak”; Jana Chrzciciela o chrzest ; Piotra i innych by poszli za Nim samarytankę o kubek wody; w domu Lewiego prosi o miejsce przy stole: Potem uczniów o osiołka. Również Jego krzyk „pragnę’ jest prośbą; Czy uczniów po swoim Zmartwychwstaniu o pożywienie. W tym wszystkim Jezus stawia PRZED NAMI GODNOŚĆ bycia Jego uczniem, ale przedtem stawia nam człowieka. Bo tak jak i tu na ziemi, tam stanowisko oznaczać będzie służbę.Ona będzie uważana za wyniesienie. Nikt nie będzie czuł się umniejszony. Nie chodzi o „wywyższenie” lecz o „służebne uniżenie” . Czy wielu z nas jest zawiedzionych ?

Nie możemy żyć w złudnym przeświadczeniu, że możemy przyjąć do serca Boga pomijając przy tym człowieka lub go tylko tolerować, bez odrobiny należnej sympatii. To on jest Drogą Boga do człowieka; Prawdą i Życiem oraz Jego ..,.krzyżem . Inaczej zbaczamy z drogi albo idziemy w przeciwnym kierunku. Gdy nie zgodzisz się, na choćby próbę, miłości (szacunku) nieprzyjaciół, twoje życie religijne staje się tragiczną iluzją , mistyfikacją a niekiedy nawet farsą. Bo tenże bliźni jest zarodkiem niepokoju w  żywej tkance mojej niespokojnej egzystencji. Drąży , rani i kaleczy, ale to jedyna droga do Boskich „stanowisk”, które były tęsknotą tych uczniów i są jak krzywe zwierciadło naszych pragnień i oczekiwań. Ale JA, nie czuję się na siłach, aby dokonywać jakichś bolesnych przeszczepów na swym sercu, w którym jest jedynie zaszczytne i godne stanowisko dla mojego „ja”. I to jest nasz „kielich”, z którego pijemy a ciągle pozostajemy nienasyceni.

 Szatańskie oddziaływania na człowieka

Kościół naucza, że obok świata dobrych aniołów istnieje też szatan, czyli diabeł i inne demony, które są upadłymi aniołami. W sposób wolny odrzucili służbę Bogu i sprzeciwili się Jego zamysłowi. Ich wybór jest ostateczny. Usiłują oni przyłączyć człowieka do swego buntu przeciw Bogu.

Jedną z największych zwycięstw szatana w dzisiejszych czasach jest to, że wielu ludzi zupełnie zapomniało o jego obecności, o jego planie niszczenia Bożego dzieła stworzenia, o jego taktyce wobec człowieka. Od zawsze Kościół nauczał o walce duchowej, jaką każdy wierzący ma prowadzić z szatanem, o tym jak groźny jest to przeciwnik i jak się przed nim bronić. Wspomnijmy znów księdza Bosko. W jego życiu miały miejsce przeróżne ataki diabła, który nękając go, chciał zniszczyć misję wychowania młodych. Ksiądz Bosko wiedział, że jego zadaniem jest bronić młodych przed szatanem i jego działaniem. Mówił: „Będę odpoczywał, kiedy diabeł przestanie szkodzić”. Tak jak dobre anioły, tak i szatan i jego demony krążą wokół nas „szukając, kogo by tu pożreć” (1 P 5, 8.) Jako kapłan,  nieraz niestety, przekonałem się, że ludzie wchodzą w zniewolenie duchowe, nawet w opętanie, przez własną naiwność, nieświadomość zagrożenia, ciekawość przyszłości, brak rozeznania, co Bogu miłe, a co nie.

Zadaniem każdego wychowawcy, który kocha swego wychowanka, jest zapobieganie złu, jakie może go spotkać. Dlatego w systemie prewencyjnym konieczne jest poznanie sposobów działania szatana i dróg wejścia w zniewolenie, a nawet opętanie. Niestety, te zniewolenia coraz częściej dotykają młodych ludzi.

Można rozróżnić kilka rodzajów działania demonicznego, od kuszenia po opętania:

1) Pokusa – jest to podnieta do złego. Szatan namawia, aby nie spełnić jakiegoś dobra, albo by uczynić coś złego. Nakłania zwłaszcza do grzechów śmiertelnych.

2) Zniewolenie, dręczenie – najczęstszą przyczyną są popełnione grzechy otwierające na wtargnięcie szatana (wejście w świat magii, satanizmu, okultyzmu). Występują tu stany różnego stopnia depresji w postaci przygnębienia, długotrwałej rozpaczy, myśli samobójcze, stany lękowe, stany agresji bez wyraźnej przyczyny, nieustanne skrupuły moralne. Szatan może powodować także różne niedomagania i choroby cielesne.

3) Opresje – to różne formy zewnętrznego nękania przez szatana za pomocą wzroku (zjawy, różne postacie, potwory), za pomocą słuchu (wrzaski, krzyki, stukania), za pomocą dotyku (razy, rany, rzucanie człowiekiem).

4) Nękania i szkody zewnętrzne – tzw. „nawiedzone” domy, w których wyczuwa się czyjąś niewidzialną obecność wywołującą hałasy, (dziwne kroki, otwierające się i zamykające drzwi). Szatan potrafi psuć urządzenia techniczne, powoduje niekiedy wielkie szkody i straty ekonomiczne (np. niespodziewana utrata pracy i niemożność jej zdobycia, bankructwo doprowadzające do rozpaczy i niekiedy samobójstwa).

5) Opętanie – polega na stałym lub przerywanym zamieszkiwaniu demona w ciele człowieka i szkodliwym działaniu na niego od wewnątrz. Najczęściej szatan stara się ukrywać swoją obecność w człowieku. Wobec świętości diabeł manifestuje swoją obecność poprzez agresywne gesty, wulgarność, obrazoburstwo., nałogi. Opętanie może wystąpić m.in. wskutek paktu szatańskiego, poprzez trwanie w grzechu, wskutek przekleństw i uroków itd.

Przyczynami ingerencji demonicznych w człowieka mogą być:

Trwanie w grzechach ciężkich, zatajenie na spowiedzi grzechów ciężkich.

Świadome odrzucenie Boga, wyrzeczenie się wiary.

Wywoływanie duchów, wróżenie lub chodzenie do wróżki, układanie kart np. tarota, praktykowanie różdżkarstwa, korzystanie z usług bioenergoterapeuty, leczenie energią, kontakt ze świeckim egzorcystą itp.

Udział w grupach satanistycznych, seansach szatańskich jak przyzywanie szatana, podpisanie cyrografu, słuchanie muzyki satanistycznej, granie w gry demoniczne, czytanie „Biblii Szatana”, noszenie symboli satanistycznych.

Noszenie amuletów, talizmanów, np. pierścienia Atlantów.

Rzucanie przekleństw czy uroków, uprawianie czarów, wzywanie diabła, by komuś zaszkodzić

Bratobójca – Chaim                                15.10.15

 

Padają sądy; co jakiś czas pojawiają się jacyś „nowinkarze” ze swoimi, jakoby, odkrywczymi tezami np. J.Gross; Co chwila wskakuje jakiś hochsztapler, zazwyczaj sprzedajny, z jakimiś zmyślonymi i obrazoburczymi oraz kuriozalnymi zarzutami pod adresem Polaków. Takie „chłystki medialne” mające szeroki dostęp do środków masowego przekazu (bo zasponsorowany przez określonych mocodawców) ,coraz to wyskakują z wymyślonymi „nowinkami” i bezkarnie pozwalają sobie na szkalowanie Polski swoimi wymysłami. Zobaczmy, co działo się wewnątrz żydowskiej nacji, tak rzekomo uciemiężonej…na jednym przykładzie …

Rumkowski – to tak swojsko, po Polsku brzmiące nazwisko. Prawda?! Nic bardziej mylnego . To nie był Polak. Na  szczęście.  To kanalia „pierwszej wody”. Chaim – to imię które zaczyna sygnalizować problem. Tak to żyd , czystej krwi; „Spolszczony”, na którego wspomnienie jeszcze a może już nielicznym żyjącym żydom, kojarzy się bardzo pejoratywnie czyli źle i negatywnie. Być może Gross takich „polaków” ma na myśli w swoich wywodach (?!) A można śmiało powiedzieć że kojarzył się : TRAGICZNIE. Jego ofiary tego nie mogą wyrazić bo ich już nie ma wśród żyjących. „Król getta” , „Cesarz”, „Chaim Groźny”– to określenia tego gościa, co kierował, rządził lub jeszcze inaczej – władał – gettem żydowskim w Łodzi. „Pan życia i śmierci”. Nazywany tak, nie ze względu ma jakieś zasługi, ale z powodu nieograniczonej władzy jaką posiadał w gettcie; i nad egzystującymi tam ziomkami. Do końca nie wiadomo w jaki sposób stał się on „cesarzem” w gettcie , którym właściwie zarządzali Niemcy. Czym właściwie im się przysłużył, że został obdarowany takim zaufaniem i plenipotencjami (?) To praca dla historyków i śledczych pisarzy. On realizował niemiecki plan zagłady żydów, posiadając właściwie niczym nieograniczoną władzę nad mieszkańcami. Był ich (Niemców) ”współpracownikiem”. A zwykł mówić : „Trzeba być 10 minut przed zarządzeniami Niemców”. I zazwyczaj był. Do realizacji swojej pracy wcale nie potrzebował Niemców gdyż z wielką gorliwością wykonywali to sami żydzi..(?!!) Tak to żydzi łapali i mordowali żydów !

A Emanuel Ringelblum, żydowski archiwista, tak odnotował ten fakt: ”Okrucieństwo policji żydowskiej było bardzo często większe niż Niemców, Ukraińców, Łotyszów”. (?!?)

Getto łódzkie Rumkowski nazywał  państwem żydowskim..!? Odgrodził je od świata chrześcijańskiego, w przenośni i dosłownie, gdyż sami żydzi zbudowali mur i zasieki z drutu kolczastego. Sami ze swoich funduszy, po aktywnym nadzorem Judenratów.. ”Cesarz” ustanowił tam własne sądownictwo i tworzył prawa, bank i nawet więzienie (!?), wybił własną monetę. Bank, który też utworzył, aktywnie skupował za bezcen wszystkie kosztowności żydów, którzy wówczas  zrobiliby wszystko, aby przeżyć. A podobizna „Chaima Groźnego” widniała nawet na znaczkach pocztowych i portretach w szkołach oraz urzędach. Sam Rumkowski i jego świta mogli korzystać z sanatorium w Marysinie nie odmawiając sobie niczego. Konsumpcja kwitła na całego . W samym zaś gettcie w tym  samym czasie z głodu zmarło 40 tys, ludzi. Pomimo, że jak się okazało po likwidacji getta w 44 roku, magazyny były przepełnione jedzeniem (!?!) W zamian za te dobrodziejstwa Rumkowski wykonywał dla najeźdźcy liczne zlecenia. Do wykonania tych zleceń zamienił obszar getta 4km kw. w gigantyczny zakład produkcyjny. Nie myślmy jednak, że w ten sposób ratował życie swoich ziomków. Każdego dnia wyruszały z łódzkiego getta transporty ludzi do komór gazowych w Chełmnie nad Nerem. Nie będziemy rozwodzić się nad stylem i ustrojem feudalnym panującym w gettcie gdzie Rumkowski był „księciem” i „bojarem” w jednej osobie, siejącym wokół strach i grozę. Ale to jeszcze przed nami…. Jak twierdził, oni się urodzili po to, aby „Książe” mógł czerpać z nich korzyści…”..(?!?)

Jak by tego było mało, to Niemcy udzielili mu prawa do poruszania  i przemieszczania się po całej Łodzi; bez przeszkód. Miał wstęp do każdego urzędu i sam dobierał sobie pracowników tworzących jego administrację. Będącą siłą wykonawczą i dyspozycyjną dla niemieckich oprawców i ich rozporządzeń. Getto w Łodzi było wzorcowe gdyż do realizacji niemieckich zamierzeń Rumkowski miał do dyspozycji 10.000(!) kolaborantów żydowskich. I jak teraz wyglądają żydowskie  zarzuty pod adresem polaków ?!? Przecież to Żyd mordował żyda w sposób bezceremonialny i okrutny .. Brat brata….To owi kolaboranci sporządzali listy osób skazanych na zagładę. Ich powinnością było wywlekanie ludności z domów i dostarczania kontyngentów nieszczęśników do zagłady…(!) Jak blado na tym tle teraz wypada problem Jedwabnego ?!…. Niemcy przyjeżdżali tylko w kilku, by sprawdzić czy transport do obozów został należycie przygotowany. Wszystko zazwyczaj precyzyjnie było sporządzane. Żydzi jako „pomocnicy oprawców” spisywali się „na piątkę”…

 

Uwaga „smaczek” ! Oblicze Rumkowskiego ujawniło się jeszcze wyraźniej kiedy przygotowywał on transport dzieci żydowskich do obozu zagłady. Na rozkaz Niemców wszystkie dzieci do lat 10, miały być zamordowane. 4-go września w długim przemówieniu do ziomków Rumkowski przekonywał, że trzeba poświecić najmłodszych by inni mogli przeżyć. Mówił tak : „Nigdy nie przypuszczałem że będę musiał składać taka ofiarę na ołtarzu. Przypadło mi w losie, że dziś  muszę do was wyciągnąć ramiona i błagać: bracia i siostry – oddajcie mi swoje dzieci….Muszę przygotować tę trudną i krwawą  operację, muszę odciąć gałęzie aby ocalić pień. Muszę zabrać dzieci ponieważ jeśli tego nie zrobię, inni mogą być także zabrani…”(?!)

Ten czas i tę operację nazwał on „wielką szperą” gdyż na niespotykaną skalę zaczęto przeszukiwania mieszkań , domostw; przez KOGO?! – przez żydowską policję, w celu pojmania i spacyfikowania odnalezionych dzieci…. Getto przeżyło tylko jedno dziecko!!! Syn dyrektora aprowizacji.!?! Jak ongiś w Egipcie…pamiętacie?! Historia się powtarza…

Widzisz bracie i siostro , że nie chodziło tu wcale o ocalenie najlepszych, ale o zwykłe korzyści i rachunek ekonomiczny niejakiego  Rumkowskiego. Doskonale obrazuje to sytuacja kiedy Niemcy wywieźli na śmierć chorych ze szpitali. A gdy części udało się uciec w ich wyłapywanie zaangażowana była cała żydowska policja (!). Gdy 200-stu udało się mimo to zbiec, Rumkowski zebrał 200 zdrowych pobratymców i wysłał ich na śmierć. Rachunek musiał się zgadzać. Splendor, powodzenie, profity  i jakość życia .

A dziś niejaki Gross wypisuje jakieś nacjonalistyczne farmazony?!? Hochsztapler, chłystek i mistyfikator bezkarnie szkalujący NAS ; I oczerniający. Niech się wypowie na temat Rumkowskiego.. ! I odpowie dlaczego Rumkowski nie dał się pojmać Niemcom i nie oddał życia za swojego współbrata ?! lub współbraci. Dlaczego nie był Drugim Maksymilianem Kolbe ? Niech da upust swojej swawoli pisarskiej. No JAZDA ! Panie Gross…. Przecież to twój pobratymiec….Postać dobrze znana w twojej ojczyźnie.. Jeśli nie to zapytaj ocalałych z Łodzi. Do dzieła……

I co TY  na to czytelniku ?! Widzisz z jakim żydowskim potworem mieliśmy do czynienia ?!? A oni, dziś wśród Polaków szukają winnych .Liczba zamordowanych przez „cesarza” jest proporcjonalna do liczby ocalonych przez Polaków (Rodzina Ujmów). Uważam, że w pierwszej kolejności pod osąd nadają się Niemcy. Jako inspiratorzy holocaustu. Nie my! Oczyśćcie swoją historię a wówczas zbędni okażą się domniemani winni z innych narodów.   To nazwisko warto zapamiętać.

Ktoś jeszcze chce Polakom zarzucać cokolwiek ?! Zazwyczaj nie potwierdzone i nie udokumentowane fakty. Kto jeszcze ma czelność i chce nadal szkalować Polską opinię ?

 

Na podstawie artykułu: Gazeta Polska,15 kwietnia 2015;„Książę” Łodzi – Anna Kołakowska; s,12; Myśl jest bronią;

   28 niedziela zwykła Rok B                                          11.10.15r.

Ten obraz ewangeliczny powtarza się w naszym życiu bardzo często: Chrystus przedstawia nam swoją propozycję, a my ją odrzucamy, bo boimy się, że będzie nas ona zbyt wiele kosztowała.Bądź też asekurujemy się mówiąc ; „nas na to nie stać…”      ” To jest ponad moje siły” itp. Nie chodzi tu zaraz o grzech czy o złą wolę. Na ogół to, co z propozycji Boga odrzucamy, nie jest ścisłym obowiązkiem, lecz czymś „ponad”, czymś dobrowolnym, dodatkowym wysiłkiem czy ofiarą. Boimy się lub też unikamy wszelkiego wysiłku oraz starania się, które często wiąże nas  z poświeceniem. A gdy już wiąże się z koniecznością rezygnacji z naszych upodobań czy przyzwyczajeń zdolni jesteśmy krytykować samego Boga czy podważać zasadność JEGO oczekiwań i propozycji.Zazwyczaj przenosimy to na grunt Kościoła, mówiąc:” iż On za wiele wymaga a czasami nawet …wtrąca się do naszego życia”.. . Zapominamy, że BÓG „wtrącił” się już raz, obdarowując nas Łaską Zbawienia a właściwie ODKUPIENIA .(ODKUPIENIE  to potencjalność jaka została nam ofiarowana; bez naszego udziału i zasług; To było wyrwanie nas spod władzy szatana; a ZBAWIENIE to indywidualne wykorzystanie tej Potencjalności.To skorzystanie z wolności dziecka Bożego. I tu już jest …nasz udział…i nasz wybór…) Przy tym, my jak tylko było można, przeszkadzaliśmy MU w tym. Żydostwo wręcz zamanifestowało swoją postawą że „… nie chcemy Jego”.  „Nie rozumiemy Jezusie Twego pojawienia się i Twojej wykładni Prawdy Bożej”. A przecież mieli PRAWO i mieli Proroków, którzy o Postaci Mesjaszu mówili już przed kilkoma wiekami. Mówiąc dzisiejszym językiem : przepowiadali to z zegarmistrzowską precyzją. Lecz żydzi skupieni byli na „umywaniu rąk przed posiłkami”; i nad regułami szabatowymi. Skupieni byli na „wyciąganiu drzazgi z oka bliźniego” a nie na tym, co naprawdę istotne.Tu Historia Zbawienia ich ominęła…

Niepokoi nas jeszcze owe: „Idź sprzedaj wszystko”… Wtedy pytamy się: „A czy jest to naprawdę potrzebne i niezbędne”? Czy bez tego nie mogę być doskonały? .  Wychodzi na to że… Nie…Więc kolejne pytanie :”Czy tylko doskonali osiągną Niebo?”… I teraz rysują się już niewesołe perspektywy…W jakim więc celu Jezus spowodował to spotkanie z tym Młodzieńcem …? Zauważmy, że nie przekreślił go – lecz wywołał dokonanie pewnej refleksji nad sobą i swoim stosunkiem do materialności… Nie posiadanie majętności jest utrudnieniem, ale pokładanie w nim … NADZIEJI.  Ten jego smutek, był wystarczającym komentarzem.Nie jest trudno przewidzieć naszego wyrazu twarzy…. On odszedł zasmucony; A czy my podejmiemy choć mały wysiłek by nie pójść jego śladami ..? Ta perykopa dzisiejsza jest  po to, iżby nie pozostawać w maraźmie i samozadowoleniu podczas gdy tylu głodnych, smutnych i chorych oraz samotnych i bezdomnych braci żyje wśród nas….Nie możemy spokojnie zasypiać marząc o „rajskich wyspach” wiedząc, że są tacy pośród nas, co nie mają „gdzie głowy skłonić…”Nie marzmy lecz podejmijmy, z pozoru gest czy uczynek szalony, aby zmienić siebie oraz los kogoś z „tych innych”… lub tylko ulżyć.  Aby „rozpromienić swe oblicze”….Bo myślę, że dla smutnych nie będzie miejsca w Królestwie Radości;….Myślę, iż uśmiechnięta i radosna twarz, to będzie „identyfikator” wchodzących (pragnących wejść…)  na Ucztę Pana Młodego..
A nie wszyscy odchodzą z uśmiechem na twarzach….z tego świata…

Co ciekawe: często mówimy „a”, ale boimy się powiedzieć „b”. Łatwo jest rozpocząć dobre dzieło, ale trudno jest doprowadzić je do końca. Brak nam konsekwencji w wierze. Wynika to, być może z tego, że nie tyle zależy nam na rzeczywistym efekcie, co na pewnych pozorach czy przeświadczeniu, że przecież „chcieliśmy, mieliśmy szczerą i dobrą wolę, ale tak jakoś nam nie wyszło”. Tzw. „dobre chęci” są znakomitym alibi, usprawiedliwiającym nasze lenistwo lub  bezczynność czyli inercję…. Bo często podjęcie jakiegoś wielkiego i nietuzinkowego projektu, doskonale zwraca na nas uwagę i podziw innych; I to już nam wystarczy. Prawdziwy cel osiągnięty: dostrzeżono nas-więc często wystarcza nam, iż wykrzesamy z siebie jakąś siłę do podjęcia inicjatywy. Wówczas jesteśmy dumni..”Głowa do góry”. I na tym …koniec….

Co Bóg złączył… 27.niedziela zwykła Rok B    4.10.15r.

Od razu widać, że życie małżeńskie także w czasach Chrystusa było źródłem wielu trudności. Niewierność, zdrady małżeńskie, rozwody to nie jest wynalazek XX wieku. Chrystus także musiał się z tym problemem zmierzyć. Na pewno nie było to łatwe, gdyż presja na złagodzenie moralności małżeńskiej była bardzo silna: jako głównego argumentu faryzeusze użyli przepisu Prawa Mojżeszowego, które dla Żydów było święte i niepodważalne. Ale tym bardziej zdecydowana odpowiedź Chrystusa jest dla człowieka wiążącą normą.

Chrystus zdaje sobie doskonale sprawę z ludzkiej słabości i uległości wobec popędu seksualnego, który wymykając się spod kontroli woli i rozumu, staje się siłą nie twórczą lecz niszczącą. A nieskrępowane używanie ciała prędzej czy później przynosi przykre bądź wręcz tragiczne następstwa. Bóg chce nas przed nimi ustrzec i dlatego jasno określa zasady, którymi powinien kierować się człowiek w życiu seksualnym.

Tymczasem aby usprawiedliwić panoszenie się pożądliwości, człowiek próbował i nadal próbuje znaleźć racje, które w dziedzinie seksu pozwalałyby mu na wszystko. Nie można więc tym racjom zbytnio ufać. Dlatego Chrystus odwołuje się nie do zasad ludzkich, lecz do prawa Bożego, zapisanego w samej naturze człowieka i w przykazaniach. Co zatem mówi Chrystus na temat małżeństwa?

Jest ono dziełem Boga, planowo zamierzonym i wspartym rozmaitymi właściwościami ludzkiej natury. Najważniejsza z nich to zróżnicowanie płciowe człowieka. Mężczyzna i kobieta różnią się od siebie w zasadniczy sposób. Są to różnice stałe i rzeczywiste, a nie tylko wynikające chwilowo ze zmiennej mody czy obyczajów społecznych. Próby emancypacji czyli zrównania ról mężczyzn i kobiet, przypominają wysiłki na rzecz ujednolicenia życia ryb i ptaków – są tragicznym nieporozumieniem. Albowiem wrodzone cechy mężczyzny i kobiety w naturalny sposób predestynują ich do określonych funkcji i zadań.

Czym innym jest oczywiście równość w godności ludzkiej i prawach osoby. Zasada, którą wprowadził Chrystus, zrównując wagę grzechu cudzołóstwa męża i żony, była w owych czasach prawdziwą rewolucją. Dotąd bowiem odpowiedzialnością za zdradę małżeńską obciążano w zdecydowanej większości kobietę. Mężczyzna byli  na ogół niewinny i nietykalny. Tu, w dziedzinie moralności, jest miejsce na równouprawnienie, a nie w dziedzinie obowiązków i zadań rodzinnych. Ich odwiecznych funkcji. W przeciwnym razie wrócą absurdalne czasy „matek” traktorzystek i „ojców” na urlopach macierzyńskich.

Skrajnym przejawem współczesnego lekceważenia ludzkiej natury i małżeństwa, są „rodziny”- związki  jednopłciowe. Zadziwiające, jak szybko homoseksualiści i lesbijki narzucili ( silne lobby polityczne) zdrowym ludziom, swój chory punkt widzenia a teraz już nawet  uzurpują sobie prawo do wychowywania dzieci w zupełnie wypaczonych warunkach! Także luźne związki,frywolne, bez żadnych zobowiązań, gwarancji trwałości i wzajemnej odpowiedzialności, nie zapewniają dziecku niezbędnego do prawidłowego rozwoju poczucia stabilności i bezpieczeństwa. Tak jak szybko „opiekunom” zmienia się zapatrywanie, upodobanie i fascynacja tak szybko zawali się świata dziecięcego spokoju.

Być może, taki styl życia zapewnia „partnerom” doraźną wygodę i maksimum przyjemności, ale za to bardzo powierzchownej i krótkotrwałej.Na ogół cielesną, do której dorabia się, niby towarzyszącą jej, jakąś filozofię „duchowości”. Bóg chce dla nas czegoś więcej. Chce, aby prawdziwa i pełna miłość mężczyzny i kobiety, męża i żony, była źródłem trwałego szczęścia i dobrym środowiskiem wychowania dzieci. Właśnie dlatego w odpowiednim czasie, trzeba zerwać dotychczasowe związki z rodzicami, by bez spełnionej już funkcji założyć nową rodzinę. Równolegle trzeba budować nowe więzi, łączące ściśle męża i żonę, umożliwiające pełne zaufanie, porozumienie i zgodne życie. Dopiero na tym fundamencie można budować udane życie intymne i powoływać do istnienia dzieci – owoc małżeńskiej miłości.

Tego chce dla nas Bóg. Dopóki człowiek ufa Bogu i chce realizować Jego plan, dotyczący miłości, małżeństwa i rodzicielstwa, wszystko jest w porządku na drodze do szczęścia. Rozwody są zbędne. Problemy zaczynają się wtedy, gdy człowiek próbuje być mądrzejszy od Bogu i tworzyć swoje wizje i wersję szczęścia.

 

 

26 nied. zwyk. Rok B                                                 27.09.15

 

: „Kto nie jest ze Mną , jest przeciwko Mnie i kto nie zbiera ze Mną – rozprasza..”. Jeśli nie idziesz za Jezusem to GO – zdradzasz. Milczenie, wówczas kiedy głos jest potrzebny albo niezbędny – też jest rozpraszaniem. Zauważamy tu jakby poruszenie dwóch tematów. I dwóch aksjomatów (wartości główne i zasadnicze; cele nadrzędne ). Jest to  Ekskluzywizm czyli wyjątkowość Orędzia Ewangelii i troska o nieskażoność  JEGO nauki. To z jednej strony, a z drugiej problem zgorszeń. Pierwszy dotyczy ludzi określanych często jako „tych zewnątrz”, którzy są jakby na drodze do Jezusa; Są w stanie poszukiwania i odkrywania pociągającego ich piękna oraz wartości Jezusowej nauki. Ludzi tych, nie można traktować szorstko i obcesowo, a należy domniemywać dojrzewanie w nich dobrych cech oraz skłonności.: ”Kto nie jest przeciwko nam ..”. Należy domniemywać w nich dobre intencje. Druga kwestia to wezwaniem, aby nie wywracać do „góry nogami” naszego Domu – Kościoła. Zbyt wie;ką ofiarę poniósł Jezus, aby teraz człowiek nieodpowiedzialny, egoistyczny i beztrosko egocentryczny- niweczył lub też podkopywał Świętą Budowlę jaką jest KOŚCIÓŁ. Dzieje się to poprzez nieokiełznaną ludzką frywolnośc. Bo takich , którzy chcą należeć, choćby z pozoru, do Królestwa przyszłych zbawionych, a właściwie teraz oszukujących nas – jest wielu. Oni nie mają żadnego normatywnego dla nas zdania; ich należy tylko tolerować. Wówczas kiedy jeszcze nie wypowiadają się na tematy naszej Wspólnoty… Ale gdy to robią – my musimy zająć głos. (nawet ostry i stanowczy). Właśnie milczenie w takim wypadku jest rozpraszaniem. Jest zdradą. A na to, jako wspólnota dziś atakowana, pomawiana i zwalczana nie mówiąc prześladowana – nie możemy sobie pozwolić . Musimy zawsze i ze wszystkich sił bronić pozostałego jeszcze, ale mocno okrojonego,  naszego „status quo”… Niewybaczalne jest udawanie, że nic się nie dzieje i przymykać „oko i ucho” na dziejące się wokół nas, niesprawiedliwości. Nasi przeciwnicy są cyniczni, przebiegli i bezpardonowi. Wybierają i korzystają ze wszystkich możliwych i dostępnych środków współczesnego przekazu..

Jednak zauważyć należy iż JEZUS zdyskredytował jeszcze jeden błąd. Przy tym wszystkim czego doświadczamy w dzisiejszym świecie, nie wolno nam jednoczyć się i angażować w walce przeciwko komuś. To może przerodzić się w „jednoczącą agresję”.. I wtedy łatwo popaść w gloryfikowanie i hołubienie własnej doskonałości i przywilejów. ( których i tak już jest niewiele).

My natomiast, nie możemy skoro należymy do części Trzody Jezusa , tworzyć jakiejś kliki lepszych ludzi , „lepszych chrześcijan”, bo wtedy nie należmy już do NIEGO. Sama „chęć” takiego mniemania – wyklucza nas. A wielu jest takich, co chcieliby zmienić, „udoskonalić”  naukę Jezusa mówiąc: ”to nic nie szkodzi” lub „my jesteśmy lub musimy  być neutralni i tolerancyjni…”… Albo jesteście całkowicie ze MNĄ czyli po stronie tego, co nam zostało ogłoszone albo występujecie przeciwko…(np. milcząc). Ewangelię akceptuje się integralnie albo …wogóle! Nie można oszukiwać w „grze” …Udawanie jest „nie na miejscu”… To wniosek płynący od Mateusza . Zważmy na to, że nawet ci, którzy zewnętrznie nie należą do Jezusa, mogą być bliższymi niż niektórzy z nas…

Pamiętamy naukę o „czystości zewnętrznej kubka” i o intencji serca…? Potępiona została uzurpacja (przypisywanie sobie czegoś ) choćby w przywłaszczaniu sobie JEGO Imienia lub podszywaniu się pod NIEGO oraz zbyt drastycznym mówieniu :„my – oni”. Oni – to zazwyczaj ci gorsi….

I uwaga jest jeszcze coś, co nas powinno zastanowić. Radykalizm nauki Ewangelijnej. Jezus zaskakuje nas niejednokrotnie swoją łagodnością i wyrozumiałością oraz przebaczeniem , ale i troską o nieskalaność Jego orędzia, która dyskwalifikuje subiektywne interpretacje. W tym momencie musimy zwrócić uwagę jak wielkie ma to znaczenie dla Pana….I my musimy być stanowczy oraz gotowi na wszystko jeśli chodzi o walkę ze złem; z pokusami; ze swymi złymi skłonnościami  czyli z – grzechami. Ucięcie nogi ręki czy wyłupienie sobie oka pozostaje już niestety tylko alegorią. Ale zawsze tak nie było…

25 nied. zwyk. Rok B

 

„Jak to o czym rozmawialiśmy….?” Myślę iż rysowali sobie perspektywy świetlanej przyszłości, z umiejscowieniem siebie pośród niej. Nie mieli do tego prawa, ale je sobie nadali. Uważali, że przynależność do grupy uczniów (ale chyba raczej „towarzyszy” Jezusowych podróży).Myśleli że towarzystwo Jezusa zapewni im już  niebawem splendor oraz poklask otoczenia. Później niektórzy powiedzą: „…a myśmy się spodziewali….”

Nie wiem czy kłócili się o to, kto jest teraz najważniejszy wśród nich ? Czy taki będzie później gdy ta „gromada”  uczniów przybierze bardziej sformalizowane struktury ? Pewnym jest to, że nie wykazali się, tak teraz i jak i potem też się nie wykażą, dostateczną wrażliwością oraz rozsądnym myśleniem perspektywicznym. Nie mieli „za grosz” ducha apostoła oraz przyszłego misjonarza. Takie zadanie dopiero przed nimi się rysowało. Bo np. nie widzieli w ramach swojej działalności,  i Mistrza; roli oraz znaczenia Jego Męki , Cierpienia a tym bardziej – Zmartwychwstania.  Swoje „apostołowanie” traktowali chyba, jak jakąś przygodę życia, niż jako przeogromne zadanie w przyszłości i odpowiedzialność. W tym momencie daje się zauważyć zupełny brak świadomości, w jak wielkiej Misji uczestniczyć im  się zdarzyło i do czego są wychowywani.

Niestety z podobną samoświadomością  wąskimi perspektywami i takimiż celami mamy do czynienia i dzisiaj. Nie wiem czy zmieniona rzeczywistość Kościoła w dzisiejszym świecie jest jakimkolwiek usprawiedliwieniem. ..?! oby tak było bo czeluści otchłani wiecznej nie są motywujące. Dla jednych jak i dla drugich….

24 niedz.zwyk. Rok. B                                                          13.09.15

Może i, o pewnym wydźwięku retorycznym jest to dzisiejsze pytanie . Ale już odpowiedź na nie, nie może być sloganem ani jakąś formą uniku… Nie możemy się też wykręcać albo uchylać od niej. Odpowiedź na nie, nie może nosić piętna dwuznaczności. Ma być jednoznaczna i ostateczna. Kim jest dla mnie Jezus Chrystus ? Jeśli nie jest ona prosta , szczera i miłująca;  BÓG – Człowiek, to należy wprzód zastanowić się nad tym, czym jest dla ciebie życie ? czym jest śmierć ? czym czas i trwanie; a kim jest człowiek ?….

Tyle rzeczy podnosimy do rangi bożka ?: pieniądze, władza, sex, kariera, jakieś totemy , a tylko wobec Boga Prawdziwego nie potrafimy określić się definitywnie. Z przedziwną łatwością ulegamy trendom, modzie, ideologiom. A przy tym jesteśmy zadeklarowanymi konformistami. Tylu „miernym idolom” wierzymy i oddajemy cześć, a tego samego nie potrafimy uczynić wobec Boga Jedynego i Prawdziwego… To jest bałwochwalstwo. Szukamy jakichś dowodów i uzasadnień. Chcemy by, raz był nam bliższy; „taki bardziej ludzki”;  A innym razem tę przynależną JEMU  niedostępność również podważamy i dyskredytujemy. Sami nie wiemy na jakiego Boga się „zdecydować”…  Zapominając, iż ON  istnieje niezależnie od naszych pragnień, oczekiwań oraz głębokości naszej wiary… BÓG JEST BYŁ i BĘDZIE. Księga Rodzaju ta to określa: „JESTEM KTÓRY JESTEM”; BÓG istnieje niezależnie od tego, czy uznasz to czy nie… Nie trzeba mówić, jak GO sobie wyobrażamy, gdyż „ile ludzi tyle kreacji i wyobrażeń BOGA”. Dużo możemy MU przypisać, tylko nie stać nas na jedno słowo -To BÓG JEDYNY…! Ponieważ chyba nie jesteśmy zdolni, aby dokonać – ogromnego przeskoku; nie tylko myślowego. Trzeba odrzucić nasze ograniczone wyobrażenia, nasze schematy myślowe; wszystko to, co determinuje i zniewala nasze myślenie. Co zniekształca naszą naturę.

O ile z deklaratywną formą wiary, nie mamy tyle  problemu to już z życiowym jej potwierdzeniem – mamy. Preparujemy więc takie ekwilibrystyczne sformułowania jak : „wierzący ale nie praktykujący” lub „modlić się można na każdym miejscu”… itp. bzdety. Obnażamy w ten sposób sami swoją inercję, brak mądrości, absurdalność i sprzeczność oraz nieznajomość BOGA, teologii  oraz wiary. Uczniowie widzą GO, słuchają, towarzyszą MU. Są świadkami tylu cudów; Są NIM oczarowani, a niektórzy nawet zawdzięczają MU diametralną odmianę swego losu … I co ? W ich odpowiedziach padają różne formy rozumienia JEZUSA przez samych uczniów. Nie ma nawet u nich jednoznaczności…Tylko stwierdzenia Piotra JEZUS nie odrzuca, bo nie było sentymentalne,  ani uczuciowe. Nie było okraszone ludzką logiką i spekulatywnością.  Mimo to, za pewien czas wykaże się wyjątkową niestałością i słabością. Właściwie nie dorósł on do znaczenia jakim został obdarowany. Bo JEZUS pragnie jednoznaczności i definitywności. ”Twoja mowa ma być : Tak-TAK Nie- nie…”Wszystko co ponad to jest, od złego pochodzi…”

Czyżbyśmy i my myśleli, tak jak JEGO uczniowie , że JEGO „niedostępność” byłaby dla nas lepsza?  Czyżby zbyt mało dowodów swojej boskości nam dostarczył ? Chyba tak jak wtedy ich, tak i dziś dotyka nas podobny problem. Gdyż zbyt banalnie i prozaicznie interpretujemy wydarzenia JEZUSA. Dostrzeżmy to, że tylu ilu jest ludzi , tyle OSOBOWOŚCI JEZUSA  powinno występować… (?!?)

Tak wiec wraz z Piotrem jesteśmy w połowie „drogi naszej wiary”. Należy przebrnąć przez trudności w rozumieniu Krzyża, JEGO cierpienia, a potem Zmartwychwstania, aby w końcu uznać w Jezusie – Boskiego Mesjasza. Zauważmy to, że cierpienie, śmierć, a także Zmartwychwstanie zostaje przez Piotra pominięte jako niezgodne z ludzką logiką i logiką ówczesnych zdarzeń. A Męka JEZUSA trwa po dziś dzień. Nie wystarczy tylko współczuć. Wiara bez Dzieła Męki nie jest wiarą chrześcijańską. Skończmy z pytaniami w stylu :„A dlaczego tak ?” Bo, jak można dyskutować z Bogiem Szalonej Miłości…? Prawdziwa miłość jest NIEPRZEWIDYWALNA. Zdolna jest dać się Ukrzyżować. Bóg Jezus nie mógł więc inaczej zareagować na propozycję Piotra, jakiegoś bezpiecznego separatyzmu..(?!) (dążenie do wygodnego i bezpiecznego oddzielenia się, odizolowania się od ludzi ). Gdyż po to zaistniał na tym świecie, aby  umrzeć  za wszystkich; bez wyjątku. ZA dobrych i złych, by ci ostatni mogli się stać lepszymi. I być może odtąd zacząć chwalić PANA…….  AMEN

 

 

 

 

 

 

 

XXIII nied. zwyk.Rok B – wersja poprawiona

Przecież on chodził. Nie był chromy , a został przyprowadzony. Być może nawet wbrew sobie ?!… Bo taką formę może przebrać odpowiedzialność za siebie członków wspólnoty; Niezależnie od tego jak ją sobie wyobrażamy. Być może twoje przyjście do kościoła, jeśli nie jest wbrew sobie, służy nie tylko tobie (?!) Są tacy, którzy ciągle potrzebują i szukają świadectwa. A np. msze święte w intencji zmarłych, czyli tych  którzy sobie już pomóc nie mogą – są taką zbawczo – wyzwalającą pomocą…Tylko my im pozostaliśmy…. I Boże Miłosierdzie, o które wtedy właśnie się modlimy…I jeszcze może być kwestia owego świadectwa jakie sobie nawzajem ukazujemy…Tak dbamy o dobre „samopoczucie” wspólnoty parafialnej. I być może, nieświadomie siebie umacniamy….

Można też przyjąć postawę diametralnie odmienną i cieszyć się osobistym stanem ogarnięcia przez zasięg Bożego Zbawienia; i innym tylko …współczuć. Bez żadnych działań w celu poprawy ich życiowego położenia. Lecz jak wiemy można również inaczej. Tak się dzieje wówczas jeśli wykonujemy choćby niewielki czyn w kierunku otwarcia się na bliźniego….Czyli wczuwamy się w jego położenie. Kiedy, ty rozpoczniesz długo oczekiwaną rozmowę; kiedy nie będziesz wspominał przeszłości; kiedy nie będziesz mówił o słabościach i  świństwach innych;  kiedy wykonasz delikatny gest służebny…i w ogóle nieplanowany…; kiedy zdobędziesz się na słowo współczucia oraz wypowiedzenia tego że ……”zależy ci na kimś”…(!) I nie musi w tym momencie chodzić tylko o ulżenie jego doli tu na ziemi, ale o coś wykraczającego poza doczesność . Czyn tych, co przywiedli tu chorego zapewnił i jedno, i drugie.

Zastanawia nas, ten iście magiczny gest, zmieszania elementu boskiego z naszą materialnością. To symbol tego jak działa Łaska Boża. To połączenie Bożej iskry i naszej ziemskiej cząstki. Czy pomyśleliśmy o tym, jak dużo Bóg ryzykował decydując się na taki „Mezalians” ? „Zmieszanie boskości z naszą materialnością”. Bo z łaską trzeba współpracować, aby otrzymać to czego pragniemy .Z naszej strony ta „współpraca” to wyraz szacunku i zauważenia tego, jak wielki dar staje się naszym udziałem . Popatrzmy na sakramenty, tu też element ludzki – woda w chrzcie; chleb – w Eucharystii – łącząc się z Boskim działaniem stwarza nam rzeczywistość Boską, transcendentalną – wokół nas; Sprawia objęcie nas Zbawczymi i uzdrawiającymi Bożymi misteriami. Teraz człowiek może wejść w bezpośrednią bliskość i relację z Bogiem Osobowym. Dzięki tej relacji – może dokonać się , zbliżenie a w końcu wejście – w Tajemnicę Wieczności jaka jest naszym pragnieniem i oczekiwaniem. Tak właśnie Bóg postanowił, aby człowieka zbliżyć do Misterium Nieba. Dzieje się to poprzez możliwy, tu na ziemi , stały kontakt z łaską Boga w postaciach sakramentalnych . Czy my to dostrzegamy i otaczamy należnym szacunkiem? Nie zawsze…

Niezasłużone przez nas jest ODKUPENIE dokonane przez Chrystusa na krzyżu. „Bez naszej zgody”. To jest nasza potencjalność czyli możliwość (aby zbawić się ), ale już samo Zbawienie czyli indywidualne i osobiste odkupienie jako skorzystanie z tej potencjalności, to już sprawa naszej współpracy z Łaską. Bóg przeznaczył człowieka do chwały; ze Swojego Postanowienia , ale czy tam wkroczymy – zależy już od każdego z nas indywidualnie. Poprzez Życie sakramentalne (bo Bóg owych sakramentów nie pozostawił na ziemi, ot tak sobie , aby trwały i żyły swoim życiem) , ale zostawił je nam , abyśmy niejako „ocierali się” o rzeczywistość do jakiej dążymy. Niektórzy ludzie lekceważą prawdę sakramentów – a na pewno jej nie doceniają. ..

Za to wręcz szalenie i bezgranicznie wierzymy w Miłosierdzie Boże i Jego chronicznie „nadużywamy”. Bo zauważamy jak „niesprawiedliwa” jest ludzka sprawiedliwość, więc liczymy na Boską jej formę czyli – na Miłosierdzie. A czy wiesz ?…  że to może być grzech przeciwko Duchowi Świętemu to naużywanie , o którym sam Jezus powiedział , że ludziom tylko ten grzech nie będzie darowany…. Pomińmy tu fakt, jakim wielkim  ryzykiem, smutkiem, i niepokojem jest z taką świadomością  umierać…?! Jednak pomyślmy o rozczarowaniu jakie wówczas może nas spotkać . .. To będzie „Wieczne Rozczarowanie” czyli potępienie….I taka może być jedna z wielu cech piekła. Lepiej byś się o niej nie przekonał….amen

XXIII nied. zwyk.Rok B                                                                na 06.09.15

 

Przecież on chodził. Nie był chromy , a został przyprowadzony. Być może nawet wbrew sobie ?!… Bo taką formę przebiera odpowiedzialność za siebie członków wspólnoty niezależnie od tego jak ją sobie wyobrażamy. Być może twoje przyjście do kościoła służy nie tylko tobie (?!) Np. msze święte w intencji zmarłych, czyli tych  którzy sobie już pomóc nie mogą…Tylko my im pozostaliśmy…. i Boże Miłosierdzie, o które wtedy właśnie się modlimy…I jeszcze kwestia świadectwa jakie sobie nawzajem ukazujemy…Tak dbamy o dobre „samopoczucie” wspólnoty parafialnej.A to nie jest bez znaczenia.

Moza też przyjąć postawę diametralnie odmienną i cieszyć się stanem osobistym ogarnięcia przez zasięg Bożego Zbawienia i innym tylko …współczuć. Bez żadnych działań w celu poprawy ich życiowego położenia. Lecz można również inaczej. Tak się dzieje jeśli wykonamy choćby niewielki czyn w kierunku otwarcia się na bliźniego…. Kiedy, ty rozpoczniesz rozmowę; kiedy nie będziesz wspominał przeszłości; kiedy nie będziesz mówił o słabościach i  świństwach innych;  kiedy wykonasz delikatny gest służebny… i w ogóle nieplanowany…kiedy zdobędziesz się na słowo współczucia oraz tego że ……zależy ci na kimś. ..(!) I nie musi w tym momencie chodzić o ulżenie doli tu na ziemi, ale o coś wykraczającego poza doczesność . Czyn tych co przywiedli tu chorego – zapewnił i jedno, i drugie.

Zastanawia nas, ten iście magiczny gest, zmieszania elementu boskiego z naszą materialnością. To symbol tego jak działa Łaska Boża. To połączenie Bożej Iskry i naszej ziemskiej cząstki. Czy pomyśleliśmy, o tym jak dużo Bóg ryzykował, decydując się na taki „Mezalians” ?. Z łaską trzeba współpracować, aby otrzymać to czego pragniemy i być może wyczekujemy. Z naszej strony ta „współpraca” to wyraz szacunku i zauważenia tego, jak wielki dar staje się naszym udziałem . Popatrzmy na sakramenty, tu też element ludzki -woda w chrzcie; chleb – w Eucharystii – łącząc się z Boskim działaniem stwarzają nam rzeczywistość Boską wokół nas; Sprawiają objęcie nas Zbawczymi i uzdrawiającymi Misteriami. Tu i Teraz człowiek może wejść w bezpośrednią bliskość i relację z Bogiem Osobowym. Dzięki tej relacji  dokona się , może dokładniej- może dokonać się , zbliżenie a w końcu wejście  w Tajemnicę Wieczności jaka jest naszym pragnieniem i oczekiwaniem. Tak właśnie Bóg postanowił, aby człowieka zbliżyć do Misterium Nieba poprzez możliwy, tu na ziemi , stały kontakt z Łaską Boga w postaciach sakramentalnych . Czy my to dostrzegamy i otaczamy należnym szacunkiem? Nie zawsze…

Niezasłużone przez nas, jest ODKUPIENIE, dokonane przez Chrystusa na krzyżu. Bez naszej zgody i udziału. To jest nasza Potencjalność czyli Możliwość aby zbawić się , ale już samo Zbawienie czyli indywidualne odkupienie, skorzystanie z tej potencjalności, to sprawa naszej współpracy z Łaską. Bóg przeznaczył człowieka do chwały, ze swojego postanowienia , ale czy tam wkroczymy zależy już od każdego z nas indywidualnie. Poprzez Życie sakramentalne (bo Bóg owych sakramentów nie pozostawił na ziemi, ot tak sobie , aby trwały i żyły swoim życiem) , ale zostawił je nam ; abyśmy „ocierali się” o rzeczywistość do jakiej dążymy; i jakiej pragniemy. Niektórzy ludzie lekceważą prawdę sakramentów – a na pewno jej nie doceniają.

Za to szalenie i bezgranicznie wierzymy w Miłosierdzie Boże i Jego chronicznie „nadużywamy”. Zauważamy jak „niesprawiedliwa” jest ludzka sprawiedliwość, więc liczymy na Boską jej formę czyli – na Miłosierdzie. A czy wiesz ?…  że to może być grzech przeciwko Duchowi Świętemu, o którym sam Jezus powiedział , że ludziom nie będzie darowany…. To nie wszystko, aby żyć sakramentalnie. Ale godnie ,bo z szacunkiem i adoracją. Pomińmy tu fakt, jakim wielkim  ryzykiem, smutkiem i niepokojem jest z taką świadomością  umierać…?!Iż mogła to być profanacja w naszym wykonaniu.  Pomyślmy więc o rozczarowaniu jakie wówczas może nas spotkać . .. To będzie „wieczne rozczarowanie” czyli potępienie….I taka może być jedna z wielu cech piekła. Lepiej byś się o niej nie przekonał….

 

22 niedz.zwyk. Rok B

 

Zewsząd i nawet bez powodu dziś atakują nas i zabijają. Jesteśmy stale poddani inwigilacji, ciągle nas obserwują by nam cokolwiek zarzucić i podchwycić na czymkolwiek. „Bo katolik to.. czy tamto..; robi to… a tamtego nie…” itd. W obecnych czasach nasza postawa musi być wyraźna i nie może być konformistyczna. Nie musimy podobać się światu. Troszczmy się o to by podobać się Bogu. Więc ”Dajemy  zabijać ciało ale ratujmy duszę”; Przed obecnym i przyszłym zatraceniem.

Dzisiejszy zarzut faryzeuszy pod adresem uczniów, którzy nie zachowali rytualnego „obmycia rąk” może nas nie interesować i obchodzić. To były martwe przepisy; czysty rytualizm i obrzędowość. Czysta kazuistyka ( przypadki losowe) czyli roztrząsanie fikcyjnych i nieistotnych spraw, która czyniła z człowieka zautomatyzowanego i beznamiętnego odtwórcę zimnych przepisów.

Może w tym miejscu należałoby wymienić kilka cech faryzeusza ze względów tylko terapeutycznych. Generalnie razi u nich „przerost formy nad treścią”. Akcentowanie spraw drugorzędnych. Nas to śmieszy, a dla nich to była rzecz zasadnicza i decydująca. „Mówią a nie czynią”. Są mistrzami pozorów; lubią się wynosić , lubią tytułomanię, przecedzają komara a połykają wielbłąda . Faryzeusz, to ktoś kto przenosi odpowiedzialność na innych. On lubi być obserwatorem i kibicem; Wypowiada się wyłącznie na tematy innych; nigdy nie mówi o sobie. Nie potrafi „uderzyć się w pierś”. Często mówi „ja taki nie jestem” lub „mnie to nie dotyczy”. Ważniejsza dla nich jest litera prawa niż człowiek. Lecz czy zdajemy sobie sprawę z tego, że  faryzeizm to nie kategoria osób , ale ducha… Jesteś faryzeuszem jeśli chcesz dojść do Boga pomijając człowieka i pozostawiasz go w trudnej jego sytuacji. Mamy przemożną ambicję rządzenia. Sprawa faryzeizmu nie wygląda tak niewinnie kiedy odniesiemy to do siebie… W każdym z nas płynie cząstka ich „faryzejskiej krwi”….Reasumując zauważmy, że granica miedzy dobrem a złem , szlachetnością a nikczemnością, przebiega przez ten mikrokosmos jakim jest serce każdego z nas.

Naród Wybrany poczynił taki błąd , że zdeprecjonował Przykazania a gloryfikował tradycję stworzoną przez ludzi, która służyła pewnej grupie egzystującej w cieniu świątyni jerozolimskiej. Tradycji, która służyła tym ludziom do zinstrumentalizowania całego obszaru religijności wokół Świątyni. Powodując że : „Ten lud czci mnie wargami ale sercem daleko jest ode mnie…” Taki smutny zarzut został  wypowiedziany przez Jezus wobec tych, co uważali się za świętych. Oni to zdeprecjonowali Przykazania na rzecz gloryfikacji spraw drugorzędnych; Obrzędowości i jakiegoś „bezsensownego rytualizmu”. Lecz nie należy tak a^ priori (z góry) potępiać tych rytualnych zabiegów. Świadczyły one o przeżywaniu bliskości Boga; posiłki nabierały świątecznego charakteru; jadło się w obecności Boga a Jemu przez tę „sterylność” oddawało się cześć i szacunek. Jezus nie chce znosić Prawa – a jedynie uwolnić nas od balastu przesadnych przepisów, które mogłyby w nas przykrywać radość i spontaniczność prawdziwej wiary. Uwalnia nas od tej formy religijności jaką jest – jakby religijność „dla rzeczy” czyli nic innego jak – bałwochwalstwo. Zwraca uwagę na bardzo ważną rzecz. Na charakter osobowy zła . To nie rzeczy są nieczyste albo święte – ale ludzie. Zło i dobro  nie istnieją w rzeczach gdzieś poza nami – one są w nas. Nie jest złem zabawa w Wielkim Poście czy odsłonięte kobiece kolana w kościele, ale ludzka chęć sycenia się takim widokiem. „Zło i dobro” są wytworem naszego własnego serca zamieszkałego lub opuszczonego przez Ducha Bożego.

Na szczęście ten typ religijności i pobożności, w której przywiązuje się wagę do zewnętrznej „strony kubka” lecz nie do jego zawartości , mamy już za sobą. Do praktykowania Religii Serca w formie  Miłości do Boga i człowieka zachęca nas Jezus. Zaprasza nas do bycia człowiekiem szlachetnym i uczciwym…..pobożnym wewnętrznie. Nasze przyjście na Eucharystię jest właśnie najlepszym sposobem zbliżania się do Serca Miłosiernego Pana.

Jaka nauka dla nas ? Że gdy coś robimy róbmy to z zaangażowaniem , oddaniem, miłością , miłosierdziem i przebaczeniem bo to mamy wpisane w serca i w treść naszej wiary. Nie ludzie nas z tego będą rozliczać. Róbmy to, czego nas nauczył Jezus Chrystus. Nic ponad to.. . Nich nasza mowa będzie „Tak Tak; Nie Nie” . Wszystko, co jest ponad to, od złego może pochodzić. Zbędna jest wszelka interpretacja; ona prowadzi na manowce. Pamiętajmy przy tym, że świat nie jest wcale taki zły; że zło,  jak i inne ułomności, rodzi się we wnętrzu człowieka, który tu zaprosił złego. On bardzo łatwo i szybko zagości się w takim wnętrzu, ale opornie i z krzykiem oraz wstrętem je opuszcza.

Jedynie autentyczna wiara czyli taka zakorzeniona w Eucharystii, nas interesuje. Bo ona oczyszcza ludzkie serce a nie – rytuały. Jeśli nie ma w tobie Żywego Eucharystycznego Jezusa – to nie pomoże ci dojść do nieba np. nowoczesna elektroniczna lampka roratnia.  Duchowa wartość człowieka nie zależy od zewnętrznych czynników, ale od zakorzenienia w SERCU BOGA czyli w EUCHARYSTII….Amen

 

 

 

 

 

 

XXI niedz. zw. rok B

 

„Trudna jest Twoja mowa” – to reakcja słuchaczy na niemożność zrozumienia słów do nich kierowanych. Tutaj odzywa się mentalność dziecka, które odchodzi i już nie chce się bawić , gdy coś dzieje się  nie po jego myśli. To typowy infantylizm. Mówienie, że czegoś nie ma, bo nie potrafimy sobie czegoś wyjaśnić lub wyobrazić; Takie mówienie nic nie zmienia … a może zmienia … naszą świadomość; W jeszcze bardziej samotną i zdegustowaną .

Zastanawiający jest fakt, iż ta konstatacja padła ze strony samych uczniów. Ale oto, jeszcze dalej posuwa się Pan, mówiąc im, iż to  może być dopiero początek ich „zdziwienia”, gdy będą wtajemniczani głębiej w tajemnice Boskiego Misterium. I my również idąc tym śladem możemy spotkać się  z jeszcze większą bezradnością i bezsilnością pojęcia na sposób ludzki, tego co będzie proponował Jezus. Zaraz więc, po wypowiedzianych wcześniej słowach o Krwi i Ciele Pańskim; O Chlebie Życia,  zjawią się zadziwiające wydarzenia WNIEBOWSTĄPIENIA czy chociażby już zupełnie nieprzeniknione dla ludzkiej świadomości – ZESŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO.

To ono właśnie zapoczątkuje niekończący się okres trwania Boga pośród ludzi ; W JEGO Kościele , na sposób NIEPOJĘTY i NIEWYTŁUMACZALNY. Niewytłumaczalny –  naszym językiem i naszym racjonalnym umysłem  ?! Dla którego niejednokrotnie sprawy wiary stają się „murem nie do przebicia”. Nie sądzę też, aby zrozumieli jak im powiedział że … „Duch daje życie , ciało na nic się nie przyda…”

A czy my, to rozumiemy ? Czy potrafimy tę prawdę przełożyć i zastosować praktycznie w swoim życiu ? Czy potrafisz żyć wiedząc że „Ciało na nic się nie przyda…” Lecz my dalej żyjemy według ciała . A mamy przewagę na nimi bo my już wiemy wszystko… o życiu, o śmierci, o miłości, o zmartwychwstaniu, o potępieniu… Znamy także cel zaistnienia Boga Jezusa na ziemi. Oni chyba, z tego sprawy sobie  jeszcze nie zdawali. Lecz mimo, iż nasza świadomość eschatologiczna jest większa ( świadomość tego co ma się stać w przyszłości)  – mimo iż ona jest duża, nie do wszystkich ona przemawia. Oni żyją na poziomie ludzi „sprzed Objawienia”. Na poziomie tylko sensytywnym ( czyli żyjący na płaszczyźnie tego, co zdolni są odebrać zmysłami: dotykiem , słuchem , wzrokiem…) Niektórzy żyją tylko dniem dzisiejszym i tym co on przynosi. Wystarcza nam bardzo krótki „termin ważności”.

To być może wywołało słowa Jezusa : ”Lecz pośród was są tacy, co nie wierzą …” „Pośród” tych, co są blisko Jezusa czyli „jakoś wierzących” . Albo wydaje im się że są blisko, a są właściwie oddaleni bardziej niż ci „spoza”. Sprawa więc tego, kto jest wewnątrz Kościoła a kto na zewnątrz – jest kwestią raczej subiektywną  czyli zależną od punktu widzenia każdej osoby. My natomiast wiemy,  że Prawda jest OBIEKTYWNA…A Prawdą jest Jezus i to co ON nam objawił… Nie można już  teraz pomylić się …

Jezus pyta dalej: „Czyż i wy chcecie odejść?”. Ten brak zdolności zrozumienia, i dziś  jest często powodem odejścia od Jezusa , od Kościoła…Skoro już wtedy odchodzili od Jezusa, to będą odchodzić dziś od Kościoła. Tak do tamtych, jak i do ciebie skieruje słowa : „Czy i wy chcecie odejść ..?” Bo mowa Jezusa jest niełatwa i może zbyt wymagająca dla niektórych … ale my świadomi jesteśmy tego, iż wiara zakłada niezrozumienie; Zakłada misterium czyli tajemniczość, czasami nieprzeniknioną – więc ZOSTAJEMY…i trwamy. Nasza abnegacja i inercja, niczego nie zmieni tu , na tym świecie; Oprócz naszych losów na tamtym….

„Trudna jest TWOJA mowa..” – Być może ?…. ale Panie do kogóż pójdziemy. „TY masz słowa życia wiecznego…” i wiemy że Ty nas nie oszukasz….Dowodem namacalnym tego jest TWOJE życie. Wierzymy, „ że TY jesteś ŚWIĘTYM BOGA…”.    AMEN

20 Niedz. zw. Rok B                                   16.08.15

 

Po raz kolejny, słyszymy w tą niedzielę słowa Jezusa o Chlebie Żywym. O Chlebie, którym jest ON SAM ; i który został i ciągle zostaje, nam ofiarowany na ołtarzach naszych kościołów. Nie pozostaje już nic innego, jak przyjąć te słowa do serca ; a potem wprowadzić je w życie – a może lepiej – w czyn. Być dobrym jak chleb, dla innych. W nasze działanie i zachowanie oraz praktyczne dzieła dnia codziennego .Nie pozostaje nic innego jak dosłownie je zrozumieć i dokładnie wyzbywając się wszelkich podejrzeń i insynuacji o „niekonkretność” wypowiedzianych słów; i nie odwoływać się i ufać jedynie naszej wyobraźni.  Należy pozbyć się chorobliwej chęci sprowadzenia wszystkiego do zdolności naszej percepcji – Czyli : „jak czegoś nie rozumiem albo wymyka się to, spod ram mojego intelektu, to tego nie ma !”.To jedno z tych wydarzeń jakie „filozofom się nie śniło”… A jednak ….

Należy zacząć „pochłaniać” – nawet z  pewną dozą zachłanności („Panie dawaj nam tego Chleba”)…ten Chleb, jako pokarm na drogę w kierunku Życie Wiecznego. Bo, kto GO spożywa, ten ma życie wieczne…. Inni, mogą zapomnieć, o zasługach u Boga , i o ich słowach o wierze….o miłości… o oddaniu …itp. sloganach. Czyli my możemy mieć , mamy pewność, na podstawie słów Jezusa, że przedłużamy swoje obecne, to mizerne trwanie; w permanentną czyli stałą bo niekończącą się obecność przy Stwórcy wszelkiego bytu; w niedostępnych dla nas, dzisiaj, przestrzeniach niebieskiej szczęśliwości współistnienia z Panem Życia i Śmierci.

Została dziś przywołana najskrytsza i niezgłębiona tajemnica Boga. Współistnienie Ojca i Syna. Jak Chrystus żyje przez OJCA , tak ten kto uwierzy Jezusowi będzie żył wiecznie …! Dla NIEGO i przez NIEGO. Chyba nie potrafimy uwierzyć we własne szczęście…. Ono zbyt przerasta naszą wyobraźnię. Jest to najbardziej surowy i bezpośredni wykład dla ludzi „twardego serca”. Zaproszenie Jezusa jest tak oczywiste, że odrzucenie jego świadczy o złej woli adresata; lub też o zupełnym jej braku. Już nie możemy, a może … nie powinniśmy mówić, że czegoś nie rozumiemy. Jezus nie mówi tu o jakimś wyobrażeniu Chleba Wiecznego; nie mówi też o żadnym symbolu…!! Tylko: JA JESTEM CHLEBEM ŻYWYM.  KTO WE MNIE WIERZY MA ŻYCIE WIECZNE. ..Mowa jest WPROST bez żadnej „poezji” oraz „upiększeń i ściemnień.

Niektórzy więc mogą tylko ewentualnie …. udawać. Nawet do końca swego życia…Dlatego też,  wątpię , aby Jezus w swoim otoczeniu na Uczcie Niebieskiej chciał mieć takich „aktorów życiowych”. Takie towarzystwo już raz miał na Ostatniej Wieczerzy ; „Najemnik” grał rolę „Ucznia”. I czym to się skończyło !? Wiemy dokładnie ….

„Jam jest Chleb który z nieba zstąpił”

 

Jednak my również, tak jak oni – JEMU współcześni, tej mowy DO KOŃCA nie rozumiemy.  Nie po raz pierwszy Boże misterium nas przerasta i wtedy potrafimy tylko powiedzieć: „To niemożliwe” lub „to nieprawdopodobne”. Z jednej strony nie pojmujemy, co to oznacza że Jezus-Bóg, który nam się ukazał jako Człowiek, stał się jednocześnie dla nas Chlebem na życie wieczne ; A z drugiej strony nie uświadamiamy sobie, jakiego rodzaju głód ten CHLEB  zaspokaja? Nie rozumiem roli Chleba Eucharystycznego, ale wiemy za to, co zaspokaja nasze pragnienia, materialne zachcianki oraz nasze upodobania (z tym nie mamy problemu bo wszyscy umieją mówić o swoich prawach ale już o obowiązkach – raczej nie!)

Nie znamy więc potrzeb strony duchowej naszej osobowości, więc nie przywiązujemy do niej uwagi, i nie widzimy jaka jest w tym momencie rola „Chleba duchowego” czyli Eucharystii . Nie dbamy o naszą sferę duchową. Nie widzimy takiej potrzeby, do czasu duchowego załamania lub psychicznych rozterek. Odnoszę wrażenie, że jest tak, jakby ON mówił do ludzi owładniętych innymi troskami oraz problemami i dążącymi do jakiś względnych  zasad i wartości, których jedyną wartością jest – właśnie – ich „bezzasadność” i „bezwartościowość”. Jakby mówił do ludzi, nie wyrosłych na gruncie prawa Bożego funkcjonującego od XX wieków, nie na gruncie 10-ciu Przykazań i Ewangelii, ale do istot tylko cielesnych owładniętych chęcią „mieć” i „posiadać”. Bo w dzisiejszym świecie nie ma już, oprócz zawartych w Ewangelii, zasad fundamentalnych na których można budować jak na skale, dom ziemskiego przetrwania; stabilny i bezpieczny. Ewentualnie – mówi się o regułach i „jakichś procedurach” rządzących światem. Bo gdy ktoś zaczyna mówić o zasadach, to musi odnieść się do Ewangelii, więc spotyka się z  jakąś formą prób uciszeń i z uśmieszkami, a nawet z cynicznym odbiorem; Mowa o sprawach ducha człowieka, wielu się nie podoba, a zwłaszcza tym funkcjonującym na płaszczyźnie komercji :”musisz to kupić” lub „musisz to mieć”. Nie podoba się tym, co sprowadzają człowieka do wymiaru konsumenta czyli przynoszącego im zyski i kokosy…

Mowa chrześcijańska o Chlebie Żywym natrafia na mur obojętności a często negacji z powodu języka będącego dla tych „ze świata” w ogóle niezrozumiałym. Jest to mowa   WIARY ŚWIĘTEJ.  Bo gdy jesteś „z ziemi” mówisz językiem ziemskim a gdy jesteś nie z „tego świta” mówisz językiem dla tych pierwszych niezrozumiałym.

Dlaczego to my? mamy na siłę, ten język upraszczać analogiami i porównaniami, banalizować, sprowadzać do pułapu zrozumiałego dla tych, co sprawy WIARY mają za nic. Mówimy językiem jakby z wyższego stopnia. I niech tak pozostanie a oni niech sobie  trwają w swojej niewiedzy i beznadziei. Dla nas, tam gdzie kończą się władze rozumowe, wkracza wiara.

Dlaczego to my mamy się wysilać i o sprawach ducha mówić „językiem ciała”. Skoro się nie da. Jak chcą,  niech ONI starają się zrozumieć nasz język. A to już dla tych „ze  świata” jest często za trudne, bo nie mają narzędzia, które nazywa się WIARA. Słowa o chlebie są dla chrześcijan perełką i zawarte są w świętej księdze Biblii; to są nasze perły niosącą otuchę i  nadzieję A Chrystus nas przestrzegał „Nie rzucajcie pereł między świnie..”! Gdy nam zbezczeszczą czy sprofanują Biblię, nie pozostanie nam już nic. Nie uczy się małpę sięgać nieba na skomputeryzowanym myśliwcu F16. A  w porównaniu z Biblią, to tylko i tak, kilka ton żelastwa. Więc to oni mają problem, a nie my! Pamiętajmy,  że Jezus powiedział o nas : „oni nie są ze świata” czyli będą żyć w sferze innych wartości i innego języka. Stąd pojawiają się trudności bycia zrozumiałym.

Dlatego  już na początku rodzącego się chrześcijaństwa Św. Paweł mówił : ”Teraz poznajemy jakby w  zwierciadle, po części, potem poznamy twarzą w twarz”  zaznaczając, świadomość rodzących się werbalnych trudności jakie staną przed chrześcijanami. Dopiero po tamtej stronie w pełni zrozumiemy i docenimy to, czym jest Chleb który z nieba zstąpił. Oby dla nikogo z nas wówczas nie było za późno.

”JAM jest chleb który z nieba zstąpił” – kto ma uszy niech słucha; kto ma rozum niech  stara się pojąć; a kto ma wiarę – niech się cieszy i Bogu dziękuje. Amen

 

 

19 nied. zwykła Rok B                        J 6,41-51

 

Pożywienie na Życie Wieczne

 

Jedna, z paru rzeczywistości jest pewna, że Słowo Życia nie zabrzmi po raz drugi w betlejemskiej szopie, wpośród ciszy zaskoczonego i niedowierzającego świata. Tak jak dziś niedowierzającego, kiedy mówi im i nam, o Prawdziwym Chlebie. Tylko raz przyszło na  świat, aby stać się Ciałem a potem Chlebem dla nas wydawanym, i który jest dalej nam oferowany na stole naszej mizernej  codzienności oraz na stole Uczty czyli Eucharystii,  W Nim to – jest Bóg, a w Bogu Życie. Nasze życie.

Lecz my ciągle niedowierzamy bo przecież znamy JEGO pochodzenie. Znamy o tyle, o ile nam się objawił, byśmy nie mówili, że jest Kimś „z zaświatów” albo „zza siedmiu gór i siedmiu rzek”. Całe swoje ziemskie życie „Udowadniał” nam iż ON , który ten świat stworzył, przychodzi „do swoich ale swoi GO nie przyjęli…”. I dalej nie przyjmują…

Dziś mówimy, iż jest nam zbyt podobny by nas pouczać; a może – co najwyżej nas żywić. Tak jak wtedy na pustyni. Gdy nam „służy” to wtedy jest naszym przyjacielem, ale kiedy czegoś wymaga, to wtedy mówimy „za daleko się posuwa”, jest Uzurpatorem a… przecież jest Gościem w tym naszym świecie..?!

„Ja Jestem Chlebem Życia” to prawda dla świata i drogowskaz dla twojego życia. Ciesz się urokami życia, korzystaj z jego dobrodziejstw, ale przy tym szanuj człowieka i nie krzywdź go. Jeśli nie potrafisz go kochać to, przynajmniej traktuj go tak, jak chcesz by ciebie traktowano. Nie staraj się zrozumieć Prawdy Chleba Życia Wiecznego i nie rozkładaj tej Prawdy na czynniki pierwsze  bo się pogubisz – ale dalej staraj się o wiarę, o ponadzmysłową łaskę  przyswojenia sobie tego Boskiego Planu. To nie bierze się z gestu pstryknięcia palcami. Pamiętaj wiec przy tym, iż  tą wiarę buduje się długo i mozolnie; podczas modlitwy, na Gorzkich Żalach, na Drodze Krzyżowej, w czasie praktyki Rorat, na procesjach Eucharystycznych ;

To nie są sprawy bez znaczenia i dla „małych dzieci”. To nie folklor dla znużonych życiem, ale mądra pozbawiona rzeczy zbytecznych zaśmiecających naszą świadomość, to bezbłędna -celebracja daru Bożego jakim jest twoje życie.

Bo można wybrać sobie również – delektowanie się  telenowelami i temu podobnymi „bajkami dla dorosłych” o nudnym i głupkowatym znaczeniu oraz brakiem zupełnym jakiegokolwiek przesłania. Czego one mogą cię nauczyć ?!…. Nawet dzieci nie chcą na to patrzeć…A tak wielu dorosłych dobrze się przy tym bawi ?!…. Można w ten sposób przepędzić życie, które szybko przemija. Możesz bo jesteś wolnym człowiekiem. Można też nawet spróbować zagłuszyć – starość. Właśnie , kiedy się „spędza czas ”; czyli spycha w niebyt to wtedy szybko on ucieka.

Lecz my tu obecni  mamy czas i ochotę uczestniczyć (a nie spędzić czas) na  Uczcie Trójcy Świętej, która nam ofiaruje Chleb Życia Wiecznego. Chcemy uczestniczyć czyli uważnie słuchać Słowa Bożego, słów wypowiadanych przez kapłana, dynamicznie odpowiadać na wezwania mszalne i takoż śpiewać Bogu Najwyższemu. „My chcemy Boga…” Gdyż bez Boga staje się człowiek „tułaczem” w przestrzeni świata. Jesteśmy zagubionymi we wszechświecie i w życiu istotami. Taki „bezbożnik” błąka się po świecie nie znając swego początku i panicznie obawiając się swego końca. „Codziennie umieram…”.  Każdym uderzeniem serca oddalam się od życia , a zbliżam się ku śmierci; pisze poeta.

A jeśli podejrzewasz, że Bóg cię „nabiera”…!? to się nawet nic nie martw . Nie będziesz miał kiedy tego żałować …!?

18 niedz. zwyk. Rok B                        J 6,24-35

 

„Jezus jest Prawdziwym Chlebem….”

Wielki filozof starożytności, Tertulian, napisał kiedyś taką myśl : „Solutio omnium problematum Chrystus…” . – Rozwiązaniem wszystkich problemów jest Chrystus. Bo gdybyśmy prawdziwie dbali o stan naszej duszy i myśleli o problemach naszej duchowości, przyjęlibyśmy z wiarą ten Chleb, który do nas z nieba zstąpił, aby nas żywił, uspokajał i podtrzymywał nasze życie duchowe. ON zaspokaja każdy głód.

Mało tego że „Zstąpił” – to jeszcze nam się ofiaruje mówiąc – „Bierzcie i jedzcie..” Jezus często mówił do ludzi w potrzebie duchowej: „Jeśli chcesz…”. My jednak nie chcemy i mamy swoje sposoby radzenia sobie z naszymi niedostatkami. Mamy stan świata obecnego jaki mamy….. Gdy nasze wybory zawodzą, wówczas przychodzimy do Jezusa prosząc :”Panie ratuj..” a gdy nie ma natychmiastowej reakcji Boga , wtedy odchodzimy zniechęceni i może nawet mówimy jak żydzi : „Uczyń jakiś cud (a najlepiej ten mi potrzebny!),  abyśmy Tobie uwierzyli…”.

Gdybyśmy Bogu zaufali to wiedzielibyśmy, że są takie wartości i takie dobra, które nawet przez śmierć nie utracimy. Lecz nasza obecność na JEGO Uczcie świadczy o tym, iż zdajemy sobie doskonale z tego sprawę. Słuchamy więc GO; przyjmujemy chleb jaki nam oferuje i ofiaruje; W przyszłość patrzymy odważnie i spokojnie. Mądrość to uczenie się z błędów innych – bez potrzeby powtarzania ich….!

Nie możemy powtarzać błędu ludzi Starego Testamentu i szukać GO tam, gdzie GO nie ma ;w przyziemnych, materialnych kwestiach i sprawkach tego świata. Zapytajmy się siebie: W jakim celu GO szukamy ? Czego od NIEGO oczekujemy ? Gdyż możemy pomylić się, co do „brzegu” na którym GO można spotkać, i co do rodzaju „pokarmu” jaki nam zaoferuje.  Nie ma GO na „brzegu” ziemskich rzeczywistości. Jest natomiast na innym „brzegu”. To brzeg duchowych pokarmów. To nie tyko myślenie, co jeść; gdzie pojechać na wakacje; jak zainwestować nieomylnie swoje pieniądze… Ale jest jeszcze inny świat; inne życie. Jest inny głód. Inny niepokój. Jak godnie żyć, by godnym „być” uczestnictwa w królestwie Boga ; a nie tylko ograniczać się do „tu i teraz” i  dużo posiadać…Nic z tego tam nie zabierzesz….

Czy potrafimy przejść z jednego brzegu na drugi ? Czy potrafimy wyrwać się z okowów wszechobecnego materializmu? Czy potrafimy wyzwolić się z materialnego czucia , myślenia, postrzegania ? Czy potrafimy zauważyć i docenić duchowe potrzeby oraz niedostatki naszego wnętrza? Czy tylko zdolni jesteśmy stwierdzić  „stan definitywny, duchowego wypalenia i pustki?”. Tak jak odczuwają to ci, co latami zaniedbywali sakramenty święte (z pokutą na czele..?). I wtedy pytanie :”Jak mam odzyskać spokój, ład i harmonię w swoim życiu ? „Sam nie mogą pojąć, co się z mną dzieje…” . Nie ma spokoju; nie ma radości; nie ma nadziei. Nie ma sensu w każdym  zakresie mojego życia…

Nie zapominajmy iż bardzo często problemy życia doczesnego , materialnego zaczynają się od perturbacji duchowych…nie chcemy bądź nie potrafimy temu przeciwdziałać. Praca duchowa wcale nie jest  łatwiejsza od tej fizycznej…Tu nic  nie kupisz; ani nie załatwisz „po kryjomu”; Przed Bogiem nie powiedzie się twoja „księgowość kreatywna twej duszy”. Nie wchodź w stan ducha z materialnymi instrumentami oraz chlebem powszednim. Nie osiągniesz szczęścia jeśli w duszy będziesz miał bałagan czy nienasycenie….Tam pojawia się nienasycenie Bogiem, gdzie ma miejsce przesycenie tym, co oferuje nam świat. Z całym bogactwem blichtru i tandety „o krótkim terminie ważności”.

Zrozum, że porządki w swoim życiu należy zaczynać od poukładania swojego wnętrza , gdzie bardzo często Bóg jest już niewidoczny, w bałaganie spraw mało ważnych naszego życia i  naszych zmagań. Nic z tego, co tu osiągniesz, nie przyda się TAM oprócz  MIŁOŚCI.

A czy w ogóle masz o Niej pojęcie…? Czy ci się tylko wydaje ..?  Lecz uważaj ! bo wiedzieć, a czynić – to co są dwie kwestie; To mogą być dwa „bieguny”. …A Ty musisz być na wskroś  „równikowy”….

17 niedz. Zwykła Rok B    J 6,1-15

„Każcie ludziom usiąść…”

Niestety skojarzenia z hasłem :współczesna cywilizacja” nie są najlepsze. Bo jeśli pomyślę, że w arsenałach świata zgromadzonych jest kilkanaście bomb atomowych, to daje mi niemal pewność , że i ja znajduję się w polu rażenia co najmniej jednej z nich , I ta pewność nie pozwala mi spać spokojnie. A eksperci mówią mi, że do przeżycia potrzebuję ileś tam kalorii. Mam też świadomość, że na świecie każdego roku umiera z głodu parę milionów  ludzi. Nasza cywilizacja nie jest w stanie zapewnić ludziom dwa tysiące kalorii, ale zapewniła naszej populacji tyle bomb atomowych.` Dopiero gdy pochwalimy się, że każdemu zagwarantowaliśmy kawałek chleba dziennie, będziemy cywilizacją; inaczej jest to wielka mistyfikacja, obłuda i hipokryzja. Gdy do tego dodamy inne „dobrodziejstwa” jak eutanazja, eugenika, aborcja, krematoria obozów koncentracyjnych  to zauważamy, iż jesteśmy raczej  zatomizowanym gromadą cyników oraz egoistów. Jesteśmy oddaleni „lata świetlne” od Ewangelii.

A w całej Ewangelii, aż pachnie chlebem. Jak nie materialnym to „duchowym”  jaki został nam ofiarowany przez Boga, jakiego wyznajemy i staramy się kochać. W kazaniu na Górze Jezus powie : ”Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie , o to co macie jeść  pić…” Mówiąc to niemalże równocześnie karmi chlebem zgłodniałe tłumy; ilustrując przez to naszą rzeczywistość , w której przeplatają się bogactwo (chleb) i ubóstwo (głód). A nawet potem  wyrzuci nam, także naszą zbytnią interesowność – pytając :”…dlaczego mnie szukaliście? Czyżby dlatego, żeście jedli chleb do sytości na pustyni…?” Tym sposobem pyta się ciebie bracie  siostro : „Po co szukasz Pana…?” W jakim celu chcesz się z nim zaznajomić?” Czy dlatego, że ci błogosławi kiedy tego oczekujesz ? Że wysłuchuje twoich natarczywych próśb ? Czy dlatego, że jest Bogiem Nieomylnym i Niedostępnym czyli Transcendentnym. Pasterzem Dobrym? Czy dlatego, że jest Bogiem przebywający w niedostępnych  niebiosach czy także wtedy gdy jest umęczonym, oplutym, poniżonym  i wyszydzonym Człowiekiem-Skazańcem ? Jest Obrazem swojego ludu…Czy też dlatego, że mimo wszystko jest Królem, tych współcześnie zabijanych, poniżanych  i bezkarnie prześladowanych …?

Dzisiejsze cudowne nakarmienie tłumów winno skłonić nas do refleksji nad nieskończoną miłością Boga do człowieka; nad JEGO pieczołowitością w postrzeganiu naszych ludzkich bolączek – a nie zastanawianiem się nad tym, jakich to mocy cudownych, magicznych czy nadprzyrodzonych musiał użyć. Zreflektujmy się nad determinacją i spokojem jednocześnie, tłumów jakie przyszły GO słuchać, tam na bezkresną pustynię. Ich „bolączka” głodowa musiała być dużym problemem skoro wywołała cudowną Boską interwencję w tych skrajnych warunkach.

Nie bez znaczenia jest też dialog jaki odbywa się z szatanem. „Nie samym chlebem żyje człowiek…” to słowa skierowane do szatana – ale również dla nas dziś są pełne dogłębnego znaczenia, a nawet „prowokacji” ze strony Pana. Powinny budzić refleksję, ale dla wielu są tylko jednym ze zdań w całej przebogatej Ewangelii. Są te słowa odpowiedzią na szatańską propozycję cudu alchemicznego na wzór „kamienia filozoficznego”. To my również zdolni jesteśmy tego dokonywać, kiedy swoją pracą i ekstremalnym wysiłkiem przemieniamy w dobro – zła; coś „niemożliwego” w realne i radosne doświadczenie. Jezus więc zamiast alchemicznego cudu proponuje – Cud Swojej Łaski. Jezus nie przyszedł po to, aby zaspakajać pragnienie ziemskiego chleba , ale inny rodzaj głodu deprymującego człowieka. A cud dzisiejszy staje się okazją i pretekstem do odkrycia i ukazania innych potencjałów ludzkiego ducha. Ducha człowieka wiary. JEGO wyzwolenie, nie ma człowieka uwolnić od trudu pracy i mozolnego wysiłku, ale jest „znakiem fabrycznym” JEGO CHLEBA, który w tym momencie kryje pod sobą ….. prymat  JEGO SŁOWA , ogłoszony nad tą materialnością, nad chlebem zniszczalnym `

Ukazana dziś została symbioza i paralelność dwóch „światów” materialnego (ryby u chłopca) oraz duchowego czyli Łaski Pana. Pozwoliła ona wyjść z zakłopotania uczniom, którzy o swoich, w tym momencie jakże niewystarczających, możliwościach zapomnieli. Dzieje się tak analogicznie, i u nas, jeśli alienujemy się  (odłączamy ) z kręgu Bożej obecności i JEGO Laski. Ilekroć myślimy, że sobie sami poradzimy. A jak się Boga „eliminuje”  ze świata i życia społecznego – widać to dziś nad wyraz doskonale ( ale….„skoro Boga nie ma, to po co te działania sekularyzacyjne (wykluczanie Boga) ..?!?” Walczymy z KIMŚ KOGO nie ma ?! To jakiś bezsens !) Liczymy na własne siły. A gdy się to nie udaje , wtedy zaczynamy się modlić a właściwie prosić Pana – nawet o Jego cud.

TO jest nieładne instrumentalizowanie Boga , którego efektów nie trudno się domyślić.

 

 

16 niedz. zwykla Rok  B     Mk 6,30

 

 

Propozycja doświadczenia „pustyni” jest wciąż aktualna i nie dotyczy, li tylko, misjonarzy. Ponieważ jest czymś czego nam brakuje chronicznie. Współczesny człowiek  bardzo jej potrzebuje, gdyż nie ma czasu na zatrzymanie się; Nie ma okazji do przemyślenia; na oderwanie się od siatki powiązań i uzależnień jakie go oplotły w życiu codziennym; nie ma miejsca na rozwagę i uwagę. Zawsze i  w każdej chwili mamy coś do załatwienia, i coś co nie cierpi zwłoki. Ten brak permanentny czasu, nas kompromituje, bo świadczy o złej jego organizacji w naszym życiu;  o naszym życiowym „niepoukładaniu”; gdyż zawsze mamy coś na nasze usprawiedliwienie. Mamy tak liczne „zobowiązania”. I zawsze „sprawy najwyższej wagi”. Tak jakby one stanowiły o naszym „być” albo „nie być” we współczesności naszego trwania.

A i tak obraz naszej rzeczywistości jawi się jako karykatura naszych starań , poświęceń i scedowań „czegoś” (czyli przeniesienie i pozbycie się na rzecz innych zazwyczaj obowiązków..! ); Odnosimy mizerne efekty i niewspółmierne efekty do naszych nakładów oraz środków jakie tracimy „drepcząc w  miejscu. Pełno jest w naszym życiu tanich kompromisów, które sobie zawsze i szybko usprawiedliwiamy. Panuje wszem obecny konformizm. Upodabniamy się do innych, aby się nie wysilać i nie narażać na niepotrzebną i bolesną dla nas krytykę.

„Pustynia” duchowa i mentalna jest potrzebna po to, aby zebrać i uporządkować doświadczenia swoje, i nie tylko , a może przede wszystkim tych, które wynikają z kontaktów interpersonalnych czyli międzyludzkich gdzie rzecz idzie o sprawy Bożej obecności w naszym  świecie o miejsce chrześcijaństwa, ale i o ludzkie przeznaczenie. Bóg „przemawia” przez ciszę i w ciszy. „Im więcej słów , tym mniej Boga”…Niejednokrotnie zachowujemy się tak jakbyśmy chcieli Boga „zagłuszyć” i tym wrzaskiem odwrócić uwagę od naszych podłości, zdrad i życiowych fałszerstw.

A gdzieniegdzie zaangażowanie w swoją  życiową misję, może być tak wielkie, że graniczy z fanatyzmem a może bardziej odpowiednio … graniczy z heroiczną ortodoksją. Czytamy w Ewangelii :”Tak wielu przychodziło i odchodziło , że  nawet na posiłek nie mieli czasu…” bo to może być autentyczny fanatyzm albo … udawanie. To także, dobrze nam wychodzi jeśli idzie np. o sprawy wiary czy przekonań…Jakże często posuwamy się do bezpiecznego kamuflażu, który często okazuje się jest zwykłym… kłamstwem. Poczynając od zachowań znanych polityków a kończąc na „szarym” obywatelu.

„Świat” może nam przeszkadzać i zakłócać ciszę „pustyni” a przynajmniej utrudniać nam, syntetyzację czyli pozbieranie, doświadczeń. Cisza „pustyni” czyli wyłączenie się choćby chwilę z rytmu życia i spraw, może być odczytywane jako „dziwactwo” i zachowanie spektakularne – lecz jest wyzwalające i wyzywające , a ta cisza …. jest niebezpiecznie refleksyjna ?!! Człowiek po przeżyciu doświadczenia „pustyni” często nie jest mile widziany bo swoimi refleksjami prowokuje , a przynajmniej wzywa do zastanowienia i może o nas za dużo się „dowiedzieć się” i w ten sposób przeszkodzić nam w „naszej zabawie” w życie, w moralność, w osiąganie prawdy, stając się przez to „typem podejrzanym”. Wtedy mówimy : „pustynia mu zaszkodziła…”. A może przeszkadza nam jego doświadczenie Boga, przeżycie Bożej Obecności, która nikogo nie pozostawia takim samym jest bardzo spektakularna.

 

Jakby nie patrzeć ludzie są spragnieni Słowa. W swoi   życiowym indyferentyźmie (pomieszaniu) są zagubieni i lękliwi…. „…byli jak owce pozbawione pasterza..” „Pustynia” to czas przemyślenia metod . Najpierw należy określić metodę działania oraz życia, a potem nauczać. W sprawie Królestwa Bożego nie ma miejsca na improwizację. Można popełnić za dużo błędów. Nieodwracalnych….Bo Ewangelia ma być tak przedstawiana, aby nie przerażała lecz może ….przerastać. ONA nakreśla cele dla człowieka, aby się nie zagubił w mało mobilizującej „prozie życia”, bo inaczej myśli tylko o przetrwaniu. By tylko „zapełnić brzuch”. Nic mu więcej nie potrzeba. I Takim człowiekiem łatwo się steruje i łatwo można go „wyćwiczyć”. Dlatego jest mile widziany. Przez „wykorzystywaczy”.

Na koniec…”I opowiedzieli MU wszystko..” czyli to, że rządzący kradną, korumpują ; miast gromadzić rozpraszają i dzielą ; okazują swoją władzę … i na każdym kroku dają ją odczuć. Panoszą się otaczając blichtrem i bezwartościową tandetą. A „owce” są zagubione i pozbawione „pasterza”. Ministrowie załatwiają swe polityczne czy partyjne i partykularne interesy.. Nie interesują się potrzebami swoich owiec. Tak po prawdzie nikt dzisiaj nie interesuje się „owieczkami” bo dominującą rolę odgrywa pieniądz i interesy.

15 niedz. Zwykła rok B                       Mt 6, 7-13                              11.07.15

 

Dzisiejsza Ewangelia jest „niebezpieczna” dla tych, którzy lekceważą Słowo Boże wówczas  kiedy jest im wieszczone. „Strzepnięcie pyłu z nóg” oznacza : „nie warto było się trudzić …” I nasuwa się tu jeszcze jedno skojarzenie ze słowami samego Jezusa, który powiedział : „Nie rzucajcie pereł miedzy świnie …!?” Tak dokładnie powiedział. To znaczy nie obwieszczajcie Dobrej Nowiny tym,  którzy Jej nie doceniają albo lekceważą. Którzy nie rozumieją jaki Skarb zostaje im ofiarowany. A o źródle pochodzenia tego Daru – zdają sobie doskonale sprawę.

A to pierwotne ogołocenie misjonarzy czyli brak wszelkich obciążeń i uzależnień ma pracować na korzyść Przekazu jaki odtąd staje się ich cechą charakterystyczną. Chodzi o to aby głosiciel był wyrazisty przez to, CO głosi, a nie przez to kim jest.  Głoszona Dobra Nowina winna być pozbawiona wszelkich zanieczyszczeń światowych. I takim musi być Boży wysłannik – niczym nie rozproszony ani z nikim nie powiązany. A wielkość Orędzia jakie z nim idzie, nie może współistnieć z naszymi małymi sprawkami i „interesami nie cierpiącymi zwłoki”. ”Rozdwojone serce” może kogoś krzywdzić. Nie można kochać jednakowo dwóch osób. W prawdziwej miłości funkcjonuje coś takiego jak – „wyłączność”.

I tu dochodzimy do cech misjonarza…..To ktoś, kto  musi bezbłędnie odczytywać otaczające go okoliczności i wydarzenia. A zwłaszcza zagrożenia jakie niosą dla człowieka i samego Orędzia. By on nie został zniszczony a Orędzie  skalane. Widzi sens historyczny swego powołania, iż w konkretnym miejscu i czasie ma kontynuować Misję Słowa żywego już od 21 wieków. Umie odczytywać wydarzenia Boże w codziennych wydarzeniach i swoją niewielką rolę jako narzędzia. Widzi swoją  nieporadność w „ulepszaniu” czegokolwiek z tego, co głosi „Bo słowo Boże jest żywe i skuteczne;  zdolne jest przemieniać myśl i serce człowieka….”. Określamy to jako wierność Ortodoksji.

Jest człowiekiem wolnym i nie ulegającym oportunizmowi. Nie ucieka się do dyplomatycznych wybiegów oraz łagodności. Jest prostolinijny. Jest „faktografem” a nie „poetą”. Nie ograniczony żadnymi interesami, które  mogą mu nie pozwolić „krzyczeć” kiedy trzeba zabrać głos, bo zawsze mu „ktoś coś w usta włoży”. ”Coś” do natychmiastowego „przegryzienia”, aby tylko odwrócić uwagę Głosiciela od istoty Orędzia, które z nim idzie. Może być przez to uważany za buntownika, ale on  jest wolny. Jego „nieposłuszeństwo wobec świata” jest motywowane posłuszeństwem wobec własnego „sumienia Misjonarza”.

Oprócz ubóstwa w sensie ścisłym jest jeszcze innego rodzaju. Ma być przygotowany na to, iż nie będzie oglądał rezultatów swej pracy. Ma przechodzić z „miejsca na miejsce”; nie oglądać się wstecz . Nie zatrzymywać się na zbędne dyskusje, bądź pozyskiwanie tych , co nie rokują  nadziei. On sam, ma nie czekać na uspakajający i satysfakcjonujący sukces. Bez demagogii i uporczywego nalegania. Dlatego nie oczekujmy od kapłana, że będzie nas na siłę ściągał do Królestwa Bożego; ”Ma inne owce które poginęły z domu Izraela..” Ani nie miejmy mu za złe, gdy nie widząc nadziei dobrych skutków swojej działalności – strząśnie pył z nóg swoich na znak dla nas i – odejdzie….Nie miejmy mu też za złe, jeśli tym swoim odejściem ogłosi nas za pogan….To nie jego wina,. Ma takie polecenie od samego Chrystusa. Wszak tym, co wszystkim ofiaruje jest CHRYSTUS. W Królestwie Bożym nie ma innego rodzaju „denarów…”

To nie było spojrzenie analityczne sytuacji zastanej – ale wizja życzeniowa….Oczekiwana i spodziewana. Byśmy nie byli jak owce bez Pasterza. Dobrego Pasterza.

 

 

14 nied. zwyk. Rok B              Mt 6,1-6                                 4.07.15

„Skąd ON to ma …?” pytanie raczej retoryczne. Przypieczętowaniem ich zdziwienia były cuda jakich dokonywał na ich oczach. Wówczas nie pytali się:  „Skąd ON to ma…?” Cieszyli się i dziwili. I nie wiem czy zauważyli to, iż nigdy nie dokonywał ich „na żądanie” ( czasami mówili „Jakim znakiem wykażesz się wobec nas..?” sugerując dokonanie jakiegoś cudu) dokonywał cudu tylko z własnej woli; ale i za przyczyną wiary człowieka, który go oczekiwał ; lub bliskich, którzy również wykazywali się zmysłem wiary i zrozumienia z KIM mieli do czynienia ( przyprowadzali chorych , prosili o uzdrowienie, własną postawą i wiarą „prowokowali” Jezusa do okazania łaski; „Takiej wiary nie znalazłem w Izraelu…”).To ich nie zastanawiało, że nigdy przedtem tego nie było oraz w przyszłości „po Jezusie” nie miało już miejsca. Wszystko, co oni zdołali zrozumieć świadczyło tylko o JEGO „Zwykłości” – SYN CIEŚLI. Tak konstatowali (stwierdzali) z pewną dozą zdumienia. „No jak… to jest taki Zwykły Człowiek , ale dokonuje takich rzeczy niezwykłych..?!”

Ten stan ich zdziwienia oraz konsternacji trwa do dziś lecz dalej nie potrafią uznać w NIM BOGA. Być może ten fakt, pogłębił jeszcze czyn haniebny jakiego później dokonali zabijając GO brutalnie. Wówczas musieliby uznać swoją bezkresną winę !Lecz i dzisiaj wywołuje ON i nasze powątpiewania mimo iż BÓG – OJCIEC podczas JEGO zaistnienia uszanował nasze pragnienie sensu i logiki. Było nim JEGO naturalne zaistnienie pośród nas. Z jednej strony odpowiada nam Jego naturalne zaistnienie – a z drugiej strony podważamy niezwykłość oraz cudowność JEGO osoby. Jaki więc BÓG by nam odpowiadał ?!? Jednakowoż więc, po dziś dzień odmawia się Jezusowi boskości starając się wytłumaczyć JEGO „Niezwykłości” – w sposób jak najbardziej „naturalny”, racjonalny, a czasami wręcz prostacki (bioenergoterapeuta, mag, szaman, iluzjonista). Czynią to ludzie posiadający co najwyżej wyobraźnię poetycką, o podwórkowej inteligencji, ale za grosz wiary w obecność BOGA we wszechświecie. Bardziej poeci niż teologowie. Chcieliby przełożyć na nasz prosty język oraz ograniczony umysł to , czego nie da się przełożyć bez odrobiny zmysłu wiary…!?

Także i my, czynimy przestępstwo wobec Ewangelii. Naturalizujemy oraz neutralizujemy JĄ , a przez to spłycamy sprowadzając do poziomu własnej percepcji.

A samym teologom i egzegetom należałoby życzyć, by pozostawili w Ewangelii odrobinę niejasności, tajemniczości i misteryjności oraz sacrum (świętości). Ona jest nam potrzebna. W tym pokiereszowanym świecie.

Nie zapominajmy, że kiedy brakuje wiedzy trzeba zastosować element wary , który ją uzupełnia , a nie walczy z nią; Nie konkuruje. Czyżbyśmy chcieli ludzkim rozumem ogarnąć Wszechmogącego Boga ?! TAK jakby „dzieło” chciało panować nad swym „Twórcą”…Z jak dużą ilością mniejszych tajemnic rady sobie nie dajemy…. Czy to nie jest bluźniercza uzurpacja ? Chcemy za wszelka cenę sprowadzić Wielkiego i Świętego Boga do naszego grzesznego, ludzkiego poziomu. Aby „rozmienił” się na mierne , egoistyczne przypadłe , kruche  i znikome jednostki …by każdemu wątpiącemu objawiał się prywatnie i rozwiewał wszelkie jego wątpliwości jaki pojawiają się w jego umyśle. …Chcielibyśmy Boga traktować jak „pogotowie informatyczne”…”..Zaradź mojemu niedowiarstwu…

W tym miejscu nie zapominajmy, że  my jesteśmy tylko mizernym pyłkiem  i atomem we wszechświecie. A jest KTOŚ, kto ten wszechświat wprawił w ruch podtzymując jego istnienie. A ciebie może „zdmuchnąć” jak pył więc nie pytajmy się BOGA …”Skąd ON to ma …”

13 niedz. zwykła rok B  Mk 5,21-43                                                  28.06.15

 

Nie pierwszy raz Chrystus okazuje się jedyną, i ostateczną pomocą oraz ratunkiem. I tym razem szczera, bo autentyczne pragnienie wyrażająca wiara , została przez Jezusa doceniona i nagrodzona. Jednakowoż w tym miejscu nasuwają  nam się na myśl inne skojarzenia i pytania. Np…

Pamiętamy przypowieść Jezusa o gościu , który przyszedł na świętowanie obecności Pana Młodego nieodpowiednio ubrany ? Od razu spotyka się z zapytaniem gospodarza wesela najprawdopodobniej OJCEM PANA Młodego (Bóg Ojciec ) : „człowieku jakżeś tu wszedł… ?” czyli w domyśle :”przecież nie byłeś tu zaproszony…” Raz że jego ubiór uwłaczał ceremonii weselnej : A dwa – nie był on znany Gospodarzowi.  „Nie znam go i jest na dodatek nieodpowiednio ubrany ; nieadekwatnie do uczy weselnej….Być może nie będzie umiał się odpowiednio zachować .Najprawdopodobniej Jezus (a raczej pewne jest to że ) Jezus zwraca uwagę na stan ducha a nie na stan jego odzienia. W obrazie brudnego i nieestetycznego odzienia zawarta jest prawda o niechlujnej duchowości. Aby uczestniczyć, okazując szacunek PANU MŁODEMU, należy być dobrze znanym GOSPODARZOWI;  i mieć odświętnie przygotowane wnętrze. Kto nie uczestniczył w Godach Baranka czyli Eucharystiach nie będzie czuł się „odświętnie” tam na Wiecznej Uczcie i będzie nieodpowiednio ubrany kalając to Święte Przyjęcie . Nie będzie godzien tam być. Na to Bóg – Gospodarz nie może pozwolić . Stąd radykalne :”Wyjdź”…

Nie wolno cynicznie podchodzić do Boga i do Tajemnicy Wiecznego Życia, jak do czegoś co nam się należy. Bo to będzie łaska a na łaskę należy życiem zasłużyć. Przykład z życia …?!? Proszę ….Nieznanemu i spotkanemu na ulicy człowiekowi nie pożyczę np. 100 zł bo go nie znam ?!! Musze go widzieć na mszy  czy nabożeństwie , muszę go znać …by mu zaufać….Swoim oddaniem musi on na to zasługiwać. Chyba że swoim pięknym i spektakularnym zachowaniem zasłuży na docenienie i mój podziw. Wielu zakłada, że Bóg nie jest „Skrupulatnym Księgowym” i nie przywiązuje wagi do „grosików” … A „grosikiem” w ich mniemaniu jest Życie Wieczne,  które Bóg będzie rozdawał bez „opamiętania” ; na lewo i na prawo ciesząc się z naszej obecności. Takie myślenie nam odpowiada.

Czyż Bóg tak bezrefleksyjnie będzie szafował Skarbem jakim jest  Życie Wieczne wysłużonym dzięki ofierze swego Syna …?! Ofiarowanego nam za cenę Jego Krwi ? Nie  wierze w taką lekkomyślność Boga…!

Desperacja i odwaga przełożonego synagogi były godne okazania mu łaski przez Pana. Nie patrzył na „układy” w które być może był uwikłany, ale świadomość tego, że to może (musi) się stać, jemu przyświecały i dodawały odwagi oraz ufności. To jest kwintesencja wiary do jakiej często nam daleko. Ileż nam brakuje do tego, którego skłonni jesteśmy uznać za kogoś „dalekiego”, z obcego obozu, jakoby od nas gorszego.  On daje nam dziś lekcję . Bo my jesteśmy pełni zanieczyszczeń: miłości własnej, konformizmu, fałszywej pewności, zarozumialstwa i pychy. To znaczy nie mamy wiary godnej, aby nam spełniły się nasze pragnienia czy dążenia. Wydaje ci się, że jesteś człowiekiem wierzącym bo nie mylisz prawd wiary oraz przykazań. Łudzisz się. Będziesz osądzony z tego, kim jesteś z punkt widzenia wiary. Za czystą deklaracją w formie modlitwy czy wyznawanego „Credo” nie idzie nic. Bak nam konkretnych faktów, które mógłbym , tam , TOBIE przedłożyć. Udaję chrześcijanina a często nie potrafię  być przyzwoitym człowiekiem. Tutaj wiara tryumfuje nad przymusem. Ona nikogo nie pozostawia takim samym. Ona góry przesuwa albo zmienia ludzi. Grzesznik musi się zastanowić bo inaczej pozostaje tępym i prostackim człowiekiem. Nie muszę gór zmuszać do wędrówki. Tylko muszę poruszyć moje góry miernoty, małostkowości głupoty odwetu i zawiści. Tego co blokuje dostęp do mnie Twej łaski …..

 

12 NIEDZIELA ZWYKLA ROK B    (Mk 4,35-41)

„Nauczycielu nie obchodzi CIĘ to że giniemy…”. Strach przed nieszczęściem jest często, jedynym powodem do odniesienie się, czy też zwracania do Boga. Wówczas skłonni i zdolni jesteśmy do wyzwalania w sobie najgłębszych, najczulszych i najpobożniejszych westchnień naszej duszy czy naszej wyobraźni…. Jakże często nasza religijność sprowadza się do traktowania Boga jako „pogotowia ratunkowego nagłych przypadków losowych” … Jako tzw. „ostatniej deski ratunku”…I wówczas błędem jest właśnie owa „ostateczność”. Niwelująca jest wtedy świadomość , że o Bogu przypomnieliśmy sobie na końcu. Z opcją ostateczną : „A może ON pomoże ?!?” Bo wyszliśmy już z wprawy, aby do Boga zwracać się z podziękowaniem , wdzięcznością, zadośćuczynieniem. Z uprzedzającą wszystkie inne środki „ratunkowe”…?!  A  niektórzy nawet to przypisują sobie za zasługi w zakresie religijności , iż w ogóle w takich chwilach myślą o Bogu jako Wszechwładnym Panu …. „Ja zawsze gdy mam jakieś obawy to wzdycham do Boga…”; lub „Gdy już nic nie pomaga to wzdycham do Boga …”;„Przed skokiem na spadochronie zawsze się przeżegnam”. ot i wszystko ; cała nasza duchowość i pobożność. Dominuje w nas duch roszczeniowy i chyba błagalno – koniunkturalny ; „Jak trwoga to do Boga…”

Postawmy się w pozycji Boga. Ten jeden raz… aby przywołać pewną analogię ; „Gdy ktoś, po latach nieobecności przychodzi do nas, aby prosić o to czy owo – to czy mile i radośnie go witamy…?” Bynajmniej. Zaraz pytamy: „Gdzie się podziewałeś tyle czasu ..?” „Zapomniałeś gdzie mieszkam…?” Czy ochoczo i otwarcie spełniamy jego prośbę…? Nienawidzimy u innych interesowności, chociaż ona sama tkwi głęboko zakorzeniona w każdym z nas. Jak dobrze iż Pan nie jest do nas podobny ….(?!) A zwłaszcza że „…Jego drogi, nie są naszymi drogami…”

W końcu pada sugestia ze strony MISTRZA:  „Przeprawmy się na drugą stronę…? Czyli wyjdźmy z naszych przyzwyczajeń, ułożonego życia, odejdźmy od tego co dotąd dawało nam tyle radości oraz satysfakcji i spróbujmy żyć inaczej…porzućmy nasz styl życia może dla innych nieznośny i uciążliwy a przedzierzgnijmy się w ludzi ducha, miłości, subtelnych odniesień i zachowań oraz  przebaczenia. Służebności i altruizmu ; lub podążajmy do Tych, co są od nas oddaleni by im przekazywać to, co nam już jest znane czego nas nauczył Nauczyciel; Tego co  daje nam zbawienie, aby nie zachowywać się egoistycznie i szowinistycznie. A być może, aby ich poznać i zobaczyć kim naprawdę są… I zrozumieć kto jest faktycznie oddalonym od Ewangelii. A my chcemy być  łagodnymi wobec świata, pragniemy mu się przypodobać i gotowi jesteśmy na wszelkie ustępstwa oraz kompromisy, aby zachować swoją spokojną pozycje w świecie. Przez to staliśmy się niewyraźni w dzisiejszym świecie. Naszą obojętność na wszystko w życiu cechuje monotonia i bylejakość. Dlatego nie dziwmy się, że niewiele zmienia się wokół nas. I w nas…

Nic nie zmieni się na ziemi, jeśli zaprzestaniemy szukać łaski Pana. Mimo iż słyszymy wiele zapewnień oraz o Jego łaskach, ale puszczamy to mimo uszu. Lecz dziś musimy wykazać więcej nadziei niż uczniowie w łodzi. To nic nie zmieni, iż ON jest odległy („Śpisz Panie..?!?”) Nasze życie naznaczone jest zbrodniami i burzami. Wielka jest moc człowieka , który wierzy we własne życie wieczne , ale jeszcze większa słabość tego , kto nie dostrzega wokół siebie Jezusowej zbawczej i wyzwalającej asystencji. Gubi nas brak ufności w Jego pomocną dłoń i brak wiary, iż to ON potrafi wyciszyć bezrozumne i nieusprawiedliwione nawałnice w naszym życiu a także w naszej świadomości.

Pamiętajmy … Nasz krzyk wiary o ratunek nie jest „krzykiem urzędowym” na wzór prośby do urzędu. To jest krzyk wiary w to , że ON jest przy nas obecny nawet wtedy gdy wydaje się że GO… nie ma; że „Śpi”. ON nie usuwa się nigdy z naszego życia i niechybnie zareaguje na nasz rychły krzyk :”Panie ratuj…”

 

 

11 niedziela zwykła rok B    Mk 4, 26-34                               7.06.15

 

Jedno jest pewne. Teraz ,obecnie; tu na ziemi – Królestwa nie należy szukać „tu czy tam”. To nie miejsce. To Rzeczywistość bądź inaczej Stan. Królestwa Bożego należy szukać w człowieku. Ono jest tam, gdzie dobry człowiek, człowiek przykazań i żyjący przykazaniami; to ktoś społecznie akceptowany , przebaczający , żyjący w atmosferze miłosierdzia czynionego oraz doświadczanego. To promieniująca wyrozumiałość, tolerancyjny dla ludzkich pomyłek i akceptujący rodzące się przejawy dobra.

Królestwo Boże pojmowane dosłownie, będzie miejscem panowaniem dosłownym i ekskluzywnym – Prawa Bożego; Jego pryzmatu naszych ocen i kalkulacji. Lecz raczej nie na tym świecie  Nie w takim stanie tego świata. Czas Kościoła to czas nauki i próby.

 

To zwrócenie całej swej egzystencji ku Bogu .Teraz mamy czas i sposobność zbliżać się do „tego modelu”. Poznawać jego zasady działania i poznawać prawa, tam mające być panującymi. Bo gdy zostaniemy tam zaproszeni nie możemy czuć się zagubieni i czujący się nieswojo jak gość nieodpowiednio ubrany przychodzący, przypadkowo na przyjęcie weselne. By nie usłyszeć od „Gospodarza Wesela” i „Władcy Królestwa” , unicestwiającego na wieczność – pytania : „Przyjacielu jakżeś tu wszedł ?” albo „Po coś tu przyszedł?” Zasad zachowania w Królestwie Bożym musimy uczyć się teraz i w tej rzeczywistości Kościoła. Po to, zostawił Go nam Jezus. ON też określił nad wyraz jasno warunki uczestnictwa w przyszłej szczęśliwości JEGO Królestwa.

Obraz Bożego Siewcy i Ziarna, spowodował iż „spowszednieliśmy” sobie wizję Królestwa Bożego. A… przecież także i dziś chrześcijaństwo jest niezwykłe. Niepowtarzalne.To jest również Jego niewygodność i „infekcyjna” właściwość na dzisiejsze czasy. Więc pozwoliliśmy Ewangelię „przystosować” do naszego życia. A przecież nie możemy, nie powinniśmy  pozwolić na dalsze czynienie Królestwa Bożego trywialnym, a nawet banalnym; lecz powinniśmy przekładać Ewangelię na język codzienności z zachowaniem kultywowania ewangelicznego Świętego sacrum jakie stanowi o Jej niecodzienności. „TO SĄ SŁOWA SAMEGO BOGA”. Czy niedowiarki wierzą w to czy nie…

Dość już tego infantylnego rozumienia i sprytu przy Jej interpretacji. Uczyńmy JĄ obecną w naszym życiu,  w naszej codzienności , która będzie wreszcie motywowała nasze wybory i ustalała naszą hierarchię wartości. ”Ewangelia”  która staje się misteryjna , niezwykła , tajemnicza i niejasna a wręcz mitologiczna – to dramat. Dramat Ewangelii i Siewcy,.

Spytajmy siebie : czy prawdziwie praktykujemy Ewangelię czystą i prostą? Taką, która  może i wywołuje zdziwienie…. ale o której nie można powiedzieć , „że jest „nieadekwatna” i mało „analogiczna””. Czy praktykujemy Ewangelię prostą , radykalną i dosłowną ? Czy aby „na siłę” nie próbujemy „zaklinać” za Jej pomocą, skomplikowanej nad wyraz i popsutej przez nas, rzeczywistości świata? Robimy to w przesadnym teoretyzowaniu i przesadnym sentymentalizmie, tak samo odległym od życia jak i od samej Ewangelii.

Próżno szukać w nas pokory, aby się przyznać do zniewalającej wyższości naszych przyzwyczajeń i upodobań. Kosztem ewangelijnego nawrócenia. Łatwiej powiedzieć :”…a po co mi to…” – prawda ?!

Nie ma w nas pokory, aby się przyznać i wyrwać z kręgu małości i mizernych bo efemerycznych (to coś co szybko się pojawia i szybko znika) fascynacji „byle czym” i „byle gdzie”.

Pozostajemy więc fascynatami mistycznych przeżyć u innych, i wolimy ich podziwiać , aby tylko nie angażować siebie. Króluje w nas apatia, bezruch , niechęć do wszelkich zmian , stagnacja i przyzwyczajenia, byleby tyko nie naruszyć duchowej , żyznej gleby serca  –  faktycznego miejsca wzrostu ziarna czyli Bożego Słowa

10 niedziela zwykla rok b

Ktoś powiedział dowcipnie , że miłość ku Bogu jeśli nie jest szalona , nie jest jeszcze miłością na jaką ON zasługuje. Bo kto szczerze miłuje Pana stara się w stopniu jak najbardziej możliwym , wypełniać JEGO wolę, według znanych słów :”Jeśli MNIE miłujecie , będziecie zachowywać MOJE przykazania…” (J 14,15) Np. „bierzcie i pijcie…” to znaczy nie mniej i nie więcej, jak …Uczestniczcie w sprawowani Pamiątki po MNIE czyli EUCHARYSTII.

Kto wypełnia JEGO wolę przez swoje postępowanie  objawia JĄ wszystkim wśród których żyje . Jednocześnie przez to wzywa i prowokuje do podobnej postawy.

Kiedyś pewna emerytowana nauczycielka nie mając komu się zwierzyć napisała w pamiętniku: „…modlę się prywatnie i publicznie w kościele – to wiem. Dlatego jestem uważana za głupca, który szkodzi sobie  swojemu środowisku. Oraz rodzinie…(?) i to też wiem iż tak uważają. Ale nie jestem pewna czy modlę się dlatego, że jestem rzeczywiście  głupia. …Czy dlatego jestem głupia , że się modlę…(?)To jest bez znaczenia dla mnie. Chcę zostać głupią dla Chrystusa, abym wytrwała w modlitwie. I chcę się modlić , abym mogła być głupia dla Ciebie Boże  .. Przecież wiem , że jeśli moja miłość nie będzie szalona, to nigdy nie będzie miłością. A ja Cię przecież kocham a przynajmniej staram się kochać …”

A w tak wielu przypadkach, tzw. katolików, trudno jest mówić o jakiejkolwiek miłości czy nawet choćby – o staraniu się o nią. A jeśli z powodu pełnienia woli Bożej nazwą nas nienormalnymi , nie dziwmy się zbytnio temu i nie dajmy się zwieść. Niech to nie spowalnia naszego marszu ku niebieskiej szczęśliwości.  Być może w oczach świata będziemy naiwniakami i pomyleńcami tracącymi czas i energię, ale to niech pozostanie dla nas czymś zrozumiałym. Bo, aby osiągnąć Coś wartościowego i trwałego  trzeba ponieść stratę a na pewno dokonać starania i wysiłku oraz wyrzeczenia. To, co jest bezwartościowe, zazwyczaj jest łatwe w osiągnięciu. A to, co  nie wymaga poświęceń , nie leży to w kręgu naszego zainteresowania. Nie mamy na to czasu. Nie mamy czasu na miraże i atrapy . Życie szybko przemija . Stanowczo za szybko….

SYMBOLE NOSZONE BEZWIEDNIE PRZEZ MŁODSZYCH I STARSZYCH – co one oznaczają?

 

Nasze życie społeczne polityczne czy religijne pełne jest symboli i znaków. Bardzo często nie zwracamy na nie uwagi i je pomijamy w życiu, które pędzi wydawałoby się z zawrotną szybkością. Nie zatrzymujemy się przy nich, i nie zastanawiamy się jakie one pod sobą kryją treści lub do czego się odnoszą lub odsyłają. Sami nosiciele tychże nie zastanawiają się nad symboliką noszonego znaczka więc tym bardziej ludzie z otoczenia. Najczęściej trywializujemy ich znaczenie dyskredytując ich jakikolwiek wpływ na nasze czy innych życie. Lub po prostu – machamy na to ręką.

Nie zastanawiamy jak te mniej czy bardziej ostentacyjnie noszone symbole zagęszczają nasza codzienną rzeczywistość. Pogłębiając indyferentyzm naszej codzienności i otoczenia. I jak one zaczynają zmieniać mentalność ludzi i ich sposób postrzegania rzeczywistości. Przykładem jest choćby styl noszenia ubrań pewnej grupy młodych ludzi i co za tym idzie późniejsze ich zachowanie.

PIERŚCIEŃ ATLANTÓW:

Drugą sprawą jest postawa tych, którzy trudnią się dystrybucją tych znaków i symboli przeinaczający ich znaczenie i wpływ na psychikę oraz całą mentalność, młodych ale nie tylko, ludzi. Ci handlarze wpajają nabywcom paranormalne , wręcz cudowne  właściwości., nie wdając się zbytnio w interpretację późniejszych zachowań nabywców. I tak handlarze Pierścieni Atlantów zapewniają , że talizman ten stwarza ochronę przed wszelkiego rodzaju zła: agresją, wypadkami , kradzieżą a także przed klątwami i zabobonami .Mało tego – wielu z nich – twierdzi że – przedmiot ten zapobiega wielu chorobom a nawet z nich uwalnia(?!) Słowem przedmiot ten przynosi szczęście. Ilu ludzi to  kupuje, zakłada i nabiera się .Spontanicznie i niemal natychmiast nasuwa się pytanie : „A kto lub co za siła miałaby to sprawiać?” Nasuwa się automatycznie skojarzenie z :kamieniem filozoficznym” czyli to fikcja.Co inego krzyżyk czy medalik Mati Bożej. Bo to wyraz naszego zawietrzenia i oddania się Matce Bożej której postać daje nam nadzieję a wezwanie jej kojącą obecność.w chwilach zwątpień bolączek  czy przeciwności. Nie wierzę że ten medalik „magicznie” uchroni mnie przed napadem łotra, kradzież ą  lecz z całego serca ufam że wezwanie TEGO KTÓRY jest Stwórcą wszelkiego bytu spowoduje uchronienie mnie przed najgorszym tzn. odrzuceniem Boga i  utratą życia wiecznego. Bo nosząc medalik nie proszę o szczęście, ale o wytrwanie przy Bogu w najgorszych nieszczęściach jakich przecież w życiu nie brakuje i nie będzie brakować do końca  tego świata. Tak więc ludzie ochrzczeni zakładając P. At. Nie wiedzą dokładnie w kim okładają ufność?! Na pewno nie w Bogu a nawet jest to wyraz braku zaufania do TEGO KTO jedynie jest tego godzien. Mówiąc prosćściej : Nie Ufam TOBIE BOŻE lecz komuś innemu lub czemuś innemu zawierzam  swoje powodzenie. Moja pomyślność jest w rękach zależy od ….??!! Właśnie: od kogo lub od czego?!…Nie od razu należy przewidywać utratę wiary  lecz  żywa wiara przemienia się stopniowo w praktykowanie chrześcijaństwa z sercem odwróconym od Boga Żywego – a zwróconym w kierunku nieokreślonej fantasmagorii. A religijność pozbawiona ufności wobec Pana Boga staje się pusta i iluzoryczna. Jaką wartość miałaby modlitwa „Ojcze nasz..” gdyby nie ożywiał jej  duch DZIECIĘCTWA Bożego  ? Pierścień Atlantów to oszustwo bazującym na ludzkiej skłonności do wierzenia „w byle co”  jak pogubi się drogę duchowego przywiązania do Boga  i drogę duchowego wzrostu zwraca się w stronę mistyfikacji i iluzji. Zdolność do ufnego zawierzenia Bogu chrześcijanin niszczy przez noszenie jakichś martwych amuletów. Taki ktoś, bardzo łatwo zwraca swe zainteresowania ku horoskopom, tarotowi, magii i okultyzmowi. Egzorcyści spotykając się z tym pierścieniem , zauważyli w nim początkowa fazę uwikłania się w rozmaite formy okultyzmu. Poprzedzone stanami komplikacji i zaburzeń psycho-fizycznych  łącznie ze stanami opętania. Uwolnienie się z toksycznego związku z tym amuletem w przypadku dziewiętnastoletniej dziewczyny skończyło się w zakładzie psychiatrycznym. Spełniała wszystkie polecenia egzorcystów nie pozwalając zdjąć go z palca.

Amulet wbrew swej pozornej niewinności, poprzez swoją symbolikę staje się zielonym światłem, nie danym Bogu ale duchowemu złu. Jest znakiem otwarcia się i przynależności do wrogiego nam świata; świata wszelkiego sprzeciwu , anarchii i kontestacji.

 

KRZYŻ CELTYCKI . To cecha czyli atrybut boga Odyna . Symbolizuje most połączenie z innym wyższym światem jakieś energii i wiedzy. Poprzeczne ramiona krzyża symbolizują świat niematerialny ; ramię pionowe świat fizyczny czyli ziemski .Do tego dochodzi, koło oparte na ramionach , symbol jedności i kompletności. Krzyż celtycki wywodzi się z wierzeń pogańskich w  jakiejś mierze animistycznych; pierwotnych. Współcześnie do niego nawiązują neopoganie i różnej maści nacjonaliści. Grupa agresywnych skinheadów korzysta z niego w zastępstwie zakazanej swastyki. Istniej próba „schrystianizowania” go , poprzez wydłużenie dolnego ramienia.

 

KRZYŻ NERONA inaczej to „Krzyż złamany”. „Noga kurza”; „pacyfka”  (ang.peace – pokój). Znak rozpoznawczy ruchów pacyfistycznych czyli wyznających i gloryfikujących pokój. Złamany krzyż , ale bez okręgu go opasującego, to wprost i bezpośrednio oznaczenie tych, co walczą z chrześcijaństwem .A w samym okultyzmie oznacza symbol upadku chrześcijaństwa. To także pogański znak „czarnej magii” najbardziej wyrafinowanej i groźnej. Tej do której nawiązywało hitlerowskie SS. Sataniści używają go podczas odprawiania „czarnych mszy”.

 

GWIAZDA PIĘCIORAMIENNA to po prostu  Pentagram Odwrócony symbol magii tzw. czarnoksięskiej. Często spotykany jest z wpisana głową kozła .To z kolei ma oznaczać i oznacza szatana. I jest złośliwą i obraźliwą aluzją do Niewinnego Baranka Bożego ginącego w  ofierze zadośćuczynienia za całą ludzkość, która od tej chwili jest już odkupiona. Znak ten może być udekorowany dodatkowo liczbą 666 oznaczającą szatana. Gdzieniegdzie może jeszcze występować odwrócony krzyż – a także hebrajskie litery oznaczające cztery żywioły i duszę człowieka, wyrażające zwycięstwo materii nad duchem Są jeszcze różne udziwnienia jak pentagram otoczony pojedynczym albo podwójnym kołem lub wężem zjadającym własny ogon. ⨪

Bogacz i biedak „na swoich miejscach”

 

Chrześcijanie  – musze wam przyznać się, że mam pretensje do Jezusa !? po wysłuchaniu tej dzisiejszej Ewangelii. ..(?)  Nie żeby była za trudna, bo nie jest trudna lub zbyt wymagająca i „nie dzisiejsza”, ale że nie dodał nam po jej wypowiedzeniu pewnych wyjaśnień. Myślę, że wielu ludzi z nas, i to czytających, może mieć mylne, a właściwe okrojone , rozumienie tej przypowieści (bogactwa). Uważam właśnie , że Pan Bóg w niebie —- będzie chciał mieć bogaczów w swoim otoczeniu !

Czym jest bogactwo ?

  1. A) czy to nadmiar pieniędzy? I stos papierów giełdowych?
  2. B) czy posiadanie kolekcji drogich znaczków a może obrazów ? lub innych dzieł sztuki ?!
  3. C) a może posiadanie jachtu i pływanie po dalekich morzach jest bogactwem?!

 

Bogactwo w potocznym rozumieniu to majątek, ale nie – w znaczeniu Ewangelicznym. Dziś dwie postaci są tu ukazane : BOGACZ i BIEDAK O IMIENIU ŁAZARZ.

Jak myślicie, czy Bóg Ojciec w niebie chce mieć w swoim otoczeniu bogaczów? I czy każdy bogacz musimy być złym człowiekiem?

Bez większej pomyłki w tym momencie można powiedzieć takie zdanie: „dla Boga bogactwo to nie  ILOŚĆ, gdyż nie posługuje się zawiłym operacjami matematycznymi, ale JAKOŚĆ czyli prawdziwe intencje jakie mamy w swoim sercu i duszy!”. „Bóg patrzy w serce” a nie w portfel. (Na szczęście!?)

 

Zestawiając różne fragmenty  Ewangelii  można próbować określić , że bogactwo to nie TYLKO nadmiar pieniędzy , ale umiejętność dzielenia się tym, co posiadamy. Dobroć to jedyna z tych rzeczy , która dzielona – mnoży się. Powtórzmy —- bogactwo to umiejętność dzielenia się z innymi ! To nie ILOŚĆ, którą możemy zmierzyć i zważyć, ale JAKOŚĆ czyli  jeszcze inaczej – umiejętność, sprawność, TO TALENT….

Można chodzić w podartych butach – ale być bogaczem !?.TAK! Bo czasami o takim skromnym człowieku, który być może chodzi w dziurawych butach, MOŻNA  powiedzieć:  „ale on jest bogaty w miłosierdzie!” lub „on pochyla się nad trudnym życiem innych” i „on współczuje im  ich ciężkiego może losu”.

A jeszcze o innym powiemy : „To ktoś bogaty w przebaczenie” bo wszystkie urazy jakich doznał, umie przebaczyć; nie pamięta czyjejś złości, i czyjegoś  pysznego obnoszenia się, i tego, iż ktoś nie potrafi przyznać się do win swoich. O kimś innym powiemy: „on jest bogaczem  bo jest bogaty w hojność”, gdyż okazuje ją tym, którym brakuje wielu rzeczy : Ktoś inny może być bogaty w czas, który posiada i poświęca go innym ludziom , interesuje się ich życiem – potrzebami i cierpieniami :

I jeszcze: „Bogaczem jest ktoś, kto jest otwarty czyli ma ogromne serce”, w którym jest wiele dobra. „Bogatym jest ten, w którym jest dużo szczerości”; „I bogaczem jest ktoś wielkoduszny i dobroduszny”  bo jest  pomocny dla wielu braci i sióstr. Jest BEZINTERESOWNY. Być bogatym to być mądrym i „wszystko widzącym”.

Teraz już widzicie jakich bogaczów Bóg, może chcieć mieć w swoim otoczeniu. Nie bogatych w dobra tego świata, dotykalnych i namacalnych , ale w dobro, dzisiaj nie dające się zmierzyć lecz tylko ODCZUĆ i OGARNĄĆ SERCEM.  Są to DOBROĆ, MIŁOŚĆ, MIŁOSIERDZIE, PRZEBACZENIE. To wszystko, co ludzie czują swoich sercach. A z takimi, co bogactwo rozumieją jako ilość tego, co można mieć lub zdobyć – nie traćmy czasu na rozmowę. Szukajcie tych, co widzą duchowe bogactwa. Którzy mają „bogate serca”. AMEN

 Zakłamany mit filantropijnego Jurka?

 

Po raz kolejny wyrażam współczucie tym, którzy dali się nabrać na „czerwony kolorek serduszek” przypinanych nachalnie do garderoby niedzielnej, ludzi spieszących na Msze św. lub wracających z Niej. Wybór niedzieli na przeprowadzenie tej akcji nie jest przypadkowy. To bardzo pomaga wykorzystać emocje tych, którzy wykazują się dużą wrażliwością ducha w sferze przekonań. Często są to osoby starsze (a gdzie ich najwięcej można spotkać zebranych w jednym miejscu?!), które rozumieją jak ważne jest życie, zdrowie i rodzina z  której wywodzą się dzieci także potrzebujące wsparcia medycznego. Którym też łatwo jest np. za pomocą mediów, wmówić jakieś slogany i wcisnąć nieprawdę lub półprawdę. W tym wypadku, pokazać czubek góry lodowej, i mówić iż: „To jest cała góra….”

A kiedy więc duszpasterze wypraszali kwestujących poza obręb i najbliższe otoczenie świątyń (nie ma zgody i nie będzie, aby Kościół wspierał aktywność jakiegoś „medialnego filantropa” czyli takiego papierowego hochsztaplera ) spotykali się z oburzeniem nawet pobożnych osób: ”Przecież oni zbierają na światły cel”. Bardzo „światły” bo z dużą ilością zer na koncie; dla samego Jurka i jego żony. A dlaczego „światły”? bo wymierny finansowo. Bardzo finansowo.  A oto kilka faktów, które rozjaśnią czyniąc jakoby  światłymi, wspierających do tej pory, aktywność obrotnego Jurka. To pokazuje pokrętność akcji kiedy to  biedny może wspomagać bogatego…(?!)I uczynić go bogatym kiedy m się wmówi że rozwija swoją dobroczynność. Pokazać jak mały grosz, ale zwielokrotniony okazuje się fortuną. „Zobacz wreszcie człowieku jak twój grosz napędza wielomilionową maszynę pana Jurka.

 

  1. Pierwsza legenda głosi iż p.Jurek i jego żona nie maja ani złotówki z działalności WOŚP. A oto masz całą prawdę… Nie było dnia, od czasu powołania fundacji , aby oni nie zarabiali dużych pieniędzy. Najpierw została powołana firma pod infantylnym tytułem „Ćwierć Mrówki” jako geszeft Owsiaka i W. Chełstowskiego produkującego programy dla TVP z udziałem szefa orkiestry. Ową „Ćwierć Mrówkę” zastąpiła firma „Mrówka Cała”, ale już należąca do żony p. Jurka czyli Lidii Niedźwieckiej-Owsiak. Ta nowa firma oczywiście przejęła interesy Ćwierć Mrówki. I tak np., jak informuje anonimowy człowiek WOŚP, za jeden odcinek programu dla  młodzieży „Kręcioła” (w miesiącu razy cztery) na konto Owsiaków wpływało okrągłe 100 tys.zł
  2. Ponadto „Mrówka Cała” obsługiwała i chyba dalej obsługuje muzyczno-alkoholową imprezę dla młodzieży „Przystanek Woodstock”. Realizując zlecenie „szacownej” WOŚP. Dokonujący się przepływ pieniędzy ze zbiorki społecznej, nie obarczonej raczej podatkami, przepływ ten zasilał konta, ale już prywatne p. Owsiaka…(!?) I tutaj też, bracie i siostro- lądowały twoje pieczołowicie ofiarowane i wysupłane datki, składane na chore dzieci (które są tylko pretekstem! do zbiórki ) One w całym przedsięwzięciu p. Jurka są tylko pretekstem i zasłoną dymną oddziaływującą na świadomość milionów darczyńców. Może i bez ich wiedzy i zgody, wspierających także demoralizację ich dzieci i wnuków….?! Zauważmy jednak, że kasa obraca się tylko w rodzinie …?!! Pieniądze przepływają z konta na konto. I to jest majstersztyk p. Jurka. Idźmy dalej…
  3. Kolejna legenda, że Owsiaki nie czerpią ze społecznej zbiorki profitów upada w momencie kiedy p. Lidia zostaje zatrudniona w Fundacji WOŚP z prezesem w osobie samego Owsiaka. I tu uwaga !!! zostaje powołana kolejna spółka, o tylko infantylnej nazwie – „Złoty Melon” przynoszący wymierne, i już nie infantylne zyski, ze „złotych interesów” p. Jurka. (w gwarze młodzieżowej melon oznacza milion ! Rozumiesz?… ) W ramach pomocy wewnątrzrodzinnej spółka została zasilona kwotą , ot takie małe, półtorej miliona złotych (1.5mln czyli półtorej melona) z ….fundacji WOŚP…?!? Niby wszystko legalne ?!To ze zrzutek wszystkich łasych na – „serduszka”…
  4. I znowuż uwaga!?… powstały „Melon” zaczął zlecać usługi (płatne!) Mrówce Całej. W tym momencie p. Jurek w Melonie pobiera skromną pensję; marnych 13 tys.zł A jako dyrektor finansowy WOSP żona Lidia pobiera UWAGA: 19 tys. Zł. Cały czas działalności Owsiakowie  podpisywało ze sobą zlecenia , umowy przynoszące p. Jurkowi jednorazowo 29tys.zł., a żonie jedyne 13tys. Zł.
  5. I oto kolejny smaczek marketingu Jurka. Największym dochodem cieszyły się zlecenia dla „Mrówki Całej” od spółki powiązanej czyli od „Złotego Melona”. W rodzinie nic nie ginie ale się pomnaża w astronomicznym tempie, gdzie „głową rodziny” jest sympatyczny p. Jurek. I tak więc „złote melony” się mnożą. Drogi emerycie i rencisto możesz czuć się zaszczycony bo to twoja złotówka jest impulsem dla „maszyny pomnażającej p.Jurka”..

 

Przed sądem w Złotoryi udało się udowodnić przepływ 1,3 mln zł w ramach tych spółek, ale gdy sędzia uznał dokumenty za niewiarygodne i zażądał kopii ksiąg rachunkowych firmy p. Jurka – miłośnika dzieci . Ani fundacja WOŚP ani Złoty Melon nie wywiązały z postanowień nakazu ;do dziś. I jakoś, ani medialnie ani sądownie, nie przynaglane są do tego. Dlaczego np.Gazeta Wyborcza i Wprost- „nabrały wody w maszyny drukarskie”, w tym przypadku ?! Cisza…

Za to p. Jurek przygotował kolejny smaczek …. Czyli powołał następną swoją firmę „Jasna Sprawa”. Nazwa cyniczna kpiąca sobie  z przepisów prawa administracyjnego i prawa o spółkach, sprytnie lawirując na granicy tegoż prawa. Pamiętajmy, iż cały czas bazuje on, opierając się materialnie i marketingowo, na fundacji Orkiestry….zbierającej skrzętnie na ulicach i pod  kościołami „wdowie grosiki”…   Tych kilkoro chorych dzieci to „parasol” dla p. Jurka , aby przysłonić swoje rzeczywiste interesy. By swoją „dobroczynnością” zamydlić prawdziwe oblicze „przedsiębiorcy”. Tak żyje się bardzo dostatnio. A ty emerycie ciesz się, że pomogłeś swoją zrzutką gościowi pomagać …..SOBIE SAMEMU….

Wiemy już, na czym polega „pralnia” pieniędzy niekoniecznie brudnych…Wiemy w jakim celu zostają powoływane nowe spółki; by zgubić i zaciemnić ślad po rozliczeniach finansowych dokonywanych w rodzinie i ramach jednej, fundacji – matki; Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – a będącej właściwie – samopomocą rodziny Owsiaków.

Nie może umknąć naszej uwadze ogromna ilość zabiegów marketingowych i pijarowych. A ile w tym kierunku, w formie  wynagrodzeń , ile poszło grosza z Waszych zrzutek …!? Pijarowscy nie pracują za 2 czy 5 tys. zł.!!!

Wszyscy, którzy są przeciwko idei Jurka określani są jako „ludzie o małej wrażliwości i wąskiej świadomości”; są tacy „Nieludzcy”… Nie dostrzegający, że sednem Orkiestry ( Dlaczego orkiestra…? Chyba dlatego, że przykładają się do wydarzenia duże rzesze ludzi, jak do wytworzenia monumentalnego dzieła muzycznego – przykłada się rzesza muzyków…?!) – ci „nieludzcy krytycy” więc nie dostrzegają, że sednem tej wielowymiarowej ściepy i jej istotą  są : miłość ?!, muzyka?!, współczucie?!  i przyjaźń?! Do kogo ta ściema ?!…

Miłość do młodzieży wychodzi szczególnie na Woodstocku, gdzie p. Jurek dba o to by nikomu w tłumie spędzonej młodzieży nie zabrakło piwa ..!? Jednakże,  niestety dla samego p.Jurka te wydarzenia są  bardzo prozaicznym pretekstem do tego aby : Ustawić się na całe życie. A reszta czyli cała otoczka wspomniana – to już wychodzi „przy okazji”. Dzieci jak zwykle są tylko trybikiem w całej tej maszynerii.

Myślisz, że p.Jurek tak kocha dzieci i to jeszcze chore ?! Bynajmniej To jest tylko pretekst do zbiórki pieniędzy przynoszącej krocie Jurkowi, a dzieciom tak przy okazji , coś tam skapnie. Jakikolwiek sukces w tym obszarze zostaje natychmiast odtrąbiony i rozdmuchany we wszystkich mediach „mętnego nurtu”. Chociaż kwota może robić wrażenie: ”Ja dałem złotówkę wiec ile musi być podobnych mi?!”…. „Podobnie nabranych współziomków…”- powinieneś myśleć.  Lecz nie zapominajmy przy tym wszystkim, że on nie wydaje ani grosza ze swojego imperium na ten sprzęt – To mała , malutka część Waszych pieniędzy wrzucanych do puszek fundacji, przynosi ewentualnie pomoc tym dzieciom….!!!

Jeśli NFZ wydaje na procedury medyczne 70 miliardów złotych,  to akcja Jurka, która uruchamia całą Polskę ludzi dobrej woli, ale niestety naiwnych, albo lepiej – niedoinformowanych  to ta akcja wnosi „tylko” np. ok. 45 milionów. One więc stanowią promil !!!  wydatków i tak bankrutującego NFZ-tu.

Jak się mają teraz , ci którzy twierdzą, że „służba zdrowia Owsiakiem stoi..??!” Należy odróżniać – miliard od miliona. A ile jest całościowo zebranych datków? Tego już chyba nikt  nie wie oprócz p. Jurka.  Dobrze czują się też PR-owcy wykonujący dobrze zlecone im zadanie – rozbuchania medialnego zasług,  jakoby dobroczyńcy a przede wszystkim  merkantylnego, p.Jurka.

Jeszcze jeden numer Owsiaka. Czas potrzebny na wykonanie jakiegoś zakupu przez Orkiestrę to średnio półtorej- dwa lata. A co się dzieje z tymi zebranymi pieniędzmi ? Pieniądze leżą spokojnie na koncie i procentują  przynosząc kolejny niemały zysk z odsetek ich depozytariuszowi ! A ile..? Zapytajcie się w każdym banku. Tyle , aby żyć dostatnio i dobrze się bawić za… Twoje datki !! Za półtorej roku odtrąbi się uroczysty wjazd urządzeń do jakiegoś szpitala i wszyscy będą zadowoleni. A zwłaszcza p. Jurek – Woluntariusz .

Tak, miłość, przyjaźń, współczucie  jest motywem działania i zachowania tylko ofiarodawców na ulicach , ale nie bynajmniej, wspomnianego p. Jurka ; Nie w takim stopniu jak to jest pokazywane. Mamy więc dwa obozy ; Ten kochający dzieci i chcący im pokazać lepszy świat. I mamy też, tego działania krytyków .W tym świetle  nie trudno ocenić który jest dobry, a który nie…

Zauważmy to w końcu, że nie podlegają weryfikacji  „zbieracze” na rzecz dzieci ! ani działania niejasne i obłudne promotorów i organizatorów tych akcji! , którzy wbrew społecznemu i medialnemu przekazowi, wcale nie robią tego bezinteresownie. A wręcz przeciwnie. Robią dobry interes.

„Chcę dawać datki na pomoc dla dzieci, ale nie na lawirancką działalność biznesową „demoralizatora młodzieży”, np. w Woodstock a uprzednio w Jarocinie”.  Dlatego jedyną skuteczną forma zdemaskowania prawdziwych intencji „orkiestry” i jej „solisty” jest pokazanie faktów tyczących finansów i biznesów skupionych wokół WOŚP. A tych faktów i kwot nie jest mało (patrz powyżej)

Ot.. i cały mit o panu Jurku. Myślałeś, że to bezinteresowny oraz współczujący miłośnik dzieci i młodzieży, a toć to – wspierany medialnie biznesmen cynicznie wykorzystujący Twoje uczucia miłosierdzia  i łatwowierności. Sięgający swym korzeniami, lat przychylnej dla  niego komuny, której też był On potrzebny. Zastanów się : Czy dziś lepiej jest kupić napotkanemu dziecku bułkę do szkoły, czy…  wspierać  biznes i alkoholowy zlot Jurka oraz jego młodszych kolegów i koleżanek …?!

 

 

 

Na podstawie artykułu Piotra Wilguckiego: „Jak upadł mit rycerskiego Jurka” w ; Gazeta Polska” s. 39; W-wa; 11 lutego 2015r

Eucharystia czyli Msza Święta nie zajmuje miejsca w naszym życiu Jej przynależnego i takiego na jakie zasługuje. Jakie dla Niej powinniśmy zarezerwować . To nie jest coś, co może być zauważone bądź pominięte , ale jest KTOŚ KTÓRY jest CENTRUM wszystkich czasów i wydarzeń. Jest Duchem który wszystko ożywia. I wszystkiemu nadaje sens. Raz ten Duch – Bóg się uniżył przybierając ludzką postać; Stając się nam podobnym, aby w ten sposób przemówić do każdego człowieka. A także powiedzieć mu, jak może stać się dziedzicem boskiej przestrzeni wiecznego trwania. ZBAWIENIA.

Lecz my przyzwyczailiśmy się do Boskiej wśród nas obecności. Obecności powszedniej, tak że nie zwracamy już uwagi na obecność nadzwyczajną , cudowną, misteryjną czyli tajemniczą. Ukrycie się Bożej widzialnej rzeczywistości, jak w Betlejem, czy potem w Palestynie, odbiera nam zdolność pojęcia i wytłumaczenia sobie , iż Jezus nie może być w ten sposób, obecny w całej historii ludzkości; bez przerwy by zaspokajać ludzkie pragnienia doświadczenia GO – Być jakby na „pstryknięcie palcem”. W każdym miejscu i czasie. NIE WIDZIMY TEGO, ŻE GDYBY TAK BYŁO TO BÓG PRZESTAŁBY BYĆ BOGIEM. Czyż nie widzimy tego, iż Bóg w doskonały i tak prosty zarazem sposób pozostawił SIEBIE dla Tych, którzy w Niego uwierzą. Prosty kawałek Chleba; chleba naszej codzienności jest miejscem przebywania pośród swojego ludu. Bo, by być ludem Pana, trzeba GO poznać, a wtedy już tylko krok, od pokochania GO jako Szczęścia, Prawdy i Życia naszej pogmatwanej codzienności. I to jest właśnie ten cud ..! Boska Nadprzyrodzona i Nieogarniona Obecność w tak prosty i widzialny sposób.  Swym istnieniem dotyka i dociera do każdego, kto tego pragnie.

Współczesny człowiek tak już został odarty z poczucia sacrum (świętości), przejmując na siebie doświadczenia całej historii: jej złych , podłych i bezbożnych zachowań; Tak postać Boga została mu zohydzona , iż mowa o jakiekolwiek świętości, transcendencji czy sferze ducha w naszym życiu, to wszystko przerasta naszą zdolność przyswojenia i zrozumienia.Już jesteśmy na innych poziomach wyobrażeń i języka. Przyjęcia  tego, co przekracza zmysłową , dotykalną przez nas rzeczywistość. Mówi się nam od dawna : „wierz w to co widzisz (i to jest szkopuł)!!! i czego dotkniesz”. Wszystko to, co nie da się sprawdzić doświadczalnie czy zmysłowo, nie jest …  prawdą….!?  CIEKAWE SPOJRZENIE na rzeczywistość..świata.

A właśnie : Dlaczego„Szkopuł”?! – dlatego, że jak Chrystus mi powiedział: „To co widzisz to jest Moje Ciało” to tak jest !; A widzę kawałek chleba, a jak mam nie wiedzieć skoro mówi mi to sam Jezus. Mam wierzyć badaczowi podważającemu wszystko , a nie JEZUSOWI …? Pytam się wówczas badacza :”czym się przede mną wylegitymujesz…” – jakie dasz świadectwo o sobie ? Bo JEZUS oddał swoje życie za głoszoną Prawdę …a zweryfikowałem JEGO „legitymację” i orzekam :”Ten godzien jest WIARY…nie tamten…” Oczywiście niezbędny jest tu wyższy stopień świadomości jaki daje WIARA. I mało tego .. Jezus nie powiedział tam w Wieczerniku : To jest symbol Mego Ciała i symbol Mojej Krwi ; To czyńcie czyli spożywajcie na Moją Pamiątkę…. Powiedział wprost : ”To jest Moje Ciało” i „To jest Moja Krew..”

Nie powiedział : Ja będę z wami w symbolu Ciała i Krwi po wszystkie czasy ….. Skoro Jemu nie wierzysz ?!-  to nie wierz także temu, co inni powiedzieli że widzieli bądź odczuwali w przeróżnych sferach swojego życia; Na przestrzeni historii….Są, byli, i będą ludzie, którzy pozostaną na płaszczyźnie zmysłowej i doświadczalnej – Niech sobie będą ….ale dlaczego ja mam swoje myślenie i widzenie, tak zawężać oraz spłycać by im się podobać?! Niech ci, co „nie wierzą w nic” kłopoczą się by pojąć nasze myślenie, a nie my ich… Bo, dlaczego ja mam wyzbywać się pewnych prawd i przekonań, aby na siłę : „ślepego prowadzić na strzelnicę !?”

Jeśli niewidomemu powiem o tym, jak spalił się (doszczętnie !!!) kościół w Wenezueli , lecz Hostia Św. przechowywana w cyborium (metalowe naczynko) w samym środku i jądrze tej ogniowej katastrofy, ocalała nienaruszona….świadczyć to będzie, o cudzie czy o stopniu jego wiary… ? Czyżby więc, tylko podróż tam, niewidomego i „dotknięcie” owej Hostii miałoby obudzić  jego wiarę ..!? „Błogosławieni” nie ci, co ze „szkiełkiem”, mikroskopem i laserem docierają do Prawdy, ale ludzie prostego serca . „Błogosławieni”, nie ci co widzieli , ale ci co uwierzyli dzięki słowu….Czy błogosławionymi mieli być tylko ci, co widzieli cuda Jezusa albo ich doświadczali na sobie….? Ich była garstka … A inni oraz my, co mimo tych trudności wierzymy, czyż nie podlegamy owemu błogosławieństwu !?.. ”Wiara rodzi się ze słyszenia, a tym co się słyszy jest Słowo Boże” czyli słowo Prawdy mówiącego Boga i o Bogu. I…. nie ma innej drogi, do uwierzenia i zbawienia…! Podobnie ma się sprawa z wydarzeniami w Sokółce na Podlasiu. Mówi się wreszcie : „Cud eucharystyczny w Sokółce”- mówią wierzący. A sceptycy i agnostycy ciągle powątpiewają…..”Słowo przyszło do swoich a swoi GO nie przyjęli….”(św. Jan, Apokalipsa)

O KAPŁAŃSTWIE

 

„Nauczycielu które przykazanie w Prawie jest największe ? „ Chrystusowa odpowiedź to : przykazanie miłości Boga i człowieka . Czyli to przykazanie wobec którego inne są wtórne, i które jest sensem pozostałych będących jego pochodną. A jak to wygląda w życiu kapłańskim? Kto kocha ten rozmawia z ukochanym i jego nie unika, ale wychodzi naprzeciw. Kto kocha ten nieustannie szuka i wpatruje się w swojego Mistrza, podziwiając Jego moc i mądrość Jego  miłości. Spotyka się z Nim w ciągu dnia, i wie że znakiem Jego obecności jest Wieczna Lampka .

I niech przestanie mówić o miłości ten, kto nie zna Eucharystycznego Przyjaciela poza urzędowymi  funkcjami kapłańskimi . Pamiętajmy że miłość nie zna powiedzenia „nie mam czasu” lub „to mnie nie interesuje” bo kiedy tak by się stało,  to już koniec kapłaństwa, miłości i zwykłego ludzkiego autentyzmu. A kto szuka Boga, ten znajduje Go w człowieku , tam, gdzie pośle Mistrz. ON nie wysyła na pustynię , ale do wspólnot , choćby parafialnych. Nie można być „człowiekiem miłości” – na pustyni. Kto kocha – ten coraz bardziej chce się spotykać; chce wiedzieć coraz więcej; chce cieszyć się wespół; chce przebywać razem. I tego, nikt mu nie może zabronić albo odmówić.

Ojciec niebieski powiedział: „Ten jest Syn mój umiłowany w którym mam upodobanie” Jeśli Bóg ma upodobanie w istocie równej sobie, w SYNU, jakiż zachwyt musi budzić obecność Syna w człowieku, obarczonym nędzą stworzenia. Z jego ułomnościami. Tam posyła Bóg swoje sługi, wcześniej pytając ich : Czy miłujesz mnie  więcej niż inni?” Skoro kapłan powiedzi`ał TAK, to od kapłana  będzie żądał więcej miłości, bo kapłan ma ją przelewać na innych . I to jest istota jego misji.

Bo miłość jest lekarstwem na wszelkie nasze niedomagania , jest eliksirem naszej kapłańskiej młodości i zapału a Waszej nadziei. Taka Miłość, na wzór Ojca i Syna,  wypełnia możliwą pustkę serca , które wyrzekło się w celibacie ziemskiej miłości. Od tej pory, miłości tej jest w nadmiarze, bo stanowi nić porozumienia z Bogiem – swoim Mistrzem i – z ludźmi. A Duszpasterstwo –  to drogi przekazywania ludziom owej Bożej miłości. To topienie lodowatych ludzkich serc poprzez mówienie im, iż Bóg ich kocha i tej miłości nie można zachowywać tylko dla siebie. Miłość prawdziwa to zaprzeczenie egoizmu. To tłumaczenie nieprzygotowanemu człowiekowi , że Miłość można odnaleźć w krzyżu, we własnym cierpieniu, w upodlonym człowieku, nawet w – z pozoru obcym mi – bracie. Czyli Miłość jest skuteczna – bo nie zadawala się słowem; Miłość jest żywa – nie dokonuje dwa razy tego samego; Miłość jest niespokojna – szuka i odnajduje zagubionego człowieka; Miłość jest twórcza – stawia na nogi człowieka poranionego . Miłość jest niespieszna- bo zatrzymuje się przy człowieku. I, takiej miłości , w ten sposób rozszerzanej oczekują od Ciebie – księże Jakubie –  parafie . Amen

 

„Obyś był gorący albo zimny…”

 

Stawiamy piękne i wysokie budynki , budujemy parki rozrywki, parki wodne czy ekskluzywne SPA. Odbywamy dalekie podróże, ekscytujemy się sportami ekstremalnymi – ponieważ ciągle jesteśmy smutni. Czegoś nam brakuje; jesteśmy wiecznie nienasyceni i niezadowoleni. Nurzamy się w różnych uzależnieniach, i popadamy we wszystkie możliwe,  nałogi. Sami nie wiemy, co nam może dać choćby namiastkę szczęścia, które na dodatek i tak, każdy rozumie po swojemu.

Można to wyjaśnić teologicznie : Bo nie szukamy Jezusa, Chleba Życia mogącego nam dać zadowolenie duchowe a  więc niezaprzeczalne szczęście, bo wieczne trwanie w nasyceniu. Pomijamy Chleb, który z nieba zstąpił, aby żywić, leczyć i  uzdrawiać nasze dusze .A  jeśli już, tu do ołtarza przybywamy, to i tak prosimy GO – o chleb materialny , o zdrowie, szczęście doczesne;  dla nas czy dla naszych dzieci, czy nawet o pomyślność materialną. I to jest rzecz oczywiście słuszna i chwalebna . Pracujemy harujemy od rana do nocy, aby coś zyskać i mieć .A  gdy już to mamy, myślimy o tym jak to zabezpieczyć i uchronić. Jednocześnie każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek wie, że to co zdobywamy z takim trudem, z każdym dniem tracimy, czyli w naszych oczach, ma to coraz mniejszą wartość; ponieważ każdy dzień, przybliża nas do śmierci. Która przyniesie nam albo wieczne szczęście albo wieczne potępienie. W ten sposób rośnie w nas smutek i niepokój. Bo jednak boimy się tego potępienia. Wielu jest takich nieszczęśników, co zapominają że człowiek to także – Dusza. I Ona potrzebuje innego pokarmu , innego chleba.

Dlatego pojawiają się wśród nas psychopaci, histerycy, frustraci i ludzie w różnych stadiach depresji. Potem swoimi lękami i psychozami obarczamy i utrzymujemy sztaby psychiatrów, psychoanalityków i wróżbiarzy i zwykłych hochsztaplerów, którym gotowi jesteśmy uwierzyć.   Tylko nie Chrystusowi. A potrzeba naprawdę niewiele. I my też nieustannie szemrzemy tak jak żydzi, gdyż nie rozumiemy. Bo nawet najwięksi teologowie mogą do tej tajemnicy Eucharystii co najwyżej – przybliżyć się.

A pomyślmy,  gdyby dano człowiekowi żyjącemu sto lat temu do ręki komputer z jego wspaniałymi możliwościami, czyż ze zdumienia nie wykrzyknąłby :”To cud!”. Tak jest też z Eucharystią! Być może za sto lat tak o nas będą myśleć. Nie starajmy się dotrzeć do „mózgu” komputera, ale cieszmy się jego możliwościami. Nie starajmy się ludzkimi pojęciami i rozumowaniem pojąć cud Eucharystii i mówić, że tego nie da się wyjaśnić racjonalnie. To kwestia wiary. Powiedzmy też: „TO CUD” i cieszmy się tym, co on nam ofiaruje.

Jeśli więc św. Paweł mówi: „Dla mnie wierzyć to zysk..” wielu zgadza się z tym bezapelacyjnie, bo jeśli Jezus obiecał wierzącym życie wieczne za życie prawe CZYLI ZA – staranie się o życie zgodne z Ewangelią, to nam ofiaruje szczęście wieczne.

A gdyby „niczego nie było”, po tamtej stronie jak chcą niektórzy, to nie będzie komu i kiedy żałować ! „no bo przecież tam „nic nie ma” Bo kto i przed kim mógłby wylewać swój ból, skoro wszystko się skończy? Ale gdy jednak COŚ JEST  to jesteśmy wygrani! To  czysta kalkulacja, którą tak lubimy. Czyli nie będzie straty tylko pozostaje  zysk. Bogu niech będą dzięki!

Żal i trwoga może pojawić się tylko w chwili naszej agonii, na czas której można mieć w świadomości, np.obrazy notorycznie oglądanych telewizyjnych nowel brazylijskich, marnych teleturniejów lub wspomnienia odbytych podróży. Albo można mieć w sercu zadatek i wizję życia wiecznego; Chleb Eucharystyczny i słowa Życia Wiecznego niedzielnych Eucharystii  Ewangelii.

W co, mądry człowieku, chcesz się wyposażyć?! W mądrość programów telewizyjnych i oper mydlanych czy w słowa Boga przeprowadzające Cię przez ten, ostatni etap naszej ziemskiej wędrówki? Jeśli wybrałeś Jezusa to bądź gorący w swoich działaniach czyli pożywaj Eucharystię, radykalnie przestrzegaj przykazań, a nie udawaj katolika będąc letnim w wierze,…. bo UWAGA!  św. Jan Apostoł w tej niesamowitej Księdze Apokalipsy powiedział wyraźnie : „Obyś był gorący albo zimny, bo gdy będziesz letni. WYPLUJE cię Bóg ze swoich ust…”(!) TAK DOKŁADNIE NAPISAŁ! Wybór więc jest prosty i logiczny. Ale nie dla wszystkich niestety.

Jest taki obraz ; Idą trzy postacie. Dwie pierwsze mają twarze smutne, ciemne, o odcieniu ziemistym i fioletowym; bo taki odcień daje ziemia. A trzecia osoba, idzie z tyłu i wpatruje się w niebo . Ma twarz świetlistą, radosną i taką spokojną . Czy to rozumiemy ?! Na którym miejscu siebie widzimy? Szczęście to bycie spokojnym, że godnie przechodząc przez życie wysłużyłem (-łam) sobie wieczne jego trwanie po śmierci.

 

Bądźmy więc ludźmi patrzącymi w górę, w stronę nieba i tam będących wartości, a ziemię z jej obrazami pozostawmy tym ludziom krótkowzrocznym, których zadowalają smętne, ziemskie widoczki i wątłe perspektywy różnie rozumianego szczęścia. Kiedy idziemy do- bądź wracamy z kościoła, tak patrzmy na tych, co w domach krzątają się wokół spraw swojego podwórka i inwentarza, i gnuśnieją, nic z tego pożytecznego nie mając, co by mogli ze sobą TAM  zabrać. Których szczęście pozostaje wiecznym, błędnym szukaniem i ciągłym rozczarowaniem. Bądźmy tymi, co wchodzą na wysoką górę nawet z trudem, a nie tymi którym wystarcza widok z jej podnóża. Którym kręgosłup pęka już od patrzenia pod nogi, a wzrok ich sięga czubka nosa i tam się krzyżuje.

 

 

 

XIX niedziela zwykła B

 

 

„Jam jest Chleb który z nieba zstąpił”

 

Jednak my również, tak jak oni – JEMU współcześni, tej mowy DO KOŃCA nie rozumiemy.  Nie po raz pierwszy Boże misterium nas przerasta i wtedy potrafimy tylko powiedzieć: „To niemożliwe” lub „to nieprawdopodobne”. Z jednej strony nie pojmujemy, co to oznacza że Jezus-Bóg, który nam się ukazał jako Człowiek, stał się jednocześnie dla nas Chlebem na życie wieczne ; A z drugiej strony nie uświadamiamy sobie, jakiego rodzaju głód ten CHLEB  zaspokaja? Nie rozumiem roli Chleba Eucharystycznego, ale wiemy za to, co zaspokaja nasze pragnienia, materialne zachcianki oraz nasze upodobania (z tym nie mamy problemu bo wszyscy umieją mówić o swoich prawach ale już o obowiązkach – raczej nie!)

Nie znamy więc potrzeb strony duchowej naszej osobowości, więc nie przywiązujemy do niej uwagi, i nie widzimy jaka jest w tym momencie rola „Chleba duchowego” czyli Eucharystii . Nie dbamy o naszą sferę duchową. Nie widzimy takiej potrzeby, do czasu duchowego załamania lub psychicznych rozterek. Odnoszę wrażenie, że jest tak, jakby ON mówił do ludzi owładniętych innymi troskami oraz problemami i dążącymi do jakiś względnych  zasad i wartości, których jedyną wartością jest – właśnie – ich „bezzasadność” i „bezwartościowość”. Jakby mówił do ludzi, nie wyrosłych na gruncie prawa Bożego funkcjonującego od XX wieków, nie na gruncie 10-ciu Przykazań i Ewangelii, ale do istot tylko cielesnych owładniętych chęcią „mieć” i „posiadać”. Bo w dzisiejszym świecie nie ma już, oprócz zawartych w Ewangelii, zasad fundamentalnych na których można budować jak na skale, dom ziemskiego przetrwania; stabilny i bezpieczny. Ewentualnie – mówi się o regułach i „jakichś procedurach” rządzących światem. Bo gdy ktoś zaczyna mówić o zasadach, to musi odnieść się do Ewangelii, więc spotyka się z  jakąś formą prób uciszeń i z uśmieszkami, a nawet z cynicznym odbiorem; Mowa o sprawach ducha człowieka, wielu się nie podoba, a zwłaszcza tym funkcjonującym na płaszczyźnie komercji :”musisz to kupić” lub „musisz to mieć”. Nie podoba się tym co sprowadzają człowieka do wymiaru konsumenta czyli przynoszącego im zyski i kokosy…

Mowa chrześcijańska o Chlebie Żywym natrafia na mur obojętności a często negacji z powodu języka będącego dla tych „ze świata” w ogóle niezrozumiałym. Jest to mowa   WIARY ŚWIĘTEJ.  Bo gdy jesteś „z ziemi” mówisz językiem ziemskim a gdy jesteś nie z „tego świta” mówisz językiem dla tych pierwszych niezrozumiałym. Dlaczego to my? mamy na siłę, ten język upraszczać analogiami i porównaniami, banalizować, sprowadzać do pułapu zrozumiałego dla tych, co sprawy WIARY mają za nic. Mówimy językiem jakby z wyższego stopnia. I niech tak pozostanie a oni niech sobie  trwają w swojej niewiedzy i beznadziei. Dla nas, tam gdzie kończą się władze rozumowe, wkracza wiara.

Dlaczego to my mamy się wysilać i o sprawach ducha mówić „językiem ciała”. Skoro się nie da. Jak chcą,  niech ONI starają się zrozumieć nasz język. A to już dla tych „ze  świata” jest często za trudne, bo nie mają narzędzia, które nazywa się WIARA. Słowa o chlebie są dla chrześcijan perełką i zawarte są w świętej księdze Biblii; to są nasze perły niosącą otuchę i  nadzieję A Chrystus nas przestrzegał „Nie rzucajcie pereł między świnie..”! Gdy nam zbezczeszczą czy sprofanują Biblię, nie pozostanie nam już nic. Nie uczy się małpę sięgać nieba na skomputeryzowanym myśliwcu F16. A  w porównaniu z Biblią, to tylko i tak, kilka ton żelastwa. Więc to oni mają problem, a nie my! Pamiętajmy,  że Jezus powiedział o nas : „oni nie są ze świata” czyli będą żyć w sferze innych wartości i innego języka. Stąd pojawiają się trudności bycia zrozumiałym.

Dlatego  już na początku rodzącego się chrześcijaństwa Św. Paweł mówił : ”Teraz poznajemy jakby w  zwierciadle, po części, potem poznamy twarzą w twarz”  zaznaczając, świadomość rodzących się werbalnych trudności jakie staną przed chrześcijanami. Dopiero po tamtej stronie w pełni zrozumiemy i docenimy to, czym jest Chleb który z nieba zstąpił. Oby dla nikogo z nas wówczas nie było za późno.

”JAM jest chleb który z nieba zstąpił” – kto ma uszy niech słucha; kto ma rozum niech  stara się pojąć; a kto ma wiarę – niech się cieszy i Bogu dziękuje. AMEN

7 Niedziela Wielkanocna B

Naszą uwagę i zastanowienie , powinno chyba wzbudzić, pojawienie się w tym momencie

(modlitwa arcykapłańska) imienia syna „zatracenia” czyli Judasza. To sam Jezus wyraźnie

mówi o jego przeznaczeniu. O tym, iż on jeden jakby „zagubił” się Jezusowi spośród

powierzonych MU wiernych. Rodzi się współczujące pytanie :”dlaczego jego akurat to

musiało dotknąć?” a także: „czy jego wina zasługiwała aż na takie potępienie ?”. Bardziej na

miejscu, jest zapytać się siebie, czy i jak my zdradzamy Nauczyciela? Czy tak bardzo różni

się jego i nasza wina? Co miał na myśli Jezus mówiąc „Syn zatracenia”…?!

Dotykamy tu problemu determinacji planów Bożych i ludzkiej wolności a zwłaszcza jej

granic. Ktoś powiedział , że człowiek jest tak wolny iż może powiedzieć samemu Bogu –

„nie”!? Bo mamy tu jakąś postać wolności bezwzględnej …ale przy jej rozstrzyganiu i

osądzaniu trzeba będzie liczyć się z bezwzględnym wyrokiem Boga …I tu mamy

nieprzepartą ochotę wziąć Judasza w obronę. „Chyba tej osobie należy się sprawiedliwy

proces” – mówimy. Ale kto chciałby być jego adwokatem…? Wobec planów Boga na nic się

zda nasza kontestacyjna aktywność. Jawi się pytanie :”Czyżby Bogu nie udało się ustrzec

przed zatraceniem Judasza?” I widzimy w nim, ofiarę złożoną na ołtarzu ludzkości, na ofierze

w „Coloseum świata”. Na ołtarzu zdrady, przekupstwa, przebiegłości, cynizmu oraz

skandalicznej nielojalności wobec Mistrza. Wynikałoby z tego, że w historii zbawienia muszą

występować ludzie w niechlubnej i moralnie nagannej roli. Mamy chęć widzieć w osobie

Judasza tego nieszczęśnika, który musiał się „poświęcić” aby plan Boga wypełnił się. Przy

tym wszystkim zauważamy za jak niską cenę sprzedał wszystko to , co do tej pory stanowiło

jego życie, pozycję, prestiż – a także …..otwarcie na nowe życie oraz w nowej .. nadziei. Dla

zilustrowania negatywnych obrazów nie musi odwoływać się do odległej przeszłości. Obok

jest wielu współczesnych „Judaszów”. Są niby JEGO uczniami albo wyznawcami więc ich

zdrady są tym boleśniejsze. Tamten nie wiedział jakie będą skutki jego wiarołomstwa. My to

dziś wiemy, a mimo to zdradzamy.

Zarzućmy już te tendencje poetycko – literackie ukazujące ogrom zła jego osoby. Zarzućmy

spojrzenie lubujące w prześciganiu się – w coraz doskonalszym ukazywaniu jego osobistej

tragedii lub co nam bardzo odpowiada, w bezimiennym usprawiedliwianiu tragedii ludzkich

zdrad.

Niepokojące jest to, iż obecnie jest tak wielu ludzi , wcale nie lepszych od niego , ale z tego

powodu wcale nie są postrzegani tak jednoznacznie pejoratywnie czyli źle…Być może

dlatego, iż potrafią oni umiejętnie ukrywać prawdziwe oblicze i formę swoich zdrad. Bo

media czy też „pijarowcy” (to ludzie od tego, jak ktoś ma wyglądać i prezentować się w TV – a

nie tego, co istotnie sobą reprezentuje) oni potrafią z „diabła w ludzkiej skórze” wykreować

świętoszka lub jako tego, który chce nim być, ale napotyka na liczne przeszkody…Przez to

ich albo nasza wina jest większa. Jesteśmy gorsi. Taki może być wniosek płynący z

odczytanej dziś Mowy Arcykapłańskiej Jezusa….Amen

 

6 Niedziela Wielkanocna (J 15,9-17)

„Wytrwajcie w mojej miłości…” to dopiero początek albo… koniec. To sposób wkroczenia

w Boży obszar Jego BYCIA . Wkroczyć i tam pozostać…Związać się z Bogiem, na życie i na

Wieczność. Bo jakże zdumiewającego odkrycia dokonujemy za sprawą słów Jezusa : Iż więź

która łączy nas z Jezusem, przy odpowiedzialnym i autentycznym jej potraktowaniu , jest taka

sama, jest takiej samej natury, jak ta która istnieje między Ojcem Synem. I oto „Coś”

Boskiego może zaistnieć w naszej rzeczywistości. „Tylko” a może „aż” tak, realnie i w ten

sposób, możemy „dotknąć Boga”. Więc nie myślmy, iż dokona się to tak, jak chciał

niewierny Tomasz. „Zmysł dotknięcia” ręką miał być początkiem wiary i afirmacji jakże

Nieprawdopodobnej Boskiej Prawdy….?!

„Trwać” jest użyte przez Jana, więcej niż 70 razy. Szczególnie ważne to dla niego słowo. Jest

to tzw. „formuła immanentności”, która stara się wyjaśnić sens teologii mistycznej czyli nauki

o przeżyciach doświadczania Boga przez nielicznych ludzi. „Trwania” czyli duchowego

przylgnięcia, kosmicznie nieprzeniknionego i niewytłumaczalnego, do niewidzialnej lecz nad

„wyraz wyraźnej” Bożej obecności. Wyjaśnia ona możliwą relację Boga i człowieka . I tak o

tym mówi np. S. Elżbieta pisząc: ”O Mój Boże , Trójco Święta, którą uwielbiam , dopomóż

mi zapomnieć o sobie , abym zamieszkała w Tobie niewzruszona i spokojna jak gdyby moja

dusza była już w wieczności”. Gdybyśmy tego prawdziwie pragnęli i potrafili się tym

ucieszyć i trwać w tej „radości” w klimacie Miłości BOGA – czas by się

zatrzymał….”Niemożliwe” wtedy staje się – „realnym doświadczeniem…” A my ciągle …

Tu… Teraz…. Natychmiast…. itd. ….

Od Zmartwychwstania mamy do czynienia z rzeczywistością duchową , a nie z jakimiś

zmysłowymi doznaniami. Wiara i „zmysły” , nie mają nic wspólnego ze sobą; A które dla nas

stają się i wydają się być, chyba jedynie miarodajne!? Tylko w „ten nowy sposób” może stać

się to, o czym człowiek myślał od wieków: Móc oscylować w kręgu Bożego Życia. I

przeżyć oraz wkroczyć w ten …„Potrójnie doskonały związek : Syna , OJCA i grupy

Uczniów wierzących , dzięki… i w …Miłość, która jest prawdziwym życiem i działalnością

Boga” (C. H. Dodd): Ten „miłosny tryptyk” staje się zapowiedzią tego, czego oczekujemy :

Czyli przeżywania „atmosfery” życia wiecznego. Trwać w Jego miłości to znaczy

kształtować , dążyć do tego, aby wszystkie aspekty szeroko rozumianej miłości, od szacunku

graniczącego z respektem po życzliwość; przebaczenie , lojalność , równość czy miłosierdzie

– dążyć do tego by one stały się naszym autentycznym odruchem i sposobem zachowań w

relacji do bliźnich. Odtąd człowiek wierzący to już nie „rytualista” , nie „obrzędowiec” (czyli

sprawujący – mające Boga przebłagać czynności , rytuały i obrzędy), ale „człowiek

doświadczeń duchowych”. Dopiero taki człowiek jest uczniem Boga i Jego umiłowanym

dzieckiem. To nakaz i życzenie Jezusa: to sens Jego nauczania: to misja Kościoła tutaj na

ziemi. Z ograniczonego i zamkniętego człowiek doświadczeń zmysłowych – uczynić

„człowieka duchowego”; Otwartego na nieskończoność i pragnącego oraz dążącego do

Są przeróżne sposoby artykulacji miłości. Prawdziwa – nie cofnie się nawet przed krzyżem,

aby złożyć swój największy dar: Życie – które jest dla nas jednocześnie naszym zdaniem i

naszą mobilizacją. Ale zauważmy, iż to „zadanie” jest czystym darem łaski. Miłość potrafi

znaleźć swoją radość, nawet jeśli jest nią : „Bycie na krzyżu”. Ale najpierw obdarza nas

swoją łaską a dopiero potem wzywa aby – „Rozszerzać wpływy miłości”. „Prowokować”

tych , co są uśpieni w swoim bezpiecznym egoizmie. „Trwają” ale w …letargu miłości

tworząc jej imitację. Ich miłość „umarła” bo nie potrafiła „infekować”. Nasza miłość ma być

dynamiczna, stwarzająca i przetwarzająca, i będzie taką jeśli będzie trwającą w Jego miłości

czyli jak będziemy rozumieli i radowali się z jej ofiary. Tak jak ON trwał w miłości OJCA

czyli w wypełnianiu bezwzględnym JEGO woli. My już mamy Chrystusowy Testament.

Wiemy jak postępować. Nie musimy już działać „na oślep”. AMEN

 

5 Niedziela Wielkiego Postu rok B

 

V niedziela W.P. rok B

…..Przybyli też Grecy…..

Grecy, o  których dziś wspomina ewangelista to prawdopodobnie poganie przychodzący ze świata, gdzie narodziła się filozofia nowożytna; Ze świata przesyconego nauką, wielobóstwem  oraz intelektualizmem. Oni już chyba poznali nauczanie Ksiąg Pisma, zbliżając się  w ten sposób do rzeczywistości wiary w Jedynego Boga; aczkolwiek rozumianej wówczas jeszcze powierzchownie i bardzo rytualnie.

Za sprawą relacji ewangelisty skłonni jesteśmy odbierać ich jako przedstawicieli, i jakby niepełną ilustrację, dzisiejszych chłodnych  obserwatorów Kościoła, którzy być może , tak jak niektórzy faryzeusze , chcieliby wdać się w akademicką dyskusję i ….próbować „dzielić włos na czworo…”

Chyba można domniemywać, iż  oni raczej nie chcieli poznać Słowa;…ale chcą GO.. zobaczyć…!? O jakie zobaczenie im chodziło ? To „zobaczenie” można interpretować wąsko, jako ciekawość postaci. Bądź szerzej jako chęć głębszego poznania. Pozostańmy przy „ciekawości”.

Prawdopodobnie nie myśleli o wierze, gdyż do niej wówczas Jezus dopiero  wprowadzał słuchaczy. Można raczej wnioskować, że zainteresowani są jakąś powierzchownością. Może tylko chcieli zobaczyć TEGO, o którym wiele słyszeli, bo w ich świecie już było o NIM głośno; Zainteresowani są raczej jakimiś zewnętrznymi atrybutami, bez wyraźnej chęci przyłączenia się do – licznej już wtedy – rzeszy wyznawców. Do tych, co już postawili na Jezusa i przejęli się tym, do czego wzywał.

Słuchając więc dzisiejszej Ewangelii, podświadomie czujemy jakiś brak ich chęci, aby przystać do tych, którzy już byli gotowi przewartościować swoje życie. Zmienić je – lub nawet porzucić dotychczasowy styl egzystencji. Do tych , którzy czuli już oszałamiającą wielkość tego, co  im  zostało obwieszczone. Grecy byli z innej kultury – jeszcze –  nie dotkniętej nauczaniem Jezusa. Przybyłych greków interesuje raczej „Opakowanie”, a nie to, co ONO  kryje. Tak postrzegani mogą być „dzisiejsi grecy” czyli ludzie też pragnący ewentualnie zobaczyć jakiś precedens; coś „nieprawdopodobnego”.  „Pokażcie  mi jakiś cud to uwierzę..” – mówią oni.

Bo współczesnemu człowiekowi, chodzi o jakąś niezwykłość, która mogłaby go pobudzić do praktykowania wiary. Do zainteresowania się tym, co głosił Jezus.  Nie dostrzegają, albo raczej nie chcą widzieć , potrzeb  dzisiejszej codzienności  krzyczącej swoim poranieniem oraz biedą. Nie dostrzegają , iż tam jest miejsce na dokonywanie cudów ludzkiego trudu oraz miłości i poświęceń. Tam gdzie „bieda i ból”, tam nie czekają na rozum i ciekowość –  tam czekają na miłość!

Zwróćmy uwagę na  nauczanie Jezusa.  „…Iż to, nie cud rodzi wiarę do jakiej ON wzywa, ale to wiara może sprawić cuda nieprzeciętności , miłości i siły – przenoszącej góry….”  Sam Jezus, nie godził się na dokonywanie cudów „na zawołanie” czy „na pokaz…”

Wszakże  w Piśmie Św. czytamy iż „…Wiara rodzi się ze słuchania – a tym co się słyszy jest Słowo Boże…”  Grecy przyszli „zobaczyć” a nie „słuchać”…  Ich można  zrozumieć. Lecz, niestety dziś dużo jest ludzi  „zainteresowanych” a właściwie – niewierzących; I to  nawet w naszym najbliższym otoczeniu. Chcą zobaczyć cud , jakąś niezwykłość, coś oryginalnego , ale nie są zainteresowani Słowem. Zwłaszcza gdy ONO zakłada wymagania, a tym bardziej – gdy zobowiązuje człowieka do czegoś; do jakiegoś wysiłku.  Stać  więc ich tylko na oglądanie niezobowiązujące ; Na bezcelową obserwację;  Na zaangażowanie – nie do końca szczere ; Bez prawdziwej bo czystej intencji by towarzyszyć JEZUSOWI w JEGO drodze krzyżowej w okresie Wielkiego Postu  (tak jak ci, co tu pojawiają się raz do roku, w Wielką Sobotę, z koszyczkiem pokarmów)  Takich jak oni – raczej nie będzie stać na konkretny czyn chrześcijańskiego poświęcenia w imię wiary. Nie są zdolni do konsekwentnego i odpowiedzialnego pielęgnowania Słowa w naszej codzienności życia. Nie należy także przypuszczać, że będą potrafili  bezgranicznie i definitywnie przebaczać w imię chrześcijańskiej miłości. Raczej, nie będzie ich stać,  na odkrycie roli MIŁOŚCI w wydarzeniach Wielkiego Postu.

 

Jeśli TY , nie jesteś całkowicie oddanym uczniem Jezusa, mimo twoich starań, to nie „udawaj Greka” przed Bogiem, czyli nie graj chłodnego intelektualisty i pragmatyka, ciekawskiego obserwatora. To na nic ! Gdyż wielu było takich, co GO zobaczyło; nawet wysłuchało – a potem GO zabili; A jakże mała – była i jest –  garstka tych, co nie wstydzą się stać pod krzyżem… I nie kryją się przed tym, by zostać dotkniętymi  Krwią Eucharystyczną.

A czy ty jesteś… czy twoje życie…. jest naznaczone Krwią Baranka ? Czy może tylko sprawiasz swoim życiem , że te rany nieustannie krwawią ? Przyszedłeś tu „zobaczyć” czy  doświadczyć „dotknięcia Bożej łaski” …?   To pierwsze raczej ci się nie uda…. A to drugie, też może ciebie przerosnąć jeśli nie otrząśniesz się z nieodpartej potrzeby i chęci „zobaczenia” …BOGA .

4 Niedziela Wielkiego Postu rok B

 

Nikodem to dość tajemnicza postać w Ewangelii. Zastanawiająca jest tez ilość tematów dotkniętych w Ich rozmowie. Zaczynają od Mojżesza. Zawarta w tej rozmowie apologia Jezusa zostaje znowuż objawiona komuś „spoza” (Kościoła ).Przyszedł zbawić świat, a nie potępić. Nikodemowi „udało się”. Niektórzy zapytają się dlaczego pominięci zostali „godniejsi” (a kto jest godniejszym?!!)…konstatujemy, że ON faktycznie przyszedł do tych co „poginęli”…

Tak będzie dokonywało się „docieranie” do tych, którzy  albo tego nie chcą albo nie zasługują na To. Ta bolączka tkwi w Kościele do dzisiaj. Niektórzy nigdy nie będą zasługiwali na miłość jaką chce Bóg im ofiarować. Odejdą z tego świata nie zaznawszy JEJ, z własnej winy i przemyślanego wyboru. Ale Tego „Dawcę” miłości, nie sposób zrozumieć gdyż on wymykają się zdrowemu rozsądkowi .Ludzie kochający też .. Miłość to, tak wielkie oraz uniwersalne uczucie, że w przypadku Boga i człowieka kieruje się tymi samym prawidłami. Nie będzie więc tak zabiegał o tych „sprawiedliwych. Oni już mają łaskę poznania i rozumienia. Ale za to- ani im się śni – Bogu dziękować … Może więc dlatego Bóg przesuwa akcent…? Mijając mnie i ciebie swym wzrokiem…i swoją łaską…

Znajomość Jezusa czyli akceptacja Jego orędzia to głębiny nieprzebrane. Jego „paradoksy” są nie do ogarnięcia tak jak precedensy. Zgadzamy się z nimi i nie polemizujemy. Nie czujemy się na siłach , aby dokonywać ( według  nas) – niepotrzebnych zmian.

A naśladowanie GO ..?!to też niełatwe, a czasami wręcz „niebezpieczne” dla mojego stylu życia,  gdyż nie wiadomo gdzie ON mnie zaprowadzi i do czego wezwie…? Wiemy, iż prawie każdy święty był „szaleńcem”…Czego ode mnie może zażądać..? Bo ja przedkładam swoje bezpieczeństwo nad przygodę i szaleństwom jakie MU się podobają. Boimy się to stwierdzić, iż .,.świętość nam nie pasuje gdyż wolimy i musimy, twardo stąpać po ziemi. ..a nie bujać w obłokach i „rozmawiać z roślinami…”

Wynika to, z braku bezgranicznej i bezwarunkowej akceptacji Jego Osoby. Z powodu ..?! 1. Po pierwsze to nieznajomość Słowa, które do nas wypowiedział. Nikodem mógł zapytać .My jesteśmy zdani na siebie dlatego też często popełniamy błędy. Zamiast wczytywać się w Ewangelię – my lubimy ploteczki, tanie sensacyjki, kicz i niewymagające namiastki .Nie znamy ducha Jej stron, aby zatrzymać się i skomentować kompetentnie.. I z zaangażowaniem. Zadowalamy się „ciasteczkami” jakie nam są podsuwane i nie przyswajamy już Chleba, który daje Życie.

2.Nieznajomość czasów w których przyszło nam żyć. Ewangelii nie można przyswoić siedząc wygodnie w fotelu popijając whisky. Gdyż wówczas będzie wydawała się zbyt paradoksalna a czasami nawet trywialna. Jej moc przejawia się w życiu w czynie, w mozolnym wzrastaniu. Istnieją gwiazdy od których odbite światło dociera do ziemi po tysiącach lat. Ewangelia może rozświetlać każdą epokę i pobudzać do tworzenia ciągle  nowego „światła”. Kto odcina się od życia ,odcina się od zrozumienia Ewangelii. 3. Trzecią przeszkodą w rozumieniu paradoksów Jezusa jest odrywanie ich od życia. Największą zdradą jest zepchniecie Jej w świat abstrakcji, oderwania od życia, popchnięcia w kierunku mistyfikacji. Przypięcie Jej etykiety „Nieprawdopodobna”. Nie wolno robić z Niej „Białego Kruka”. To jest skutek naszego „instynktu obronnego”; To nasz ekskluzywizm, bo mamy obszary, do których dostępu nie ma nawet spowiednik.

A przecież Ewangelia nam nie zagraża. Chyba, że boimy się Jej ujawniającego blasku. Gdy jest światłem dekonspirującym nasze uczynki , nawet myśli , dlatego Jej nie „miłujemy”. Wygodniej jest nie wiedzieć czego nam nie wolno. Zło ma to do siebie, że przywiązuje i uzależnia. Zawsze jest „łatwe” więc nie chcemy wiedzieć jak wygląda Prawda Wymagająca. I to jest właśnie umiłowanie „ciemności”.

W ciemności zanurzeni są ci, którzy zaprzeczają prawdzie życia Jezusa uważając Ją za jeden ze światopoglądów nas nie obowiązujących. Dla wielu to odpowiada gdyż można zabijać nienarodzonych, starszych i niedołężnych poddawać eutanazji, można bez ograniczeń zaspokajać swoje zachcianki i popędy. Życie w „półmroku” jest wygodne, bo zawsze można zastosować zasadę: „In Dubois libertas”. Kto ucieka od światła temu nie zależy na osobistej przemianie – ten został już osądzony. Potępiony.

1 Niedziela Wielkiego Postu rok B

 

„Nie będziesz wystawiał Pana Boga na próbę…” – to odwieczna pokusa człowieka chcącego Boga sprawdzać albo wyważać : „ile jeszcze można igrać sobie z Prawem Bożym”, przykazaniami , badając Jego wytrzymałość. „Jeśli jesteś Bogiem zejdź z krzyża i ukarz mnie….” – bełkoczą zuchwalcy. A dalej „Panu Bogu swemu będziesz oddawał pokłon….” – to wykluczenie wszelkiego kompromisu  jeśli idzie o Boży priorytet w naszym życiu; o naczelne miejsce Bożych drogowskazów w naszej teraźniejszości.  A jest tyle dóbr i przyjemności -jakie z  tymże Bogiem – konkurują i stale są nam podsuwane by z Bogiem konkurowały o pierwsze miejsce w naszej psychice i w naszym życiu.

Ulicą szły :stara kobieta i mała dziewczynka. Tak wygląda dzisiejsze chrześcijaństwo. Religia starych kobiet i dzieci…Za życiem podążamy z pewnym dystansem. Tylko zachowywanie i kultywowanie tradycji i trzymanie swych członków jak najdalej od intensywnego życia by za często z nim się nie spierały i  licytowały. Dominuje wśród nas mentalność „defensorów” albo raczej asekurantów. Z powodu nikłej znajomości kompendium naszej wiary jakbyśmy nie chcieli wdawać się w jakikolwiek spór z obecnym życiem .

….I tak, złem jest pocałunek mężczyzny w publicznym miejscu; wystrojona kobieta , niewielka (wg. naszych wyobrażeń!) długość spódnicy; szorstka wesołość młodych, mięso w piątek ; taniec w Adwencie. I wciąż tylko jedno :wystrzegajcie się grzechów; nie ryzykujcie; Nie dyskutujcie ze światem byście za bardzo nim się nie „pobrudzili”. Mówi się czasem że chrześcijaństwo ubezwłasnowolniło człowieka i sprawia, że jest on nudny i smutny. Za mało w nas radości, uśmiechu, spontaniczności , gotowości do otwarcia się na „życie”. Tak jakbyśmy stale czegoś się bali, a jeśli już nie na zewnątrz naszej religii to troskę naszego wierzenia – pochłania nienaruszalność ortodoksji.

Kto nam ofiaruje tylko „chleb” doczesny ten chce odegrać rolę kusiciela z pustyni. Nie przeszkadza nam to doceniać rolę rolnika, kolejarza czy piekarza oraz pieniędzy i Słowa Bożego. Kiedy patrzymy na witryny sklepowe oferujące wszystko dla ciała , pomyślmy wówczas także o szczęściu wiecznym , o spokoju ducha; o naszych wewnętrznych oczekiwaniach i spełnieniach. Kto nam to może zaofiarować?

Jeśli wiec chcemy żyć w pełni , cieszyć się i czerpać z życia co dla nas najlepsze to mamy tylko jedną odpowiedź na rozterki duchowe. „Odejdź szatanie!!!” Kiedy nasila on swój atak. Wówczas nawet nie wiemy jak, ale przystępują do nas aniołowie, i nam pomagają.  Czujemy tylko to, że „coś” lub  „ktoś” nas wsparł i podpowiedział. Że „coś nas prowadziło”. Chwile pustki wnętrza, a ono nie lubi pustki – trzeba natychmiast wypełniać treściami adekwatnymi bo przyjdzie on i napełni nasze życie szczątkowymi treściami, takim „ziemskim chlebem” czyli egzystencjalną papką…(to takie bajdurzenie o życiu i sposobach radzenia sobie z nim w stylu wróżek i wróżbitów zza siedmiu gór ?!! ) Niektórzy bredzą coś o jakichś przypadkach czy też  „szczęśliwych zbiegach okoliczności” …

A czy wydarzeniami z życia nie posługują się aniołowie ?! Czy nimi nie posługuje się Bóg w historii człowieka ? Potem nazywamy to cudami…Tak jak tutaj. Cudem PRZEMINIENIA.

Na statek pozbawiony sterowności czyhają różne niebezpieczeństwa. Rafy i mielizny duchowe. Kuszą niby powabem, a właściwie to łatwością i nie wymagającą wysiłku akceptacją: „Jesteś wolny i wszystko ci wolno” – dlaczego więc nie spróbować?!…”Kto nie ryzykuje ten niewiele przeżyje” – ale też wiemy że „saper myli się tylko raz…” Jeśli jesteś roztropny (?!) to o swoje życie nie zagrasz „va banque”.

 

2 Niedziela Wielkiego Postu rok B

 

Wyobraźmy sobie, że komuś na naszych znajomych zaproponowano fotel ministerialny. Mamy swoje  miejsce pracy, ustabilizowane życie i stosunkowo mocną perspektywę przyszłości. Spotyka nas… czy też „jego” minister, i mówi : „Zostaw wszystko , wypowiedz pracę i przyjdź do mnie bo potrzebuję zaufanych ludzi”. To obietnica kusząca – przyznamy chyba wszyscy. Wyrażamy więc zgodę. Początkowo wszystko dobrze się układa. Przywykamy do splendoru i nowej stabilizacji. „Nasz minister” mówi nawet o swoich planach nadziejach , o propozycjach na wyższe stanowisko. A może i nawet szczęście…. Nagle jednak sytuacja się zmienia. „Nasz minister” wspomina coś o możliwości nadejścia końca swojej kariery. My to rozumiemy, jako i też nasz, osobisty los. A on nawet mówi o tym najgorszym – o śmierci. I to nagłej…Przestraszymy się . To jest normalne. Bo jak JEGO będą bić czy poniżać tak również i nas….

Przytoczona  projekcja jest po to, abyśmy lepiej zrozumieli położenie duchowe apostołów gdy po usłyszanych opowieściach Mistrza , o Jego Królestwie, co ma objąć wszystkie narody i w którym obiecał Piotrowi jakiś „prymat”…oznajmia nagle, iż wybiera się do Jerozolimy gdzie czeka GO prześladowanie i tragiczna śmierć. A przecież oni by pójść za NIM zostawili wszystko dla JEGO perspektywy : dom, ojca i matkę, żonę i dzieci. I oto ich piękne sny ON rozwiewa w coś, o czym nawet nie chcą myśleć. Dzięki Bogu, że my nie musimy nic zostawiać, a tylko zdecydować się na wybór czegoś piękniejszego i pełnego nadziei. Stanięcia na stabilnym gruncie mimo, iż jest on duchowy… Może i trudniejszego, ale nie przeżywamy takiego zawodu jak oni.  Upewnia nas w tym, wielowiekowe doświadczenia licznych pokoleń.

Zastanawiali się uczniowie, czyż ON właściwie i naprawdę  założy to obiecane królestwo..?! Nie rozumieli tego, bo widzieli w tym , jedynie jakieś doczesne imperium. Z tymi myślami pozostawieni zostali na cały tydzień, by wtedy zabrać ze sobą wybranych by w ich duchowe ciemności wlać nieco światła zrozumienia. Spróbować wprowadzić ich w inny stan rozumowania. Wymóc inny sposób dedukcji. Dlatego ich uszom i oczom musiał ukazać całkowicie inną, bo Bożą perspektywę rzeczywistości „przemiany”; przemiany tego, co materialne. Daje się słyszeć wewnętrzny i nie tylko głos niebiańskiego pochodzenia : „Jego słuchajcie…” I nie tylko wtedy, kiedy mówi o powodzeniu , ale i w zmartwieniach, smutku, śmierci oraz innych tragicznych doświadczeniach naszego życia.

Chętnie do Boga się zwracamy kiedy w życiu wszystko się powodzi, i do czynienia mamy tylko z radosną rzeczywistością. Kiedy karta się odwraca, nie pamiętamy ani nie chcemy słuchać głosu TEGO, co może być ukojeniem i jest sprawcą wszelkich doświadczeń

Dlatego po tym wydarzeniu zabrania im mówić, o tym co zaszło, aby nie wzniecać na nowo w nich i innych ludziach fałszach mesjańskich i jakichś mitomańskich nadziei. „Że zwycięstwo nad rzymianami.. „, „że utworzenie światowego królestwa… „ Ich królestwa.

A nauka dla nas… ?! Przede wszystkim „Jego słuchajcie” a nie tej sieczki werbalnej jaka jest nam sączona do głów ze wszystkich stron i w przeróżnych mediach. Nie dawajcie się zwieść, że wszystko możesz osiągnąć bez jakiejkolwiek ofiary i poświęcenia. Że tylko wartościowe jest to co piękne, zdrowe i młode. Mające wymiar komercyjny. Zrozum w końcu to , że aby osiągnąć trwałe i wieczne wartości należy się teraz „przemieniać” i przemieniać uzyskując wyższy stopień świadomości polegający na oderwaniu się od tych doświadczeń , co bazują na słuch, dotyku , wzroku. To nauka Jezusowa wyrwała nas , ale nie wszystkich , z poziomu życia zmysłowego- zwierzęcego, na wyższy stopień duchowej świadomości. Ona określiła nam jasno skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy”. ( kto może niech przeczyta książkę Ebena Alexandera „Mapa Nieba”; po tej lekturze otwierają się oczy największych niedowiarków i sceptyków) . Można posiąść „wiedzę” o niebie lecz to wymaga dwóch rzeczy : wiary i wiedzy…(tej naukowej też ).

BY uwierzyć w Jezusa to znaczy przejąć się tym, co ON mówi; Należy przekonfigurować nasze myślenie nasterowane na „percepcję ziemskości” czyli materialności i wyrabiać w sobie wrażliwość na dostrzeganie pozasensytywnych (nie tylko zmysłowych ) „dotyków” świata duchowego z  jakimi  mamy nieustannie do czynienia. Bo jak pisze Eben Alexander: ”Wierzę, że niebo czyni nas ludźmi , dlatego jeżeli brak nam wiedzy o tym , skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy – czyli o naszej prawdziwej ojczyźnie – Życie nie ma sensu…”.  Wówczas jesteśmy lub stajemy się podobni – do zwierząt i roślin.

 

3 Niedziela Wielkiego Postu rok B

 

Nie wnikajmy w istotę rozłamu między Samarytanami a Żydami. To nic nam nie da. Spotkały się dwa odwieczne Symbole antagonizmów, z których Jeden w ogóle nim nie był. To natomiast był kolejny paradoks Jezusa, z którego uczynił ON wspaniałą Konsekrację – ta kobieta odeszła zaniepokojona, ale i wewnętrznie odmieniona. A ON pozostał niewzruszony na prowokację jaką była jej niechlubna przeszłość. Powiemy dziś : było to spotkanie Świętości i grzeszności. W tym zajściu był również taki ból, iż ona wiedziała, że przeszłość była zupełnie nie psującą dla jej twarzy – maską, którą na jej oblicze założyło życie. Nie ocenia jej Jezus  po zewnętrznych pozorach i jakiejś opinii a może nawet i wyraźnych śladach jej fizjonomii; co nam się tak często przytrafia łącznie z natychmiastową dyskwalifikacją , ale rozpoczyna z nią dialog. I oto… Jezus idzie dalej ; to znaczy objawia (wyjaśnia) jej tajemnice swojego Królestwa. Robi to wobec kogoś, kto na to zupełnie nie zasługuje ( według naszej mentalności i naszego mniemania ).Mówimy jeszcze: „cóż za nietakt” – „nie znalazł nikogo godniejszego..?!” Później zadziwi ich i … nas, jeszcze bardziej gdy zagości u celnika; czy w dialogu z tajemniczym Nikodemem. A już szczytem Jego „naiwności” było przebaczenie prostytutce oraz „zatrzymanie” się, w chwili pośpiechu , przy małym Zacheuszu.

Wracając do Samarytanki – trzeba jej było wyłożyć treść jej prowokującego życia , aby zaczęła się na poważnie  niepokoić. Jaka więc jej zasługa….!?

Sytuacja się powtarza . Lud szemrzący na pustyni to my. Robimy to, czego robić nie wolno, a przy tym wystawiamy Boga na próbę. Odsłaniamy w sobie mentalność kupiecką: „ my będziemy uczestniczyć w Twoich planach, ale TY nam daj to, czego nam w danej chwili  potrzeba” – najczęściej „chleba”. To nasza karta przetargowa .Więc, my tak jak i ona,  nie wiemy w czym uczestniczymy . Tak jak ona wodę odebrała bardzo naturalistycznie, tak i my nie docenimy darów, jakie Pan zsyła nam w codzienności. Mówimy :”Może to i mało prawdopodobne ale …..”

Chyba nie spodziewała się , iż po tym spotkaniu zostanie zaspokojone jej chwilowe pragnienie. A tu …? Przerasta to jej… i nasze wyobrażenie . Wiemy także, iż po spotkaniu z Bogiem człowiek nie może pozostać takim samym, obojętnym i nieporuszonym. My po dwudziestu wiekach i ciągłego kontaktu „Z Wodą Życia” doszliśmy do takiego stadium zobojętnienia że chleb niebiańskiego pochodzenia traktujemy jako integralną część naszego świata i naszej codzienności.  I to jest chyba nasz główny grzech…”

 

 

2 II 2015 r.

OFIAROWANIE PAŃSKIE – M.B.GROMNICZNEJ

 

„A Dziecię rosło i nabierało siły” . Dzieci , dorastając wybierają drogi samodzielności  i wolności. Wybierają często drogi będące mirażem,  ułudą i grą pozorów; Dające tylko namiastkę i wykoślawiony obraz wolności. Dziecko rośnie . Zaczyna chodzić. Tak, że wnet odchodzi z domowego  żłóbka. I niejednokrotnie trzeba Go poszukiwać. Nie bójmy się tych słów że : „Dziecko w żłóbku jest dla nas bardzo wygodne”. Podlega naszej władzy. Możemy JE głaskać; obsypywać naszymi pieszczotami. Możemy się nad NIM rozczulać.  Dziś GO po raz pierwszy, ale świadomie  i w miejsce godne oraz bezpieczne – wyprowadzają JEGO ziemscy Opiekunowie. Do świątyni Pana . Dla wielu z nas ideałem byłby żłóbek wystawiony przez cały rok. Dobrze nam wychodzi ukazywanie ckliwej strony naszej wiary.  A tymczasem trzeba będzie pójść za NIM, niejednokrotnie obwieszczając to wszystkim wokół. Dla nas, i dla wielu innych , tzw.  „obserwatorów”,  może to być niewygodne i prowokujące.

 

Dzieci odchodzą, tak iż często się gubią w tym świecie frymarczenia , świecie korupcji, ułudy, tandety, kiczu  i lansowanych bezwartościowych ideologii . Odchodząc wprowadzają nas w straszne – zakłopotanie . Stwarzają niewygodne dla nas sytuacje. Tylko pewna część rodziców gotowa jest pójść za swoimi dzećmi na „golgotę” ich życia. Niektórzy mówią  :”Ja już nie mam siły”; lub „To jego życie, jego wybór ”. Dezerterują. Tak dziecko ginie i popada w kręgi zła . A my potem pytamy się „zatroskani” : ”A skąd tyle zła w tym świecie …?! ” lub „Dlaczego nas to spotkało?” Bez Boga, bez duchowych przewodników, bez rodziców, pozostawione samemu sobie , bez wsparcia i opieki ,dziecko łatwo wpada na szatańską karuzelę, która wiruje z coraz większym impetem. „Zło jest brakiem dobra” – to definicja filozoficzna. Tym „złem” w tym przypadku jest „brak rodziców” tam, gdzie ich nie powinno zabraknąć..

Tak, i temu Dziecku roztoczył mędrzec, prorok Symeon tragiczną perspektywę.  ONO też odejdzie. A Matka pójdzie za NIM lecz nie będzie MU mogła pomóc. Symeon Jej „błogosławi”, a ściślej – GRATULUJE – , Również tego współcierpienia… Bo Ona świadoma konsekwencji przyjmie  cierpienie, niewiele mniejsze od SYNA . ON będzie realizował – nie swoją wolę – ale plan OJCA. Najpierw będzie Światłem Prawdy bo odsłoni hipokryzję obłudników,  którzy swoje zło zawijają w szaty sprawiedliwości i parlamentarne garnitury. Przez to ON wielu pozyska; Tych, którym zależy na życiu w prawdzie ; Którzy za nic  mają względy ludzkie i tą opinią się nie kierują. Ale będzie miał też wielu przeciwko sobie. „Ludzi ciemności”, którzy hołd oddają temu , który ciemności ma za swoje naturalne środowisko działania.  Sprzeciw przechodzi łatwo w nienawiść. Nienawiść prowadzi do zemsty. Zemsta będzie GO opluwać, wyszydzać, kpić. Gdyż jest cyniczna.

Zastanawiać nas może zdziwienie Matki na słowa usłyszane na JEGO temat  ? Sądzę, że dziwiła się ludzkiej reakcji na OSOBĘ Jej SYNA  po wybrzmieniu słów proroka  Symeona. Zdziwienie to trwa do dziś, przyjmując formę negacji i odrzucania JEZUSA. Mimo wiedzy o precyzyjnym spełnieniu się wizji proroka.

Niemądrego , głupiego człowieka Pismo Św. porównuje do obłoków , które płyną w tym kierunku w jakim wiatr zawieje. Namiętności ciskają go w różne strony, ale nigdy w kierunku kościoła by tam ofiarować się TEMU, kto jest jedynie godnym tego aktu. On przez życie bezwiednie dryfuje , a nie płynie świadomy swojego kierunku.  Człowiek rozumny odwrotnie – wcześniej już wie, gdzie chce iść, i jak tam dojść; Zawsze postępuje świadomie i planowo. Nigdy nie mówi : „jakoś to będzie!” Wie, na czym polega ofiarowanie siebie Bogu i jest to  zawsze przemyślaną,  pokorną i odpowiedzialną decyzją.

Jezusa dziś ofiarowano BOGU dla wypełnienia woli tegoż OJCA . To jest czas ofiary. Dla nas także. Czas zapomnieć o dobru jakie wykonaliśmy. Bo bardzo niebezpiecznie jest zbyt długo cieszyć się i bawić swoim udanym dziełem .”Od podziwu dla dzieła – łatwo przejść do podziwiania – jego twórcy”; wówczas zazwyczaj wpada się  w zarozumiałość i pychę.

Kiedy skończyliśmy jedno dzieło, należy natychmiast rozpoczynać kolejne. Inaczej grozi osłabienie zapału, apatia i bezruch w obliczu czyjejś potrzeby i biedy – Więc  – my ofiarujmy swoje codzienne troski i starania, za zbawienie tych, co upadną niechybnie. BY znaleźli się w miejscu gdzie, mimo wszystko, będą mogli wiecznie radować się  ze swojego powstania. Miejmy nadzieję, że wespół z nami…..  Też  mimo wszystko….   AMEN

11 I 2015 r.

CHRZEST PAŃSKI

Człowiek jest istotą cielesno – duchową, i żyje takim życiem niepodzielnie. A nie ma w przyrodzie drugiej takiej istoty , która mogłaby „na raz” mieć dwa życia. Człowiek w jednym przypadku może posiąść oba życia , niczego definitywnie o tym duchowym nie orzekając – bo i skąd ma to wiedzieć ?! Żadna wiedza naukowa , doświadczalna czy eksperymentalna ani żaden system naukowy czy filozoficzny – nic mu o tym nie powie . Człowiek – to czuje intuicyjnie , że coś się w nim nieustannie dokonuje i URZECZYWISTNIA ; To coś, nieokreślonego i pięknego, zauważa poprzez wsobną i głęboką refleksję

O tym także mówi mu objawienie Boże . Mówi mu o tym – sam Chrystus.

To wiara daje podstawę i pewność przekonania, że człowiek może żyć życiem, co z przyrody się nie wywodzi , lecz jest darem Ducha Świętego. Nie rodzi się z przyrody  , czyli nie powstaje z aktu rodzenia ani z przyjmowania pokarmów, ani ćwiczeń jogistycznych , ani ze studium naukowego. Nie potrzebuje nikogo ani niczego, do zaistnienia  lecz rodzi się przez WIARĘ   stając się rzeczywistością w człowieku przez akt twórczy BOGA. Przez CHCRZEST ŚWIĘTY czyli poprzez zstąpienie w ludzkie jestestwo JEZUSA, pod postacią niewidzialnego DUCHA..

Życie Boskie w człowieku nie przypomina żadnego z tych zjawisk jakie obserwujemy w przyrodzie : ani symbiozy ani pasożytnictwa. Tych dwóch stanów , dwóch żyć , w żaden sposób zestawić lub kojarzyć ze sobą nie można Gdyż żadne nie żyje kosztem lub za pomocą drugiego. Ono wywodzi się spoza przyrody człowieczej , aczkolwiek w człowieku się dokonuje i przebiega, stanowiąc nieprzeniknione misterium (tajemnicę). A jeszcze dokładniej – Boską tajemnicę Jego obecności – w każdym człowieku.

Tak więc, nam którzy otrzymaliśmy chrzest DUCHA, czyż jeszcze tylko nie chrzest modlitwy i adoracji jest nam potrzebny ?! Bo tylko wtedy przeżywamy świadomie – stan swego Bożego Synostwa . Kiedy spotykamy się we wspólnocie Kościoła , mamy spełniać te dwie funkcje : Janową i Jezusową. Udzielać chrztu i Go przyjmować. Wiemy dobrze , że „gdzie dwóch zbiera się w imię Jezusa” –  tam i ON jest obecny . Scena nad Jordanem to nasza kościelna rzeczywistość . Jednym z tych DWÓCH  jest Jezus, a drugim Jan . Jan to MY!  Jeden, aby nakłaniać do pokuty , a Drugi aby pozwolić się do niej doprowadzić. Nie wyklucza to spełniania jednocześnie obu funkcji . Wtedy, Obaj wysługują sobie nawzajem chrzest. I nie oznacza to tylko werbalnej inicjatywy (tylko słownej), bo jak w przypadku Jana może ona wstrzymywać i wzywać do zachowania dystansu. „Jak to TY przychodzisz do mnie ..?!” – Pyta zdziwiony Jan. ….

Czyny są bardziej przemawiające i owocniejsze. Czasami nawet pełne godności milczenie może skutecznie przywieść drugiego do poprawy. I to jest jeden z największy sensów naszych wspólnych zgromadzeń. Tak ! Często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo sobie pomagamy . I przy tym upodobniamy się do Chrystusa oraz pobudzamy siebie nawzajem do pokuty . Chrystus jako pierwszy wstąpił do wody oczyszczenia. My zróbmy to za NIM.   Odrzućmy wszelkie konwenanse.

Myli się ten, co myśli, że jego godność lub powaga nie licuje z  upokarzaniem  się i przyznawaniem do przewinień . Postawmy się w roli Jezusa i zapytajmy się co znaczyło:  Dać się ochrzcić czyli uczynić pokutę w sytuacji braku jakiejkolwiek winy …?!  Pomyślmy . Czy nie jest budującym  będąc nieporównywalnie większym, stać się mniejszym !? To jest krok w stronę nieba , a nie w stronę jakiegoś pomylonego koniunkturalizmu. O wiele łatwiej jest udzielać napomnień innym , niż je samemu przyjmować. W geście uniżenia następuje gest wywyższenia. Wchodząc do wody jako sługa – wychodzisz jako Syn. Odkąd Jezus stał się Człowiekiem odtąd połączył dwa brzegi. Zniósł wszelkie bariery rozgraniczające rzeczywistości : Boską i ludzką. Ojciec i grzesznicy mogą być pojednani.  Tak i ty , czyniąc akt pokuty, stajesz się wielki w oczach Boga; ze SŁUGI stajesz się SYNEM .

Nasza buńczuczność i zadufanie w sobie , nie może stawiać nas w poprzek Bożym planom i zamiarom. Które z synów marnotrawnych chcą uczynić dziedziców Bożego królestwa.   Chrzest diametralnie zmienił ludzką  perspektywę życia. Uważajmy więc, by po grzechu pychy , nienawiści, knowania  czy nieposłuszeństwa, niebo dla nas się nie zamknęło i zamiast Ducha Świętego by nie zjawił się i zadomowił nad nami duch ciemności . A zamiast głosu „To jest mój Syn umiłowany” nie zaczęło pobrzmiewać wokół nas ciężkie i smutne milczenie Boga, którego wieczne trwanie  będzie potępieniem .AMEN

 

Syberyjska gehenna Polski a „przedsiębiorstwo holokaust”

 

Działania a właściwie brak jakichkolwiek działań na scenie politycznej świata upoważnia do oskarżeń państwo Izrael o grzech zaniedbania wobec dokonującej się w jego bezpośredniej bliskości oraz na oczach cywilizowanego świata , eksterminacji chrześcijan. To dzieje się na Bliskim Wschodzie, Afryce oraz Azji a generalnie w krajach islamskich. Oskarżam więc państwo Izrael o niepodejmowanie żadnych kroków , aby ratować niewinnych oraz przeważnie biednych sąsiadów  NA PEWNO WYZNAWCÓW TEGO SAMEGO Boga; i to w sytuacji, gdy za takie działania, nie spotka ich żadne prześladowanie.. Bo dzisiejsza ideologia holokaustu opiera się właśnie na wypominaniu inercji ludności z terenów okupowanej Polski, wobec dokonywanych aktów prześladowań przez niemieckiego okupanta ludności Żydowskiej. Mając historyczne doświadczenia holokaustu właśnie oni predestynowani są do ujęcia się za ginącymi np. w Indonezji, Egipcie, swoich braci w wierze. Historyczne już zarzuty o braku interwencji w sprawie ginących żydów, wysuwane pod adresem Polaków stają się teraz wyraźnym i radykalnym wyrzutem pod ich własnym adresem. Z tą różnicą, że Polacy musieli wówczas walczyć o własne przetrwanie , natomiast żydzi dysponują dziś wszelkimi instrumentami na arenie międzynawowej, aby na forum światowym podnieść i uczynić  głośną kwestię zabijania chrześcijan. Aby przerwać ich holokaust.

Pod adresem polskich obywateli formułowane są pretensje, że nie dawali się zabijać hitlerowcom za dręczonych żydów(!?). Innymi słowy, że w Polsce było tak mało ludzi pokroju Maksymiliana Kolbe. Dzisiaj sami nie chcą, nawet małego ruchu wykonać, aby nadać sprawie międzynarodowy rozgłos. Dość tego wołania i oskarżania ludzi w przeszłości , o antysemityzm, o jakąś tam formę „współodpowiedzialności” za holokaust, w  momencie kiedy żydów możemy oskarżać o to samo!Mamy prawo. O antychrześcijanizm; o bierność wobec masakry chrześcijan; o brak inicjatywy dla której nie mają usprawiedliwienia. Dziś to oni są winni zamilczania ( a czy Polacy wtedy byli winni ?!skoro milczenie było sposobem  przetrwania). Są winni tego ohydnego procederu dokonującego się na oczach całego świata. Skoro wiedzą dobrze czym to się kończy, dlaczego teraz sami milczą?! Oskarżają Piusa XII o niestawienie się za żydami u Hitlera (gigantyczny błąd niewiedzy !dokumenty z czasów wojny przeczą temu!), więc to teraz Papież powinien ich wezwać do obrony ginących chrześcijan. Teraz to oni mają większe możliwości działania, niż Polacy i Papież w czasie okupacji. Wtedy Polacy walczyli o to, aby przetrwać a dziś Izrael dysponuje wszelkimi środkami by przerwać albo chociaż pohamować dziejącą się tragedię .Ale dlaczego tego nie czynią?! Dlaczego? Jak oni śmią dziś wspominać czasy wojny, sprzed pół wieku, i szukać winnych swojego cierpienia . Tak jakby winni byli nieznani?! To  już  jest cynizm. Ale cel jawi się raczej cel klarowny. By od słabszego dochodzić roszczeń finansowych. Bo wydrzeć cokolwiek, można tylko, słabszemu. Ale być może chodzi tu o jakąś formę satysfakcję nacjonalną? O jakiś rewanżyzm? Czyli : „niech teraz jak największa liczba chrześcijan się wykrwawi a wtedy ból nasz będzie mniejszy”

Już mamy dość nieustannego oskarżania nieżyjących już ludzi (także z powodu i przez żydów) …!?Aparat bezpieczeństwa w Polsce komunistycznej w pokaźnej ilości obsadzony był przez żydów, co pokazują archiwa IPN–u) . Wyroki polityczne sędziów pochodzenia żydowskiego zapadały jeszcze długo po wojnie a  dotyczyły one wielkich bohaterów sprawy niepodległości Polski. Mam już dość oskarżania Polaków za to, że czegoś nie uczynili, kiedy dziś tego samego nie czynią ! Obwiniają więc ludność polską, że nie składała mile widzianej ofiary krwi swojego życia i życia bliskich i ich rodzin; Że nie wszyscy Polacy dawali się zabijać i że bardziej cenili życie swoje, a nie życie obcej nam kulturowo ludności żydowskiej. Że nie byli męczennikami i altruistami (altruizm to mit, z nielicznymi wyjątkami ). Oskarża się nieżyjących o jakieś zaniechania (bo tych co już nie ma nie mogą się bronić) a dziś wśród nas żyją Polacy, którzy cudem przetrwali hekatombę Syberii i jakoś nikt nie mówi o wyrównywaniu niesprawiedliwości dziejowej, za to co oni przeszli tam na Wschodzie. Nie mówi się o restytucji utraconych majątków , domów , miejsc pracy (obecnie w granicach Rosji). Świat i żydzi jakoś milczą, a oni muszą żyć z tym niezatartym poczuciem krzywdy. Dużo bardziej chwalebnym jest zajęcie się żyjącymi, a danie spokoju oskarżeniom zamordowanym przez Niemców, Polakom .Dziś polskie władze nie myślą o sprowadzeniu do Polski żyjących na obczyźnie rodaków. Ale angażują się, co rusz w jakieś ceremonie na cześć żydów albo w stawianie pomników okupantowi i jego armii.(pomnik poległym w walce z Polkami, na naszej ziemi, bolszewikom). Ot taka tragifarsa. Wypłaca się stalinowskim sędziom żydowskiego pochodzenia mieszkającym na obczyźnie, pokaźne emerytury płacone z podatków ich niegdysiejszych ofiar(!?) . To jakieś kuriozum. Bo 50 lat tęsknoty za krajem żyjących w Kazachstanie,  wysiedlonych, którzy ginęli za Polskę w jakiej teraz  możemy żyć, to za mało , ale liczy się obchód „Marszu Żywych” w Oświęcimiu?! My już nie mamy swoich bohaterów żywych, bo zostali albo wysiedlenie albo zamordowani. O Polakach, którzy ginęli w imię Ojczyzny i za nią ponosili katusze , zapomina się , a gloryfikuje tych, którym polskość była wręcz czymś obojętnym jeśli nie gorzej. Bo np. taki Blumsztajn- patriotyczny i czysto polski Marsz Niepodległości nazywa -uwaga! – „marszem nazistów”(?!). Wara od Polski i naszych tradycji! Gdzie i jakiego Polka stać by było na podobne zachowanie wobec ludności obcej nacji ?! I to jeszcze w jego państwie.

Kogo dziś w Polsce winno się nagradzać i gloryfikować, w dobie jawiących się, wszem i wobec, antypolonizmów. Katów czy ofiary? To jakieś potworne pomieszanie pryncypiów i wykoślawienie historycznej sprawiedliwości.

Należy postawić żydom, zarzut ten sam jak oni stawiali Polakom żyjącym pod okupacją. Za niepodejmowanie głosu w sprawie nikt ich nie będzie sądził albo nie będzie zabijał. Tak jak Niemcy zabijali Polaków (rodzina Ulmów).Teraz żydzi mają pieniądze, mają wpływy a milczą jakby się nic nie działo. Podczas okupacji mordowano całe rodziny i wsie. Po konkretne nazwiska odsyłam do książek i artykułów znanego poszukiwacza prawdy prof. J.R.Nowaka

Jeszcze raz pytam, dlaczego Izraelczycy milczą wobec dokonującej się rzezi?  Być może mogłoby to zakłócić albo odwlec ich interesy  finansowe na światowych giełdach ? A może milczą bo wydaje się to być zbyt mała sprawa wobec tych , które stanowią o bycie współczesnych żydowskich elit. A sprawa holokaustu poprawia im image „Kordiana narodów”. A przecież, kto jest pasywnym świadkiem niesprawiedliwości i krzywdy, ten ponosi współodpowiedzialność. Jest winny. Niech więc żydzi już przestaną mówić o antysemityźmie bo sami przez bierność są współwinni śmierci tylu ludzi na świecie albo o holokauście bo sami go czynią np. Palestyńczykom. A jak mówi Żyd Oswald Rufeisen; „antysemityzm to przesąd i zabobon wytworzony na podłożu koncepcji psychologicznych przeniesionych na sytuację wojenną” (!?) (cyt.za prof. J.R.Nowak-„Naród w którym znalazło się tylu aniołów”). Natomiast antypolonizmy czynione są na całym świecie, w Unii Europejskiej, w sąsiedztwie najbliższym Polski i to takie, które czynią nas współodpowiedzialnymi za wojnę, a czasami nawet za współsprawców (!?) hekatomby wojennej. A Niemcy zaspokoili żydowskie żądania wypłacając im 100 mld dolarów, bo na tyle zostało wycenione życie ok. 6 mln istnień ludzkich. Tyle była warta duma narodowa ; i wszystko inne zostało im zapomniane i darowane; I tylko tego szukają oni u Polaków czyli u niemieckich ofiar. Tylko pieniądze są wytłumaczeniem i pretekstem rozpętania całego „przedsiębiorstwa” zwanego holokaust ( czyli narzędziem do wyciągania pieniędzy skąd się da, i jakkolwiek się da). Choćby za cenę wykoślawiania i zakłamywania historii. Bo pieniądze nie mają narodowości.

Żydowskie cierpienia nie są czymś wyjątkowym na ołtarzu narodowych ofiar II Wojny Światowej. Nie możemy i nie wolno nam zapomnieć o Polskiej Golgocie Wschodu!, która była wcale nie mniejszą martyrologią od cierpień żydowskich. A bez wielkiej przesady można powiedzieć, że nawet większą. Niech więc dzisiaj zawołają na możnych „tego świata” że pod ich bokiem dzieje się jawna niesprawiedliwość i nowa , „współczesna forma holokaustu” oraz haniebne bestialstwo a także hańba dla całego demokratycznego świata. Tak jak mówimy  antysemityzmie, tak można mówić o jawnym i agresywnym, ANTYCHRYSTIANIZMIE. Żydzi powinni być na to uwrażliwieni; A oni co?! Oni NIC! Jak za czasów wojny  wyrósł antysemityzm, kiedy cały świat był bezbronny wobec niemieckiej zbrodniczej machiny wojennej ,tak dziś dysponujemy wszelkimi środkami potrzebnymi do tego , aby zaradzić masakrze dokonywanej na oczach , tej współczesnej, podobno humanitarnej cywilizacji. DLACZEGO ŚWIAT MILCZY?

 25 Niedziela w ciągu roku A

GLEBA

Ewangelia dzisiejsza jest bardzo jasna i prosta w swoim przekazie. „Ziarno”- siane w różne miejsca i okoliczności jest Słowem Pana  Lecz „Ziarnem” jest również sam Jezus. Jest samą Prawdą. Wszystkim, co nam przekazał, w czasie pobytu , pośród nas  tu na ziemi. Co nam pozostawił byśmy tym rozświetlali oraz rozumieli nasze życiowe sprawy. Użyte przez Jana słowo „Logos” dotyczy samego Jezusa .

Tak więc, to Słowo musi się stać życiem w nas, gdyż jest żywą Osobą; bo jest Tkanką Tętniącą, której nie ogarnęła granica śmierci; Nie może więc pozostawać w stadium rozumowego przyjęcia lub nie. Niewybaczalnym jest pozostawać biernym i apatycznym towarzystwem dla Słowa .Słowo nie może wzrastać w otoczeniu ewentualnej krytyki i naszego „innego zdania” gdy mówimy że  ”a…..czegoś tam Jezus nie wziął  pod uwagę..”  Natomiast niektórzy z nas, pozostali niestety, na etapie – niejasnego sentymentalizmu – „KTOŚ- kiedyś , coś tam powiedział…I to nawet mądrze oraz wnikliwie …”.I tak chcielibyśmy Słowo zamknąć w historii. A Słowo, nie chce być na piedestale czy w gablocie by Nim się zachwycać lub ewentualnie – podziwiać.

Odpowiedzmy sobie jeszcze raz na pytanie:”czy dajemy świadectwo życia Ewangelią w pracy , na ulicy, w szkole ?… Czy potwierdzamy na co dzień to, iż jesteśmy ludźmi Ewangelii ?” Czy jesteśmy Jej głosicielami czy tylko traktujemy Ją jako niezwykły poradnik; kompendium mądrości; wiedzy dla wybranych. Jako jeszcze jednej okazałej książki w naszych przebogatych bibliotekach ? Jeśli nie przyjmiemy tego, iż jest to Ziarno Żyjące i kiełkujące, to nie podejmiemy dzieła współpracy z Bogiem w dziele powtórnego stwarzania świata , a to dokonuje się „z dnia na dzień…”. Inaczej nic się nie zmieni na lepsze w naszym życiu,… A będzie coraz gorzej….Samowystarczalność  świata okazuje się być degradująca.

Czyż nie jest możliwe iż inne cywilizacje przed nami podjęły to wyzwanie ( chyba że nie?! nim zostały unicestwione (?) ginąc w czeluściach nicości i objęciach szatana, pośród nieprzeniknionych mroków wszechświata. Podobnie, do losu tej części naszej cywilizacji, sprzed czasów Chrystusa, zanim zostaliśmy odkupieni JEGO męką i śmiercią. …Ile takich cywilizacji mogło być ..? Ile razy Wcielenie mogło się dokonać ? I nie myślmy, że Bóg „przed i po” dokonaniu naszego odkupienia zamarł  w bezruchu! Nie zapominajmy , że to jest Słowo ŻYWE , które świat stworzyło i dalej tworzy : „I rzekł Bóg…” czyli wypowiedział Słowo ! – czytamy w Księdze Rodzaju. Nie myślmy również, że jesteśmy wyjątkami we wszechświecie, bo na takie miano, raczej nie wiem, czym moglibyśmy sobie zasłużyć ?! Ten „spokój” Boga, może według nas trwać wiele miliardów lat, a dla Boga to będzie tylko chwila. Nasz Bóg to Bóg życia; a nie śmierci. Nasz Bóg nie jest także Bogiem przeszłości ; ON przychodzi stale do nas… z przyszłości.

To Słowo jest ostrym Mieczem, a my staramy się zrobić wszystko by je stępić, aby obyło się bez niepotrzebnych „amputacji” tego, co powoduje „gangrenę”  w naszym życiu duchowym (jeśli takie istnieje w ogóle w nas ?)… Słowo jest jasnym Światłem , które może rozświetlić to, co przez lata skrywamy wobec świata i przed samymi sobą; To jacy prawdziwie jesteśmy –  bo mamy przecież  poczuci wstydu… Słowo jest Ogniem, a my wylewamy na NIE wiadra zdrowego rozsądku; fałszywej roztropności ; niewiarygodnego lenistwa i źle pojętej obojętności ( I tak np., pustego miejsca przy stole Wigilijnym, nigdy nie zajmie ten, dla którego zostało ono przygotowane…) Nie lubimy zbędnych ruchów czy jakiegokolwiek wysiłku. Dobrze jest, jak nikt-niczego od nas nie wymaga, a jeszcze lepiej, jak niczego się nie spodziewa.

Chrześcijaństwo zamieniliśmy w stojącą sadzawkę. Nie jest Ono już rwącym potokiem, jakim było u swych początków. Wówczas dobrze  rozumiano, czym jest Słowo oraz jaka gleba jest dla NIEGO najodpowiedniejsza. Jaka gleba daje szybki wzrost Ziarna, dojrzewającego w piękny Kłos Zboża. Aktywnie jej poszukiwano, a my zadowalamy się glebą naszych serc uspokojonych błogością i ciszą cotygodniowej obecności w Kościele. „Więc, proszę ode mnie nic więcej nie wymagać” –mów

 

 

24 Niedziela w ciągu roku A

Ktoś powiedział „gdy mnie ktoś uderzy w jeden policzek , nadstawić  mam  mu i drugi…(?!)”.A gdy to się powtarza dalej i dalej i dalej. A są tylko dwa policzki..?! pytamy się gdzie jest granica czyli koniec z wyrozumiałością albo tolerancją (?)

Jedni mówią, że taka postawa ukazuje i obnaża słabość człowieka .Niemożność przeciwstawienia się złu i agresorowi.  Ale czy na pewno?! Dotąd dopóki na siłę będziemy odpowiadać przemocą , tak dług pozostaniemy w „epoce kamienia łupanego”…Bo słyszy się innych , jak twierdzą, że to może być odczytane   i rozumiane jako  akceptacja oraz  przyzwolenie na czyjeś złe postępowanie. A gdy dotyka to nas personalnie stanowczo mówimy „dość”; a gdy to jest postawa deklaratywna i taka na pokaz, taka „nowoczesna” – to wszystko zbyt lekko postrzegamy i powiemy … „a co tam” .. Prezentujemy chętne postawę laksystyczną wobec zła nas nie dotykającego. Lecz  dla zła, z którym borykają się inni jesteśmy łagodni  i jakoby chcemy je „zrozumieć” , lecz gdy to my jesteśmy nim pomazani  to mówimy i krzyczymy głośno : „Tak nie można!” bądź  „To jest karygodne!”.. Etyka używa słowa „permisywizm” szeroko opisując takie zachowanie jako : „przesadna pobłażliwość dla zła”. Nie z powodów braku środków do przeciwstawienia się , ale z powodów ideologicznych czyli z powodu przekonań. Więc permisywni jesteśmy dla siebie tłumacząc swoje grzechy i złe postępki, ale już tacy nie jesteśmy dla innych. Przeciwnie – jesteśmy aż nadto skrupulatni wytykamy im,  ledwo dostrzegalną, „drzazgę w oku”.

I oto, Ewangelia staje nam w poprzek, mówiąc: „taki jaki jesteś wyrozumiały dla siebie, wobec swoich grzechów, taki bądź łagodny dla innych”, a może jeszcze więcej wyrozumiałości i zrozumienia. ?!… Czyżby więc Ewangelia  była w  konflikcie z  realistycznym  podejściem do tematu ?! Może i realistycznie stanowczym „za zło należy się zło”…, ale czy naprawdę ludzkim i humanitarnym (?!) Czy naprawdę religijnym, bo do takich ludzi przecież jest ta mowa , tu i tam…w Ewangelii ?

Mamy więc  mowę o policzkach, ale jest jeszcze pozostaje w naszej świadomości, ta wydawać by się mogło przesadzona, liczba  Jezusowa – „77”.  A to już jest poza granicami naszej wytrzymałości i naszych duchowych predyspozycji … Naszego rozsądku czy rozumowego spojrzenia na świat.  Pytamy się uporczywie : ”kiedy można w końcu sięgnąć po kamień?!” . Liczba „77” mówi nigdy zbyt pochopnie !lepiej później niż za szybko.

Dopóki trzymać się będziemy naszych wyobrażeń i naszego widzenia  bliźniego i jego zachowań, dopóki trzymać się będziemy czysto ludzkiej sprawiedliwości , dotąd Ewangelia pozostanie dla nas enigmatyczna i niezrozumiała. Innymi słowy za trudna; idąca za daleko w swoich wymaganiach. Bo wymagająca od nas czasami, rezygnacji z tego co wydaje nam się nienaruszalne i niedotykalne , dla innych. Naszego porządku i planów na życie, gdzie nie ma zbyt wiele miejsca na poświęcenia i jakiś altruizm.

Bo  łatwiej i chętniej rzucamy kamieniem obrazy, „sprawiedliwości”, oburzenia. Czyli kochamy siebie – a bliźniego PRAWIE – jak siebie samego….I o to PRAWIE idzie odwieczny spór. Kiedy, nie poszerzymy sprawiedliwości o miłosierdzie, ani na krok nie przybliżymy się do Królestwa Niebieskiego, do zbawienia tak odległego jak w naszych oczach pozostaje niewidoczny  biedny brat potrzebujący i wołający o pomoc. Albo skruszony agresor wołający o wybaczenie . Bo skrucha i żal zmniejsza liczbę „77” lub uzasadniona nadzieja na powyższe.       AMEN

 

23 Niedziela w ciągu roku A

 

Jeśli ktoś swoim zachowaniem daje w Kościele zgorszenie – wówczas ja- o ile jestem Jego częścią (!), mam prawo a nawet obowiązek upomnieć mojego brata czy siostrę w Chrystusie. I uwaga! Jeśli jestem Jego Żywą częścią! Nie ma prawa KTOŚ wypowiadać się na powyższy temat , kto stoi obok Kościoła  Nawet  NAZYWAJĄCEGO SIEBIE „WIERZĄCYM”; Lub tym bardziej będącego poza Kościołem. Nie m prawa być „reformatorem” Czegoś, o czym nie ma pojęcia. W CZYM nie tkwi. Bo inaczej staje się zwykłym cynikiem.

Prawdą jest , że występek brata wpływa niekorzystnie na całą społeczność; więc obojętność jest w tym wypadku grzechem zwanym gdzieniegdzie zwykłym przyzwoleniem; afirmacją czy nawet akceptacją propagowanego zła.

Nadgorliwość natomiast , (nawet w dobrej wierze ), w kwestii którą omawiamy, jest  normalnym krytykanctwem. Ta postawa różni się diametralnie od zdrowej krytyki, będącej obroną przed rozprzestrzenianiem się zła. Może to być  też troska o tych , którzy są podatni na wpływy osób trzecich. I nie myślimy w tym momencie tylko o dzieciach…!

Pamiętajmy przy tym, iż napominanie nie jest celem, ale jest narzędziem. Celem jest ukazanie komuś (jeśli tego sam  nie widzi) jego wady oraz zła wyrządzanego i pozyskania go dla  dobra społeczności…. A często jest tak, że rezerwujemy sobie na scenie świata , rolę suflerów i podpowiadaczy. Innym pozostawiamy i przypisujemy rolę „aktorów”. To oni mają ryzykować. My wolimy pozostać „obserwatorami” i „subtelnymi komentatorami”. Oni są jakby rzucenie przez nas, w wir sztuki życia. W razie pomyłki usuwamy się „w cień” i mówimy „Ja nic nie powiedziałem”. Bo bardziej lubimy rolę stróżów porządku i moralności; A innym wolimy wskazywać granice ortodoksji, kryjąc się za tarczą nieskazitelności.

Często zachowujemy się tak jakbyśmy chcieli z jakiegoś piedestału dyrygować ludźmi. W tym widzimy nasz „święty obowiązek” i chcielibyśmy aby nasza rola sprowadzała się zawsze do wskazywania innym „co” i „jak” mają robić. Chcielibyśmy zachować bezpieczny dystans od „zła w każdej postaci”. Gdy inni nie chcą się podporządkować, posługujemy się Ewangelią,  jakby lekko NIĄ  „wymachując”….A kto w tym momencie  myśli o wrażeniu jakie w świecie wywołujemy (?!), a tym bardziej o realiach naszego powołania, do bycia świadkami i sługami …(?!) To powołanie  jest „niewygodne”, ale pożądane , bo określa nas oraz charakteryzuje….. I spotyka się z szacunkiem. ….

Jeśli „kairos” (czyli Czas Zbawienia) istnieje teraz , nie jest on czasem, w którym mamy pokazywać światu, że to tylko my mamy słuszność. Musi być czasem, w którym kryzys człowieka i ludzkości – nauczy nas dostrzegać ważne prawdy o naszym powołaniu i o naszej roli jako „soli ziemi”. I wcale nie tak wzniosłej, jakbyśmy tego chcieli …..

Kryzys człowieka dotyka także i nas, ukazując, iż jesteśmy podobni do innych i wcale nie jesteśmy jakimiś wyjątkami wolnymi od upadków i błędów. Nasza wiara nie upoważnia nas do jakichkolwiek zniżek, ani nie uchroni nas od wpływów tajemniczych sił;  Jak już to wiemy, od osobowych mocy zła.  Bo szatan, to tak jak my, realna osoba i może on czasami przybrać  postać – „osoby upominającej”. Tak  więc przeciwnie, istnieje możliwość popełnienia błędów przez każdego wierzącego; Będąca u wszystkich  taka sama.

Nasze powołanie chrześcijańskie nie stawia nas wyżej od innych . A tym bardziej – NIE DAJE  PRAWA DO NADGORLIWEGO UPOMINANIA INNYCH ponad to, co jest potrzebne do zachowania i funkcjonowania Kościoła  XXI-ego wieku w sposób wyrazisty. Czyli w taki jak miało to miejsce w początkach jego istnienia.

 

22 Niedziela w ciągu roku A

Ludzie niestety żyją tak , że liczy się tylko to, co namacalne i zmysłowo weryfikowalne. Bardzo trudno wznieść się człowiekowi ponad sensytywną czyli zmysłową rzeczywistość a tym bardziej myśleć o tym, co mu teraz w tej chwili nie przynosi wymiernego efektu lub wprost – korzyści bądź przyjemności. Jesteśmy antycznymi hedonistami czyli ludźmi nastawionymi na przyjemność i rozkosz oraz satysfakcje w każdej postaci. Jakbyśmy chcieli i wyobrażali sobie , iż życie to może być nieprzerwany ciąg przyjemności i radości. Niekończący się ….bal.

Nie lubimy mówić o nieprzyjemnej lub nieszczęśliwej przyszłości. Zamykamy uszy bądź próbujemy zaklinać rzeczywistość siląc się na myślenie w stylu :”Tak źle nie będzie; trzeba myśleć pozytywnie ; albo to nieprawdopodobne…lub  ja na to nie zasługuję (nie zasłużyłem)” Liczymy na szczęśliwe przypadki i zaciskamy … kciuki zamiast otworzyć usta do modlitwy. Kiedy już tylko moc z wysoka może coś zaradzić , my nawet nie próbujemy do niej zapukać. Przy tym robimy wszystko, by nie spotkać się z osobą „nieprzyjemną” lub wymagającą od nas jakiegoś wysiłku. Boimy się o zaplanowane wakacje, o wieczorny plan zajęć, o ulubiona markę wina i papierosów. I nie dziwimy się tym dlaczego inni są „na zewnątrz” (według naszych ocen!) , a co najwyżej im współczujemy.

Czasami wręcz martwimy się tym , że Ewangelia  może nam popsuć dobrą zabawę  oraz nasz chrześcijański , dobry „nastrój”. Bo jakże trudno przyjąć nam fakt, że nie zdołamy uniknąć krzyża Chrystusowego w istocie jawiącego się jak wielka tajemnica : tajemnica miłości bezinteresownej i życia nie pozbawionego wyrzeczeń.  Miłości ,dla której przychodzi często wiele stracić i stawać wobec tego co wydaje się być …nieprawdopodobne. Bo trzeba nieustannie wyrzekać się , upokarzać i uznawać się za niegodnego oraz pozwalać się prowadzić by stanąć na drodze ku swojej wielkości . Wielkości – jako człowieka. Należy pójść za NIM , a nie wmawiać MU że to na nas nie przyjdzie lub szukać dróg ucieczki i innym je wskazywać i podpowiadać.

To naturalne, że człowiek chce uniknąć przykrości. Wskazywali to liczni filozofowie i uczyły jak to robić religie oraz szkoły filozoficzno – medytacyjne. Wszyscy oni wskazywali i podpowiadali jak uniknąć cierpienia (a to już jest utopia!) Ewangelii dzisiejszej mamy ukaże jego wyzwalające i wynoszące znaczenie. Tu mamy próbę zrozumienia go. Bo jak powiedziała to św. Matka Teresa : Cierpienie to pocałunek Chrystusa”.. To sposób na zbliżenie się do Niego. Cierpienie jest kroczeniem wespół z Chrystusem na JEGO zbawczej drodze krzyżowej. A my jesteśmy w roli Szymona z Cyreny wspomagającego i wysługującego sobie.

A każdy kto chciałby temu przeszkodzić lub „pomagał” uniknąć zasługuje na skarcenie jak osoba Piotra. Z względów „taktycznych” trzeba na chwilę coś stracić, aby zyskać trwałą zdobycz. Jak rzymscy wojownicy. To my przecież jesteśmy rzymskimi katolikami….

Jesteśmy niezastąpionymi organizatorami zwłaszcza jeśli chodzi o „podróże” Boga. Tak jakbyśmy chcieli MU podpowiadać zamiast śledzić i uczyć się Bożych planów, podpowiadać  jak Piotr dzisiaj. Nie myślimy o tym co Boże , bo stosujemy nasze kategorie myślenia. Nasze wyobrażenia o drodze do sukcesu gdzie dzisiejsza zapowiedź Jezusa ją obala i jej zaprzecza.. Mamy nawet opasłe tomy mistyki i słowniki dogmatyczne, które i tak nie wystarczają na by te plany zmienić czy ulepszyć. Jak bardzo, te Boga i nasze drogi, się rozchodzą nie potrafimy w tym życiu zrozumieć.

 

 

        21 Niedziela w ciągu roku A

 

            Nie pytaj mnie Jezu :KIM TY dla mnie jesteś – bo jestem obecny na każdym  niedzielnym spotkaniu w Twoim Kościele. I to właśnie Tobie recytuję razem z Piotrem

i jego następcami: Wierzę w Jednego Pana , Jezusa Chrystusa… A to, że CI jakieś głosy w tym chórze nie współbrzmią … Przecież masz nas takimi, jakimi stworzyłeś.

Tu często nie ma planowania ani premedytacji ”Tak jakoś wychodzi …” Boję się jedynie Twego wzrok kiedy przyglądasz  mi się uważnie i potem zaraz mówisz przez moje sumienie że : „Tak  nie wygląda prawdziwa miłość…!” A ja tylko potrafię wzruszyć ramionami i rzec :”No tak…”.A TY uporczywie pytasz „Dlaczego…”  ja natomiast konsekwentnie milczę. Bo milczenie jest moją obroną, moim  sposobem na niewygodne pytania . Czy to w modlitwie czy to w życiu…Przyjdzie taki czas że Twoje milczenie stanie się dla mnie nieznośne i bezlitosne.

 

Skoro jesteś Bogiem Odwiecznym i Wszechmogącym, który za mnie umarł na krzyżu wcześniej godząc się na cierpienie i mękę , to dlaczego ja daję pierwszeństwo swoim podłościom i małostkowościom ? O opinię ludzką bardziej dbam , niż o TWOJE przykazania czy naukę. Czasami nie potrafię albo nie chcę widzieć , że wiarę wyznaje tylko ustami , ale jej nie potwierdzam swoimi czynami ; a czasami wręcz zaprzeczam .Więcej dla mnie znaczą  grzeszne upodobania do których przywykłem i czuję się miło ; Dające szansę na „zmianę twarzy” – bogactwo; Wygoda łechcąca moja próżność;  A za nic mam TWOJE uniżenie i ofiarę przepięknej bo prawdziwej miłości, gdzie w niej także pokazujesz mi też jak niewiele z tego wszystkiego pojmuję .Niepomny skutków i znaczenia życia wiecznego, żyję tak jakby to dla mnie nie miało znaczenia. Moja inercja czyli bezruch i duchowe lenistwo nie pozwalają mi na jakiekolwiek działanie czy poświęcenie.  I tak jak żyję;  tak się (nie)przejmuję TWYMI napomnieniami i ostrzeżeniami ; I tak też rozumiem CIEBIE , siebie i wszystkich dookoła. Bez cienia empatii.  Z lekka; frywolnie, powierzchownie ; zabawowo ,infantylnie , krótkofalowo bo w naszym poukładanym życiu wszystko ma krótki termin ważności; …Tak jakbym chciał przejść przez życie w uniformie klowna i lekkoducha.. A zabawa kończy się gdy dosięga mnie cierpienie i życiowa bezradność w obliczu choroby czy nieszczęścia Wówczas mój leki domek z kart rozpada się w mgnieniu oka.

 

W chwilach refleksji nie pozostaje mi nic innego, jak wołać: „My tak słabi i nie całkiem szczerzy chrześcijanie – przebacz nam przepaść jaka dzieli nasze życie i naszą deklaratywną wiarę!”. Przebacz nam grzeszną dwulicowość i taką  naszą „dialektykę życiową”. Przebacz nam nasze „okłamywanie świata” iż nie jesteśmy dla niego solą ale obojętnym placebo…. Bo nasza modlitwa to prawie zawsze i włącznie , prośby oraz słowo … przebacz…

 

 

20 Niedziela w ciągu roku A

 

Problem współistnienia żydów i samarytan czy Kananejczyków nas raczej nie powinien obchodzić w dniu dzisiejszym. Naszą troskę odwraca i koncentruje los naszych braci chrześcijan którzy poddawaniu są eksterminacji na całym świecie a zwłaszcza w krajach islamskich. To oni przechodzą i doświadczają holokaustu żydowskiego i jakoś nikt na świecie nie interweniuje ; chociaż ośrodków i osób kompetentnych oraz władnych jest wiele. Nie są oni niczym ograniczani jak Polacy w czasie II wojny z hitlerowskim najeźdźcą.  Dopóki nie odezwą się głosy obrony mordowanych chrześcijan nikt nie ma prawa wspominać i wyrzucać jakieś fakty z zamierzchłej przeszłości .

Dzisiaj też problem święte „zazdrości” nie ma miejsca. „Dlaczego Bóg w którego my wierzymy, miałby okazywać czy ma to robić dalej , jakąś łaskawość dla tych, co o Nim nic nie wiedzą lub w ogóle w NIEGO nie wierzą ?”. Idą za tym kolejne pytania „Dlaczego mi jako wierzącemu nie powodzi się w życiu…itd…” Wiara w Boga ze względu „na coś” byłaby wiarą w to „coś”. A ma być wiarą w Boga Żywego; mimo wszystko, i pomimo wszystko. A oceny dyskwalifikując innych usprawiedliwiane racjami ortodoksji czy naszej prawowierności lub innymi „przepisami” ujawniają naszą nieudolność. Gdzieniegdzie nawet słabość wiary. Łatwo uznajemy kogoś za  nieprzyjaciela ponieważ stanowi wyrzut dla naszego sumienia. Przypomina o naszych zaniedbaniach lub sprawach odłożonych „ad acta”.” Jeszcze nie teraz ; jeszcze mam czas..”

Oburzamy się jak apostołowie, gdy ktoś domaga lub dopomina się należnego miłosierdzia, a wcale nie – choćby milej widzianej jałmużny. „Odejdźcie wszyscy..” albo „Odpraw ją ..” krzyczymy gdy ktoś oczekuje porzucenia naszych planów , harmonogramów , ustalonego porządku , wygodnego i uporządkowanego życia. Boimy się „szaleństwa” chrześcijańskiego, właśnie którego przykład, w postawie tej kobiety dał nam JEZUS. Zwracać się w kierunku z którego może przyjdzie przyjąć cios …ale otrzeźwienia.

Czyż pewnego zakłopotania nie wywołuje pytanie . Jakiej mądrości i jakiej nauki udziela Bóg Jezus mordowanym chrześcijanom w Syrii – a  jakiej – nam? Obawiam się, że gdyby oni odbierali tę opowieść tak, jak wielu z nas , to już dawno przeszliby na islam . Zachowaliby życie i mieliby święty spokój…..My go mamy, i bez tego ….

 

 

19 Niedziela w ciągu roku A

 

Czyżby Piotr jako wytrawny rybak nie umiał pływać ? Mało prawdopodobne .  Albo sztorm był tak duży – to też wydaje się być mało realne; chociaż ….być może Jezus posłużył się tak wzburzonym morzem by zobrazować, nam i im, jaka rzeczywistość będzie naszym i ich udziałem. Co nas może, już za niedługo czeka.  Nie pierwszy raz Nauczyciel posługuje się obrazem morza …zadziwiające ..?

A może „coś” Piotra sparaliżowało,  uniemożliwiając swobodne ruchy?! Czyżby świadomość jak wielkie będą zagrożenia i okoliczności gdzie trzeba będzie wykazać się swoją wiarą – przy przekonaniu, że jej nie ma. Paraliżowała go świadomość, że nie ma utwierdzenia w zaufaniu i dozgonnej miłości do Naszego Nauczyciela. Popatrzmy na dzisiejszych braci – chrześcijan – męczenników ginących w Syrii… A gdyby tak za niedługo takie okoliczności miały weryfikować naszą wiarę ? Co z niej by zostało? Ilu z nas „potopi się” mimo iż  wołać będą „Panie ratuj”; A ilu zrozumie milczenie Boga czyli z godnością człowieka wiary „pójdzie na dno”? Gdyż niewybaczalnym jest obecne „przymykanie” oczu kiedy wizerunek Jezusa, który wydaje się zbyt wyraźny , choćby w postaci wymagań nam stawianych przez NIEGO. I stąd

niejednokrotnie nasze przerażenie będzie tak wielkie,  że ciężko będzie też rozpoznać   samego Jezusa (…przestraszyli się sądząc że to Zjawa…). A dokładnie to, co nam zostawił w swoim Słowie, w swoim Kościele. Tak samo jak Kościół, trudno będzie rozpoznawalny z powodu silnych wiatrów potwarzy, pomówień i oskarżeń jakie Go dotkną, a których niebawem  nie będzie brakowało. To właśnie owe „wiatry” będą chciały wykrzywić, a może i obrzydzić obraz Kościoła, by w ten sposób stał się pośmiewiskiem świata , będącego już i tak wykrzywionym obrazem piękna i prawdy. Świata  przepełnionego kiczem i tandetą. Aby w ten sposób Kościół z nim się utożsamił i upodobnił, stając się łatwym celem do unicestwienia; Jak bohomaz i blichtr współczesnej rzeczywistości nas otaczającej i pochłaniającej, tę część ludzkości która zatraciła poczucie własnej wartości i godności. Bo…. być może wogóle jej nie miała…(?!).Gangrena paskudy i szmiry jest tak wielka, że dociera już niemal do wszystkich. Niszczy ducha społeczeństw jak za czasów nawału barbarzyńskiego.

Może wiec niepotrzebne będzie poznanie GO poprzez dokonany cud i znak („każ m przyjść do Ciebie…”), ale ufność w to, że nam nie pozwoli zginąć. I to zapewni nam wieczne przetrwanie. A wiara pojmowana jako swoista „polisa ubezpieczeniowa” na życie niczego nam nie zapewni. Bo dla Boga byłby to kiepski „interes”. My mimo wszystko do końca nie czulibyśmy się uczestnikami „boskiego mezaliansu”. Tak więc przy całej chwiejnej i kiepskiej postawie Piotra na uwagę zasługuje jego zaufanie, że nic mu się nie stanie w TOWARZYSTWIE  PANA. To jego uratowało i nam pozwoli „dotknąć” obecności Pana..

5 Niedziela w ciągu roku A

„Nie da się ukryć miasta, które leży na górze ..” my jednak potrafimy ukrywać swoją wiarę.

Kamuflować wyznawane chrześcijaństwo. Dokonujemy karkołomnych tłumaczeń w ramach

usprawiedliwiania swojego zachowania. A objawiamy wiarę światu, kiedy jest nam to

wygodne i korzystne dla nas .Kiedy to nie wymaga od nas zbyt wielu ofiar wówczas , gdy

ta lojalność wobec Jezusa wymusza bycie bezkompromisowym i prostolinijnym w obecnym

świecie zakłamania , rozdymanej tolerancji i wszechobecnego kompromisu.

A w innym miejscu Jezus powie :”Wasza mowa niech będzie : tak – tak ; nie – nie…”. Gdy

wiarę sprowadzamy do widoku marnego indiańskiego szałasu na bezkresnych preriach

wyjałowionej moralności współczesnej cywilizacji a nie jest symfonią świateł oraz barw

wielkiego i pięknego miasta ; gdy nie niesie nas na skrzydłach , wówczas taka wiara jest

stratą ponoszonych wyrzeczeń i stratą życiowej energii. Nie jest motywująca. Czasami jest

nawet nieustannym wyrzutem sumienia; Iż świadomie marnujemy, przez strach bądź lenistwo

ogromny potencjał nauki Jezusa jaki został nam przekazany. Jawi się to tym, iż często nie

jesteśmy chociażby świecą dającą blask i ciepło , ale bardziej jesteśmy podobni do kopcącego

knotka, gasnącego płomienia.

Najchętniej zamknęlibyśmy się w gettcie chrześcijańskich wartości oraz zasad i

niewymagającej żadnego ruchu, liturgicznej adoracji Pana Boga i samych siebie w zaciszu

kościołów. Popadając niechybnie w stan samozadowolenia oraz radości , że Kościół ani nikt

inny, od nas nie ma zdolności wymagać – czegokolwiek.

Wiara żywa, miast być światłem oświetlającym nasze i innych postępki jest kopcącym

płomyczkiem zatruwającym powietrze i tworzącym półmrok dla niecnych, ludzkich czynów.

Czy zastanowiłeś się „co to znaczy być solą ziemi”. Nie jest to łatwe . Bo jak tu być

stanowczym i konsekwentnym , gdy wszyscy mówią „nie warto”, „bez przesady” ; Jak tu

się odwoływać do przeszłości i jej doświadczeń, gdy wszyscy są zafascynowani nowością

i pędzą za modą” i współczesnymi tzw. „trendami”? I jak tu być wymagającym gdy

wszyscy mówią, o lub preferują , wszystko wybaczającą i tłumaczącą tolerancję ? Jak tu być

spokojnym tradycjonalistą gdy wszyscy głoszą lub popierają wszelkie odcienie religijności i

niebezpieczną pobłażliwość ? ( czyli : wszystkim wszystko wolno). Jak tu stanąć w obronie

kogoś przeciwko komu są wszyscy ? Jak tu stanąć w obronie, może i sędziwej prawdy, gdy

przytaczane są wyssane z palca argumenty ? Jak tu przyznać się do wyznawania wartości

dawno uznanych za niepodważalne, gdy inni potrafią wszystko wykpić i strywializować

(tzn. uprościć i spowszechnić ). Dziś ludzie nie chcą mieć do czynienia z rzeczywistością

duchową czyli niesprawdzalną zmysłowo, bo nie potrafią sobie poradzić z otaczającą ich

rzeczywistością zmysłowych faktów. Odrzucają duchowość mówiąc : ”to bajka”…Bo to

czego się nie rozumie – to się neguje.

Niestety, są wśród nas i tacy którzy neutralizują i tak mało skuteczne działanie w

świecie „naszej soli”. Są oni wyznawcami wspomnianych wyżej tendencji. Za wszelką

cenę gotowi są przyswoić sobie to , co jawi się jako łatwe do zaakceptowania ; co się „łatwo

sprzedaje”. Przywiązują uwagę do powierzchowności , przypadkowości, wszystkiego co ma

nawet „krótki termin ważności” byle było ładnie opakowane i błyszczące. Oni są też obojętni

na stosunek tych tendencji do chrześcijaństwa, i to jak na nie, wspomniane nurty wpływają .

Jak mocno chrześcijaństwo infekują. Obojętność religijna to najmniej jaskrawa forma

ateizmu…. Nie okazuje żadnej twarzy , bo „twarzy” – nie ma. Doktryny też nie prezentuje. Na

płaszczyźnie praktycznej , rzadko przybiera formę agresywną – i przez to nie zwraca na siebie

uwagi . Wydaje się być nieszkodliwa. Jednak spośród różnych form ateizmu , obojętność

religijna jest najbardziej radykalna i brzemienna w skutkach. Na temat Boga milczy. Ale

brak Boga, nigdzie nie jest tak całkowity, jak w stanie obojętności. Takiemu brakowi należy

przeciwstawić działanie „soli” czyli czystość naszych intencji.

ALE…. Uważaj …bo w kontaktach z człowiekiem obojętnym, nie pytania , i nie zarzuty

wobec chrześcijaństwa są ciężkie , ale nieprzystępność i milczenie takiego kogoś są

najtrudniejsze. Obojętność nie stawia żadnych pytań. Ona neutralizuje działanie światła i

działanie soli.

Obojętność do chrześcijaństwa, tak się ma jak – obojętność do miłości. Tego, nie da się

pogodzić. Jedno wyklucza drugie. Ale i chrześcijaństwo, nie daje upoważnień ani nie

obiecuje życie beztroskiego czy bezpiecznego. Nie można również chować się za plecami

innych.; „Kto nie jest z nami – szybko może wystąpić przeciwko nam”. Przeczekując i

przyglądając się tylko, można wiele przegrać. Przede wszystkim …. życie wieczne. AMEN

 

4 Niedziela Adwentu Rok A

Zaręczona z Józefem Maryja była uważna za jego żonę . Jednak w okresie

narzeczeństwa – zgodnie ze zwyczajem żydowskim –pozostawała jeszcze w domu ojca. Po

upływie zaręczyn czyli po roku następowało uroczyste przeprowadzenie panny młodej do

domu pana młodego oraz miał miejsce obrzęd zaślubin. Józef („jako że był to człowiek

prawy”) znalazł się w trudnej sytuacji, która była dla niego po prostu niezrozumiała. Nie

widząc swego miejsca, u jej boku, postanowił się usunąć (przerastało go zupełnie misterium

Bożego planu – co jest zupełnie oczywiste i zrozumiałe). Wówczas Bóg w swojej

nieprzeniknionej tajemnicy i możliwościach dokonuje mu ( w czasie snu) wyjaśnienia tej

sytuacji . iż Maryja poczęła dzięki i za sprawą interwencji Ducha Św. , to jednak on, jako

potomek Dawida , ma do spełnienia niezwykle ważną misję. Ma najpierw wprowadzić

Maryję do swego domu , następnie przyjąć Dziecko , poddać JE obrzezaniu i nadać MU imię

JEZUS. Tyle historia biblijna.

Zauważmy iż Maryja swoje „fiat” wyrzekła BOGU , a nie człowiekowi lecz Józef nie

próbował tego dociec gdyż wkraczałby w ten sposób, w obszar nienaruszalnej Bożej

tajemnicy. Należy szanować Bożą hermetyczność ( niedostępność i zamknięcie) .Bóg jest

autorem tego wydarzenia i jedynie ON jest władny je wyjaśnić . I uczyni to niebawem. W

ciszy Józefa towarzyszyła mu Maryja . Była i jest , to nie do poznania tajemnica , a Ona nie

odważyła się jej przerwać, nawet jeśli to przyniosło niewieście chwilową niesławę. A ludzie,

więc i my, gotowi jesteśmy uznać w Dziecku jedynie potomka Józefa. Również Józef nie

od razu jest wtajemniczony,. Nagrodą dla niego było to , że sam Bóg przychodzi do niego .

Bóg nie pierwszy raz się nie spieszy .To pierwszy rodzaj ciemności jakie towarzyszą nam w

postaci wątpiących pytań.

W NIM było życie , życie było światłością ludzi , światłość w ciemności świeci i ciemność

Jej nie ogarnęła”(J 1,4) Od samego początku Jezus był traktowany jako „pochodzący z

rodu Dawida” , to łatwo można wywieść. „Dopiero” przez powstanie z martwych stanie się

( w naszych oczach !!!) pełnym Synem Bożym . Takie nadnaturalne ingerencje Boga do

człowieka bardzo przemawiają . Wtedy nawet język anioła może stać się zrozumiałym ,

ale kiedy do człowieka zbliża się Bóg w formie personifikacji (Jego objawienie przybiera

ludzką postać) wówczas traktujemy to powierzchownie i bez oddźwięku.To zbyt „naturalne”.

A najlepszym jeszcze było by rozwiązanie, gdyby Bóg dał się doświadczyć zmysłowo (i

to każdemu kto wątpi i niedowierza??!) Tak odzywa się w nas mentalność Tomasza. Taka

postawa nie ma nic wspólnego z wiarą, która właśnie zakłada tajemnicę i transcendencję.

Przypomnijmy sobie co znaczy jedno z „błogosławieństw” – „błogosławienie którzy nie

widzieli a uwierzyli”. Nie dla wszystich jest to zrozumiałe . To drugi rodzaj ciemności.

Następna niewiedza dotyczy samego proroctwa na temat Jezusa, a wywodzi się ono od

Achaza. Przez to ma jeszcze większą wartość. Kim miałby być Emanuel ? Bóg już od chwili

stworzenia był Bogiem bliskim człowiekowi . Ale dialog jaki prowadził odbywał się jakby na

odległość przez pośrednictwo proroków .W ten sposób przymierze, które człowieka łączyło

z Bogiem było niedoskonałe bo narażone na zniekształcenia i nie było ostateczne. Dopiero to

zawarte w osobie Jezusa wszystko odmieniło . Dopiero Chrystus zbliżył tę relację Boga z

człowiekiem. Przymierze stało się nowe i wieczne . Doskonałe . Zawiera w sobie dwie natury

– Boską i ludzką . w jednej osobie Jezusa Chrystusa. Gdyby nie był Człowiekiem i Bogiem

nie byłby w stanie nas zadziwić.. Prawda ?! Tak naprawdę nie byłby „z nami”; nie byłby

EMMANUELEM.

A wielu , którym byłoby to „na rękę” chciałoby chrześcijaństwo sprowadzić do jeszcze

jednej ideologii; teorii nawet doskonałej, która dużo wyjaśnia i odpowiada na wiele pytań,

rozwiewa wiele wątpliwości Ale pozostałaby tylko nauką albo teorią .Tak więc sama

pewność „Tomaszów” dotyczy wspomnianej niewiasty kobiet (w j. hebrajskim jest

nieprecyzyjne to właśnie sprawia kłopoty) .. Dziś wiemy, że to wszytko dotyczy świętej

Rodziny. Lecz i w tym wypadku , jakby specjalnie ,Bóg nie spiesz y się . To trzeci rodzaj

ciemności.

Nie jest sprawą ciemności sposób patrzenia na Jezusa przez współczesnego człowieka.

Współczesny człek pasjonuje się NIM jako – tylko człowiekiem

Bóg się nie spieszy i tym razem bo dla NIEGO czas nie istniej To człowiek swoim

postępowaniem może „pozwolić” MU na zadziałanie. Umożliwia MU to swoim

zachowaniem , swoimi decyzjami , czasami musi do tego po prostu dojrzeć. Łaska działa –

tylko my nie zawsze ją dostrzegamy .A to już kwestia „duchowej ciemnoty”….

 

 

3 Niedziela Adwentu Rok A

Posłannictwo Jana Chrzciciela nie zostało należycie zrozumiane; i tak jak wówczas

wzbudzał podziw i ciekawość taki i my dzisiaj ograniczamy się do wywołania nutki

sentymentu dla jego poczynań , i jakichś patetycznych , pełnych euforii słów uznania dla jego

stylu życia . Natomiast nie robimy nic, aby jego orędzie przenieść na grunt naszych poczynań.

Po prostu pozostaje on jeszcze jedną historyczną postacią. I nic więcej ?…Nic…..

Jesteśmy jednak mimo woli podobni Janowi ..!? Tak jak on wtedy zastanawiał się nad

Jezusową obecnością pośród ówczesnego ludu, tak i my dzisiaj nie wierzymy w Jego

sprawczą moc i obecność pośród naszej zmąconej rzeczywistości. „Ja tak mocno wierzę

a mnie otrzymuję tego o co proszę więc chyba .. nie ma Boga …?!” Jesteśmy bardzo

niecierpliwi i wszystko chcielibyśmy mieć tak, ja nam dziś ofiaruje świat . „W pigułce” ;

szybko i bez specjalnego zachodu czyli starania. Nauczono nas „konsumować” wszystko,

szybko i bez momentu refleksji.

Chyba zgodzimy się bezsprzecznie, że to Jan, jest jakby postacią wysuwającą się na pierwszy

plan w dzisiejszej Ewangelii. I tak jak wówczas, tak i dziś zdaje się mówić: „to nie ja jestem

najważniejszy…” ale już nie mówi że to „po mnie idzie ,Ten któremu nie jestem godzien…”

bo sam Jezus wysłanym przez Jana uczniom, mówi o dziejących się znakach jakie przypisane

są tylko Mesjaszowi To Janowi wystarczało w zupełności. Ale nie nam …!?

A czyż znaki Jego obecności przesłane Janowi, nie są i nam udzielone ? Znaki JEGO

obecności , znaki sakramentalne , przez które otwiera czyjeś dotąd zamknięte oczy ;

oczyszcza duszę , pokrzepia serce , dźwiga upadających na duchu…. one wszystkie są

i nam dane , a nawet jest nam udzielona moc, aby je dalej przekazywać światu !?. „Ale

gdzież nam w to się angażować” ; mamy tyle na głowie i tak dużo spraw nie cierpiących

zwłoki… „Niewidomi wzrok odzyskują , chromi chodzą, .. głusi słyszą …” tymi

nieszczęśnikami są ludzie oczekujący od nas pomocy. Lecz i to nie robi na nas większego

znaczenia. Ba…. Większego (?) … Żadnego… ”Czy znowuż zbyt wiele ode mnie nie

oczekuje Ewangelia ?” Nie… bo wystarczy się czasem tylko zatrzymać (jak zatrzymał się

Jezus przy Zacheuszu !) by ktoś zaczął inaczej patrzeć i postrzegać świat. I powiemy :„by

otworzyły mu się oczy”. Bynajmniej …. na to, też nie mamy zbytnio czasu. Ponieważ

żaden bliźni nas nie interesuje na tyle, a tym bardziej chromy fizycznie albo duchowo. .Nie

interesuje dopóki nie będzie nam przydatny…

A kim są ci „umarli”, którzy żyją między nami ? Z nimi spotykamy się na każdym kroku, a

tak niewiele robimy, by ich nieszczęściu i „kalectwu” zaradzić. I tak tym samym , wówczas,

to właśnie oni nam odbierają nadzieję i entuzjazm, bo sami się tego pozbawili. Bezsens

zdaje się infekować. Utracili smak życia i nie przeżywają już niczego jako „przygody” , a

jedynie jako nudne następstwo rzeczy w tym „przewidywalnym świecie”. A nawet wręcz

– nienawidzą życia – czyli ludzi im niepodobnych. Bo jest tyle trudnych, a może bolesnych

wydarzeń i doświadczeń , które im przeszło przeżyć.

Są również chrześcijanie zniewoleni przez teorie filozoficzne identyfikujące Boga Biblii

, z martwą już przeszłością . Chcieliby ten rozdział książki zwanej „Życiem” zamknąć raz

na zawsze. Lub identyfikują z przyszłością, która nigdy wydaje się , nie nadejdzie. To

Bóg utopijny. Który ma dopiero przeobrazić wszystko , jakby tego już nie dokonał..?!

Wszystkie złożone obietnice człowiekowi zostały już wypełnione. „Nie wspominajcie rzeczy

minionych , nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto JA dokonuję rzeczy nowej…” (Iż

3,18). Nie należy również poświęcać się poszukiwaniu i przygotowywaniu tejże przyszłości.

Bo zbliżamy się do ludzi żyjących według innej, niechrześcijańskiej koncepcji człowieka.

Ciągle czegoś poszukującego . Chrześcijanin jawi się wtenczas jako ten, który ciągle

poszukuje a nie jako ten, który już znalazł. Przynajmniej jedną znaczącą odpowiedź na temat

ludzkiego losu. Znalazł JEZUS.

2 Niedziela Adwentu Rok A

Ukazana nam dzisiaj postać Jana Chrzciciela rzuca nam w twarz oskarżenie pod

adresem naszych połowicznych percepcji (czyli przyjęcia i przejęcia się ) – połowicznych

percepcji Słowa Bożego; wybiórczych akceptacji i zastosowań Bożych przykazań .

Wybieramy i realizujemy tylko to, co nam odpowiada w danym momencie; albo by innym

pokazać ich małość oraz grzeszność a tym samym siebie podnieść wyżej (w swoich i innych

oczach). Aby krzyczeć głośno iż :” To oni są tacy źli albo małostkowi, a ja …. taki zły nie

jestem ..”. Wtedy przypominamy sobie o przykazaniach będących potrzebnymi tylko w

zależności od okoliczności.

Jesteśmy też mistrzami w manipulacjach moralnością , jej zasadami i normami. Gdy trzeba

się wyraźnie opowiedzieć po której stronie stoimy, wówczas wycofujemy się i mówimy „..nie

wiem…” i „…nie mam swojego zdania w tej kwestii…” , a gdzieniegdzie „..to nie jest

takie proste..” To jest brak odwagi i nasza „niewyrazistość”. A mówiąc dosadniej – brak

wiary czyli brak chrześcijańskiej postawy. Po co udajesz… ? Powiedz lepiej: „ja się nie

nadaję” lub „na tym mi nie zależy…. bo chrześcijaństwo jest dla mnie zbyt wymagające…”

Zamiast osłabiać wizerunek Kościoła swoją miałkością opóźniać nasz marsz – wierzących

autentycznie (a przynajmniej starających się! ) – podróż ku ojczyźnie niebieskiej, odstąp

i wycofaj się. Nie hamuj marszu tych, którzy wierzą i robią dużo by być autentycznymi.

Im będzie łatwiej żyć i wierzyć, mając klarowne i określone otoczenie. Wszyscy przecież

wolimy wiedzieć… „Kto jest kim !?” Swoją niewyraźną i ambiwalentną (czyli dwojaką )

postawą, wpływasz deprymująco i gorsząco na innych. Bo, nie do pozazdroszczenia jest

sytuacja, stałego kontaktu z kimś dwulicowym i obłudnym ; takim życiowym aktorem

przybierającym co rusz to inną maskę. Trzeba tu powiedzieć wyraźnie : niełatwo jest

obcować z kłamcą. …

Jan Chrzciciel za to, że był utożsamiany ( błędnie!) z Jezusem musiał oddać życie.

Powiemy :”zginął przez pomyłkę” „Szkoda”. Kwitujemy .Nie zastanawiamy się dlaczego

spotkał GO szafot. Żyjemy dalej bez jakiejkolwiek próby wyprostowania naszych dróg

życiowych. Także i tutaj nie widzimy żadnego związku między Nim a nami… Prawda …!??

Tłumaczymy siebie: „jestem tylko człowiekiem”… a także… „każdy ma prawo do grzechu;

trochę błota jeszcze nikomu nie zaszkodziło”. Tylko czy tak bezkrytycznie ludzie mogą z tego

prawa korzystać…? Zapominając łatwo i szybko o swoich obowiązkach. O tym, że mamy

być „czyści” w swoich i innych oczach.

O obowiązkach więc mówimy raczej rzadko. Najprostszy przykład – to relacja

Rodzice–dziecko. Masz prawo do wypoczynku, ale masz obowiązek zaprowadzić dziecko

na Roraty ..! a nie tylko WYSŁAĆ je !!! Masz prawo jechać na narty , ale masz obowiązek

iść razem z dzieckiem do spowiedzi w I Piątek Miesiąca! Ty miałeś szczęście, że Mama

Ciebie tam prowadziła więc nie odmawiaj tego szczęścia swojemu dziecku, które …jakoby

KOCHASZ ! Masz prawo zaufać dziecku, że samo do tego jakoś dojdzie, ale wtedy masz

obowiązek milczeć kiedy swoją drogę życiową, wytyczy po swojemu…i na której, być może

nie będzie dla Ciebie miejsca…Masz prawo zaufać dziecku ; jego roztropności, ale masz

obowiązek ostrzec je przed zamiarami współczesnych Herodów, którzy tamtego biją na

głowę, w jakości i wymiarze kaźni szykowanej twojemu dziecku….(to ideologia gender czyli

jeszcze paskudniejsze dziwactwo od komunizmu)

Jan, w sferze moralności był bezkompromisowy i przypłacił to okrutną śmiercią ,

a my w tych sprawach jesteśmy tacy beztroscy, nieokreśleni i pobłażliwi, a przecież w tej

sferze rozgrywa się zdecydowanie więcej losów istnień ludzkich, niż w jakiejkolwiek innej.

Porządek w tej sferze określi szczęście, bądź jego brak, dla naszych dzieci. JAN oddał

życie, a my nie oddajemy nawet pilota od telewizora. ….by te dzieci i innych ochronić przed

potokiem sączącego się kłamstwa , ohydy, wstrętnych słów i obrazów pokazywanych na tle

wymalowanych faciat prezenterek telewizyjnych …AMEN

1 Niedziela Adwentu Rok A

 Mt 24,37-44

Żyją w nas tęsknoty , które nieodparcie skłaniają nas do powrotu w lata młodzieńcze; a

i nawet dziecięce; Do czasu który bezpowrotnie przeminął ; A jeśli istnieje, to w bardzo

niewyraźnych kształtach naszych wspomnień. Do powrotu do beztroski i niewinności , która

zawsze stoi pod znakiem zapytania; Do pokoju, który jest ciągle zagrożony , i jakby na ironię,

o który trzeba nieustannie „walczyć”. Do miłości, która bez ustanku lęka się o swój los; czy

spełni się wszystko co jest jej treścią i….. czy nie zostanie oszukana?…

Ale czy w tych lękach i tęsknotach może zrodzić się nadzieja ? Ta Tajemnica, przed którą

staniemy patrząc na Niemowlę w żłóbku; ta tajemnica jest gwarantem, że nasze tęsknoty

za życiem co nie ciemnieje w ciemności; za radością której nie mąci smutek rozstania ;

za dobrem które jest całkowite ; za miłością która już się niczego nie boi , ON, czyli ta

Tajemnica, jest gwarantem że wszystko to, nie okaże się daremne, bo przecież Bóg rodzi

się pośród nich , w naszych pogmatwanych układach i relacjach, aby swoją mocą te tęsknoty

zamienić w niegasnącą i ożywiającą nadzieję. Rodzi się wśród nas w jakimś celu ?! By

być „Bogiem z nami”.

Z tymi ,co nie są obciążeni marketingowymi naleciałościami współczesności i nie są

przyćmieni kulinarno – zakupowymi fascynacjami i szaleńczym pędem za blichtrem i

tandetnym wystrojem tych Świąt. Tylko ten widzi tam Dziecko Święte, kto chce zobaczyć

tam Boga .Kto ma otwarte oczy , nie ciała – ale „duszy”.

Żadne przyrzeczenia , żadne słowa honoru rozdawane wszem i wobec, nie są w stanie

zmienić tęsknot i pragnień w pewność nadziei. Tu nie można wierzyć słowom ani nawet

pięknym deklaracjom , a jedynie Miłości, która zstępuje między nas w betlejemskiej szopie

by rozpocząć swoją wędrówkę, która skończy się na Krzyżu. W ten sposób siebie ofiarując

i nie licząc na odwzajemnienie – zasługuje na wiarę i nasze zaufanie. To owa Miłość zdolna

jest przemienić nasze tęsknoty i lękliwe zamierzenia w realne działania. To, co do tej pory

było tylko zwykłą mrzonką i nieokreślonym pragnieniem, staje się realną miłością oraz

bliskością np. z jakimkolwiek, dotąd odpychanym bliźnim.

Tak – to TEN NOWONARODZONY CZŁOWIEK – zdolny jest wykrzesać z nas

najckliwsze i zalęknione oraz skrywane zamierzenia. Pokłady dobroci w nas. Wydobyć

nas z getta dotychczasowych lęków i uprzedzeń . Będąc z nami wspiera nasze wątłe siły i

obserwując….. dodaje nam swojej łaski.

Tak, ta NOWONARODZONA Miłość, wywoływała i wywołuje nadal uporczywe wysiłki

Boga, by odnowić przymierze i przyjaźń z człowiekiem , który ją zerwał i dalej zrywa, przez

swoje grzeszne upodobania. Wysiłki by człowieka delikatnie „oswoić” zachowując przy tym

wolność ludzkich decyzji; Wolność tak przez nas hołubioną. Dotąd Miłość Ta „trzymała

się jakby z daleka”, pozwalając nam doświadczyć wszystkich „smaków” życia i radości

używania, a nawet nadużywania – owej humanitarnej wolności. Jak czytamy u Izajasza „Bo

skryłeś Twoje oblicze przed nami i oddałeś nas w moc naszej winy…” Pozwalasz Boże, na

pewien czas, władać nami – skutkom naszych grzechów. Niekiedy dopuszczasz nawet nasze

sponiewieranie byśmy mogli poznać i odczuć odcienie tychże grzechów. A tym samym –

zasmakować życia – w stanie JEGO łaski.

To spojrzenie jakby z daleka nie jest lekceważeniem , ale oznaką troski i szacunku.

Simon Weil tak to ujął : „Bóg i ludzkość są jak para zakochanych, która pomyliła się co do

miejsca i czasu spotkania”. Bo nie na wszystkich drogach można Boga spotkać. Nie oznacza

to również, że Bóg na to spotkanie nie czeka. Jego „czekanie” nie oznacza JEGO stania

w miejscu. ON nawet wychodzi naprzeciw jak w tę noc betlejemską. Obyśmy więc, jak

czynimy to wielokroć, także w ową noc nie pogubili dróg do żłóbka; dróg do miejsca i czasu

zaistnienia Emmanuela pośród nas . Amen

30 Niedziela Zwykła Rok C – Rocznica Konsekracji Kościoła

Gdy przyjdzie Jezus, czy znajdzie wiarę na ziemi czy nas pokłóconych i

oddalonych ?

„Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło…”

Nie musiał długo rozglądać się za tym małych człowiekiem, co się zagubił. On sam wyszedł

jakby naprzeciw Nauczyciela. Nie sugerował się tym, co powiedzą ludzie z jego otoczenia,

a którzy nie darzyli go specjalną powagą z powodu funkcji państwowej jaką spełniał . Nie

sugerował się też tym, czy to mu „wypada”(?). A ludziom niewiele potrzeba do tego, aby mieć

dobrą zabawę. Komentowali , patrzyli z zażenowaniem , aby choć teraz „odgryźć” się na swoim

ciemiężycielu finansowym. Zacheusz miał odwagę gdy chciał tylko zobaczyć Mistrza, o którym

wiele zapewne już słyszał. A oto ON przemawia doń i ku zazdrości tłumu „wprasza” się do

domu tego „publicznego grzesznika” (jak go definiowano). „To już lekka przesada”- zapewne

skomentowano ten gest zwrócenia uwagi. A takich „zacheuszów” jest wielu i żyją wśród nas,

lecz my, jak tamte tłumy „wpatrzeni” w Jezusa, w swoje nieskazitelne wnętrze i uważamy,

że jeszcze tyle spraw mamy do załatwienia. I by „po drodze” jeszcze zbawić się . Dlatego

zamykamy oczy i uszy by nas nic nie rozpraszało i idziemy dalej. Życie nasze jest wędrówką

utraconych okazji, by „zatrzymując” się przy „maluczkim” zostać zauważonym przez Pana ,

jak ten poborca. Nie zwracamy uwagi na bliźnich a widzimy tylko ich, chocby najmniejsze

braki, błędy, złośliwości i grzechy. Naszą wrażliwość ograniczamy do zdefiniowania ich

jako „oddalonych” bo nie przystających do naszych oczekiwań wyobrażeń i naszego stylu życia.

A kto to taki ? ten oddalony…. A….to już zależy od punktu widzenia ; zależy od przyjętych

kryteriów i praktykowanych prawd. Bardziej chodzi więc : „kto i od czego jest oddalony?” oraz

z jakiego powodu ? Najczęściej oddaleni to ludzie nie odpowiadający naszym wyobrażeniom,

oczekiwaniom, nie spełniający naszych kryteriów i nie mieszczących się w naszych

ramkach „człowieka przyzwoitego”. Cech, którego nam samym, ani nam się śni – spełniać.

Bardzo często jest tak, że nie jakieś abstrakcyjne sytuacje kierują ludźmi, ich zachowaniem,

ale tylko i włącznie ludzi kryjący się za ich fasadami. Najczęściej ktoś, kogoś oddala. Być

może to nasze postępowanie spowodowało ich „oddalenie? Gdyż nasze sądy są jednoznaczne i

nieodwołalne :”Oni się nie nadają już do niczego” – nie odpowiadają naszym oczekiwaniom. Bo

gdy stajemy przed bliźnim , anarchistą , kontestatorem nonkonformistą i jakimś indywidualistą,

stwierdzamy że nie odpowiada naszemu modelowi czy ideałowi. Kwitujem :”szkoda czasu na

niego”. Tak go nigdy nie pozyskamy.! A może by tak Jezusowe życzenie :”Chciałbym zatrzymać

się w twoim domu…” to wówczas „z kogoś odległego” można wykreować przyjaciela,

znajomego, sympatyka „naszej sprawy”, pozyskując go dla Jezusa i dla siebie…(?!)

Ktoś się zapyta :dlaczego ta troska o zmianę kształtu życia społecznego, dotyczyć tylko ma

chrześcijan ? „Bo komu więcej dano od tego więcej wymagać będą”. Bóg tak zaplanował świat

iż tylko grupka JEGO wybranych będzie władna zmieniać los tego gnijącego świata. Tylko,

że my naszą wiarę i wrażliwość chrześcijańską nie uważamy jako coś „więcej”, ale wyłącznie

jako „krzyż” naszego życia i wędrówki. Skoro nasze życie ma być wartościowym, to nie

łudźmy się, że obędzie się bez ofiar .Wszystko, co wartościowe wymaga nakładów. Życie

bezwartościowe pożera szatan. I wszelką tandetę.

Kto nie kocha czyli nie akceptuje wszystkich jako potencjalnie dobrych – zubaża siebie, a

innych nie dźwiga i nie zauważa. Pozwala im ginąć nie obdarzając ich dawką miłości. „Nie

kochajmy innych bo są dobrzy, uczyńmy ich dobrymi kochając”. Miłość i „zauważenie” nie

pozwoliły Zacheuszowi być złym, a to co potem uczynił przerosło zdrowy rozsadek. Graniczyło

z szaleństwem. Gdyż takie są skutki łaski Pana. AMEN

29 Niedziela Zwykła Rok C

Zniechęceni malkontenci

„Słuchajcie co ten niesprawiedliwy sędzia mówi”- pamiętamy tę sentencję Ewangelii?

W podobny sposób Jezus często zaczyna swoje nauki .Wychodzi od „nienormalności”

układów panujących w świecie nas otaczającym. My „niesprawiedliwym” nazywamy to, co

nie pasuje nam do naszych wyobrażeń i oczekiwań. Niespodziewanie często Jezus burzy nam

nasz stęchły porządek zdarzeń. Tutaj, jest to niesprawiedliwy sędzia; kiedy indziej niewierny

lub leniwy sługa; syn marnotrawny; „nieuczciwy” (a może „przewidujący”?!) zarządca; zbyt

szczodrze wynagradzani robotnicy w winnicy. Te przykłady służą MU do ukazania praw

Królestwa Niebieskiego. W dzisiejszym przypadku i kilku innych (podobnie jak w

przypadku natrętnego przyjaciela pukającego w nocy) punktem szczytowym jest modlitwa a

właściwie jej cechy – wytrwałość i konsekwencja. Modlitwa w różnej postaci jest

życiowym „biletem” w jednym kierunku . Nieba.

Komunikat Jezusa jest dziś jasny. Pytanie postawione jest z gatunku retorycznych. „Czyżby

Bóg nie wziął w obronę swoich wybranych…” Ale tu uwaga ! raczej weźmie w opiekę: ”

tych …którzy wołają do NIEGO w dzień i w nocy…” ….Tak więc upór , konsekwencja i

wytrwałość są kluczem do niebios bram; do Bożego Serca. My jednak niekonsekwentni,

mało wytrwali, zniecierpliwieni i szybko zniechęcający się w sprawach ziemskich, tacy

sami jesteśmy jeśli idzie o miłosierdzie Boże. O sprawy naszej duchowej i nieuchronnej

przyszłości.

Kiedy po kilku wezwaniach o pomoc, czy dobro nam potrzebne, nie otrzymujemy go „na

tacy” natychmiast odchodzimy od bram Bożego Serca. Przestajemy „pukać” do niebios bram.

I tylko potrafimy wówczas katować się bezzasadnymi pytaniami o istotę JEGO przymiotów,

o brak dyspozycyjności Boga i nieuzasadnionymi pretensjami kierowanymi pod JEGO

adresem .Gdybyśmy byli tak wytrwali i konsekwentni, jak w realizacji swoich osobistych

pragnień upodobań i marzeń , gdybyśmy byli tacy w relacji do Boga, to wtedy wszystko by

nam się spełniało… Spełniło….

Jednakże jesteśmy niekonsekwentni.i koniunkturalni (czyli zmienni – w zależności od

potrzeby). Bo brak takiej determinacji prowadzi do utraty wiary i zatraty zmysłu zbawczego

wyczekiwania popartego staraniem oraz wysiłkiem niwelującym stagnację . I to, nie jest

miłe w oczach Boga , ponieważ woda stojąca brzydko pachnie. Lęgnie się w niej wiele

paskudnych żyjątek…. Szatańskiego miotu….Gdy nie ma wielu praktyk wiary (1-na msza

w tygodniu to za mało! To jakby, raz powiedziane słowo „kocham”, miało oznaczać miłość

(?!)), jeśli więc nie ma gestów miłości i przebaczenia , nie ma pokoju i zgody – jesteś „jak

zmurszała sadzawka”.

Tak, jak życie Jezusa , było rwącym potokiem porywającym wszystkich i burzącym

stary porządek poukładanego świata akceptującego cały jego swąd i nawet to, co stoi na

drodze wypełnienia się JEGO Prawdy, tak też ma wyglądać nasze życie i nasza wiara. I

takiej „sadzawki”, z której nikt nie chciałby się napić „wody życia” , obawia się Jezus przy

swoim powtórnym przyjściu na ziemie.. Więc pyta się nas dziś : ”…Ale czy Syn Człowieczy

znajdzie wiarę kiedy przyjdzie na ziemię ? ….” Czy też znajdzie nas zniechęconych; z

zakopanymi głęboko w bezradności – talentami ; takich wiecznych malkontentów żyjących w

rozgoryczeniu jakie nawet w wieczności już nas nie opuści. Nieustannie narzekających,

mizernych i krytykujących wszystkich oraz wszystko . .. Łącznie z Bogiem….. Takich „sług

bezużytecznych” czyli minimalistów wiary i miłości Bóg w niebie nie chce mieć w swoim

otoczeniu i bliskości, tych co opóźniali marsz chrześcijaństwa- JEGO orędzia, poprzez świat

i ludzkie serca.

AMEN

 

 

 

28 Niedziela Zwykła Rok C „Zamykająca” łaska

Wdzięczność jest tak trudna jak wypowiedzenia słowa „dziękuję” dopóki się tego nie

stosuje i nie praktykuje na „co dzień”.

Czym się różni słowo „dziękuję” – od postawy wdzięczności ? Być wdzięcznym tzn.

być gotowym do odwzajemnienia. Rekompensaty równoważnej bądź choćby namiastki.

Dziękując wcale ego nie musimy zakładać. Czy to, to samo ? czy może jedno jest

poszerzeniem drugiego? Czy to kwestia kultury ? czy może tylko werbalna (słowna)

witalność. Dziękuję „bo tak wypada….?!!”

O ile słowo „dziękuję” jest wynikiem poczucia naturalnej sprawiedliwości że za dobro

doznane należy odpowiedzieć podobnym lub co najmniej słowem uznającym, rzetelną ocenę

motywów doświadczonego gestu ; to słowa wdzięczności zakładają u autora poszerzone serce

i nieco inną świadomość. Zakładają szerszą wrażliwość i inną , bo głębszą analizę własnej

tożsamości; widzenia swojej wartości czy godności. Czy też przygodności tzn. niewielkiego

znaczenia w świecie „Człowiekiem wdzięcznym” nie może być prostak o topornych

manierach i wątłym światopoglądzie lecz człowiek głębokiej refleksji. „Człowiek wdzięczny”

uznaje to , iż jest się docenionym i dowartościowanym przez dobroczyńcę. Bo tylko człowiek

delikatny i subtelny może wykazywać się większą skłonnością do bycia człowiekiem

wdzięcznym , niż zadufany w sobie pyszałek i egocentryk. Człowiek „wdzięczny” widzi

łaskę i nienależną dobroczynność , a także własną znikomość i.. niestety – efemeryczność.”

Albowiem poznawszy Boga nie złożyli MU jako Bogu czci ani dziękczynienia , ale

ZNIKCZEMNIELI w myślach swoich i zaćmione zostało bezrozumne serce ich…” To nasz

obraz ! ”Podając się za mądrych , głupimi się stali…”(Rzym 1,20-22)

Ci, co nie doceniają darów jakie ich spotykają, są JAK CI POZOSTALI W LICZBIE

DZIEWIĘCIU , którzy być może myślą , że wiele w życiu im się należy, jak nie od Boga to

przynajmniej, od ludzi.”9” po prostu poszło po ludzku radować się ze swojego stanu zdrowia

i byli tak bardzo tym oszołomieni że nie zdawali sobie do końca „co się stało?” Łaska Boża

zawsze zaskakuje , „a JEGO Duch wieje kędy chce, i nikt nie wiem sąd pochodzi…i dokąd

zmierza?” Tak obecny jest Bóg w naszej współczesności spotyka nas tyle dobra ale nie

myślimy o jego źródle i AUTORZE. Nie myślimy też , czy na to zasługujemy ale uważamy to

za oczywistość.

Jest taka właściwość wdzięczności , która rozgranicza, czy chcemy czy nie, dwie

osoby, dawcę i biorcę gestu dobroci. Stawia tu jakby znak nierówności. Sytuuje ich

nieproporcjonalnie. Często jest tak że biorca może czuć się zaskoczony tym czego

doświadcza ; tym że może być niezdolnym czy nieprzystosowanym do percepcji jakiegoś

daru, który wydawać się może , jakoś go przerasta. Wówczas spotykamy się z pokornym i

wyraźnym odzewem

Myślę że właśnie pokory zabrakło tym „dziewięciu” Doznane dobro czyli łaska zamknęła ich

w swym zachwycie i radości czy euforii. Chyba można ich zrozumieć. A my?! zadufani w

swojej wszechmocy i samowystarczalności nie zauważmy cudów uzdrowień jakie dzieją się

w nas i obok nas , a wracamy do Boga przeważnie po to tylko, aby nie podziękować !? ale

prosić, błagać, skomleć o inne łaski nam niezbędne do życia w samozachwycie i podziwie

nad ludzką wspaniałością W zanadrzu mamy schowane zawołanie naszej ostatecznej

obezwładniającej bezradności: „Panie ratuj!” wielu nie chce przyjąć tego iż całości zależymy

od Pana a tak ciężko nam przychodzi przyjąć postawę wdzięczności. .Czujemy, że nie

potrafimy się odwzajemnić Bogu przez lenistwo bądź życiową inercję (obojętność i bezruch)

bo tak właściwie niewiele robimy sobie z JEGO łaski …

W II Tym 3m1-2 czytamy : ”…A to wiedz , że w ostatnie dni nastaną czasy niebezpieczne.

Ludzie staną się samolubni, chciwi, hardzi, pyszni, bluźniercy , rodzicom nieposłuszni ,

niewdzięczni, bezbożni” Czy to cię nie zastanawia …? Amen

 

25 nied.zwyk. Rok C

Ta Ewangelia o sprytnym zarządcy wcale nie jest taka trudna . Jego spryt nie stanowi

żadnego wzorca ewangelijnego, ale zastosowana tu perspektywiczność myślenia i patrzenia

naprzód , przewidywania, została przez Jezusa podkreślona. Jeśli wiesz, co jest twoim celem,

myśl na wszystkie sposoby, aby to osiągnąć. W tej przypowieści ,jednak ktoś został

oszukany !? To ten właściciel , którego majętności zostały przez zarządcę zaniżone. To nie

było sprawiedliwe i uczciwe (z drugiej strony, być może zarządca wiedział, że jego pieniądze

nie były czystymi i jak były pomnażane , i jednak w tym wypadku posłużyły zarządcy

również to nieczystej gry – czyżby właściciel to akceptował?!) Na uznanie w oczach osób

trzecich znajduje , jego zapobiegliwość. Dlaczego my tacy nie jesteśmy jeśli idzie o wartości

duchowe czy dobra wieczne?! Dlaczego ludzkiego sprytu nie stosujemy tam gdzie idzie o

sprawy zbawienia ?!Że nie potrafimy poświęcić rzeczy i spraw drugorzędnych dla wyższej

sprawy. O, tak jak ów zarządca , iż jego a tutaj nasz Pan, pochwali naszą troskę o

zabezpieczenie swojej przyszłości. .Że nam naprawdę na tym zleży!!! Bo chyba jesteśmy

przekonani o niesko uczonej wyrozumiałości PANA dla swoich podwładnych, dla nas, iż

wszystko nam można. A u nas w cenie jest stagnacja i bezruch; nie wychylanie się.

Myślimy, „że jak ktoś nie ryzykuje to nie zgrzeszy”. To nas usprawiedliwia. Czasami to

prawda. Ale w sprawach ostateczności niekiedy trzeba podjąć ryzyko, bo ono sprawdza

przywiązanie i lojalność oraz prawdziwe intencje.

Wyobraźmy sobie ofiarę młodego człowieka, który wybiera drogę służby Panu za cenę

miłości i szacunku ojca czy matki, którzy są innego zdania i są za innym wyborem. ”Kto nie

ma w nienawiści ojca i matki nie jest MNIE godzien”. Pamiętamy tę niedawną Ewangelię?

Powtarzam – trzeba wyjść poza schemat tej przypowieści i zrozumieć pochwałę

zastosowanego myślenia, którego przedmiotem jest przyszłość. W tym wypadku niegodziwa

mamona posłużyła do zabezpieczenia spokojnej przyszłości. Nie potraktowanie właściciela

jest godne naśladowania!, ale zastosowany zabieg ratowania zagrożonej przyszłości

zarządcy. A przyszłość to niebo i wszelkie środki zastosowane, aby tam zapewnić sobie

miejsce są dozwolone . W tym przypadku – tak .

A My nie uważamy, że należy o cokolwiek się troszczyć w sprawach ducha bo Pan za nas

pomyśli albo już pomyślał. Wszak jest BOGIEM . A tymczasem tak nie jest. Trzeba się starać

wykorzystując ludzkie środki by osiągnąć niebieskie czyli wieczne dobra. Niebo – to dobro,

na które trzeba zasłużyć i zdobywać wysiłkiem, jak wszystko co wartościowe w naszym

życiu i jako takie, nie leży na ulicy. To drogocenna perła, którą gdy się znajdzie (wiarę), którą

Bóg ci pozwala znaleźć, to wówczas trzeba porzucić wszystko , wyzbyć się wszystkiego ( co

jest „niegodziwą mamoną”), aby ją posiąść. Tutaj stanowisko zarządcy było roztropne bo ów

człowiek poświęcił wszystko (zaufanie właściciela, lojalność, reputację, ewentualne korzyści

i zaryzykował straty gdyby się nie udało), zaryzykował wszystko , aby zatrzymać owo dobro

dające spokój i bezpieczeństwo . Myślę iż owa „praca” stanowi sedno tej przypowieści, niby

ją mamy w zasięgu możliwości, jako niebo dla wierzących , ale trzeba się natrudzić, aby jej

nie stracić. Idąc przez życie ciągle coś zyskujemy, ale i … tracimy. Pamiętacie słowa Jezusa,

że ci niegodni dziś w naszych oczach , mogą nas wyprzedzić w drodze do nieba . „Prostytutki

zdobywające gwałtem niebo”.

I co z tego, że niby masz pracę , stanowisko, niebo będące tobie zaofiarowane – obiecane i

wysłużone męką Jezusa , jeśli się nie starasz na wszystkie sposoby – i możesz zostać tego, tej

perspektywy pozbawiony. Możesz się sam pozbawić. Przez pasywność w podejściu do swej

wiary i jej rozumienia. Msza Święta tylko w niedzielę może nie wystarczyć. Amen

Czyżby wszyscy wiedzieli, że ta mamona, te zobowiązania, były „niegodziwą

mamoną”?……oraz …

…co i jak POMYŚLIMY o właścicielu JEŚLI DOWIEDZIELIBYŚMY SIĘ, ŻE ON CAŁĄ

SYTUACJĘ SPREPAROWAŁ ?! I zastosował taki – test operatywności zarządcy … Być

może , to on jest właśnie ,niewidzialnym i głównym aktorem dzisiejszej przypowieści?!

Czy nie miał prawa upewnić się o predyspozycjach swojego zarządcy KTÓREMU

POWIERZYŁ TAK WIELE ? Jak… według nas oceniłby postawę swojego pracownika?!

Czy to było nieładne w jego wykonaniu ? Odpowiedź twierdząca zaczyna wykraczać poza

granice ortodoksji . Więc UWAGA ! Nie śpieszmy się więc ze swoimi sądami…. AMEN

24 Niedziela zwykła w ciągu roku C

Bogaty marnotrawca

To bardzo prosta i klarowna przypowieść . Wydaje się że analogia jest wyśmienita i

pasująca niemal doskonale do nas , i do Kościoła naszych czasów. Także niezmienna jest

postać „Ojca” z Jego rozciągniętymi ramionami miłosierdzia i gestami przebaczenia. I

niestety nie zmienił się człowiek z jego dążeniem do nieokreśloności pragnień, uczuć i

fascynacji. I przedziwną łatwością w szafowaniu dobrami i wartościami fundamentalnymi

oraz uległym konformizmem graniczącym z dezercją .we współczesnym świecie, który we

frymarczonym stylu rozprawia się i licytuje Prawdę i wszystkie humanitarne zasady,

wciągając w ten proceder coraz liczniejsze rzesze szaleńców oraz wyblakłych bezideowców .

Młodszy syn – to każdy grzesznik mający odwagę przyjść, a właściwie, wrócić do Domu

Ojca; Po grzechu czyli zazwyczaj po popełnieniu pomyłki. Gest zarzuconych ramion ojca

to przeciwieństwo procesu „pasożytniczego” jaki dokonuje się w człowieku ogarniętym

przez zwodnicze działania Złego, który tuczy się i rośnie w siłę ilością zwiedzionych

dusz. Wykorzystującym człowieka , jego instrumentalnym potraktowaniem, to jest

doprowadzeniem go do wewnętrznego rozdźwięku i konfliktu między, tym kim miałby

być, kim powinien być, a tym kim staje się w wyniku pochłonięcia i fascynację iluzją

szczęścia podanego u w formie przyjemności. Bo szatan to mistrz niuansów ,mirażu i

mistyfikacji , gry między pragnieniem a powinnością , między tym co już Boże, a co jeszcze

– nie ludzkie. Młodszy syn to obraz człowieka, w którym znikł już obraz Boga , znikł też

obraz człowieka a jest tylko narzędzie. Gdyż grzesznik zostaje pochłonięty przez tego

szatańskiego „pasożyta”, który wysysa z niego wszystko wtłaczając poczucie wyższości,

wszechmocy i samowystarczalności. Człowiek wówczas czuje się opróżniony z siebie

samego, ponieważ nie wie czy to, co robi, to jest jego czy już nie jego ; Wnet niechybnie

konstatuje, odkrywa, że jest ubogi w najbardziej radykalnym tego słowa znaczeniu. Ale ma

jeszcze siłę wkroczyć na drogę , która zmieni jego dotychczasowe życie pachołka, na powrót,

w postać prestiżową i godną najwyższego szacunku. My powiemy :z szatańskiego pachołka w

dziecko Boże godne niebieskiej chwały.

Starszy brat – to obraz tych, którzy mienią się być „w Kościele”, „być Kościołem”, a tak

właściwie pozostający poza Jego obrębem. Nie szczędzą słów krytyki i rad pobożnych

bądź nie; jakoby w imię dobra (?) ; Zachowań chłodnych, cynicznych, zakamuflowanego

rozgoryczenia i z symptomem niedowartościowania i niedocenienia oraz … zazdrości.

Ogarnięci bezruchem i niezdolnością do jakiegokolwiek szaleństwa i nonkonformizmu.

Swoją pasywność tłumaczą obawą przed przekroczeniem granic ortodoksji. Nie robią nic,

aby Kościół ożywić i jeszcze bardziej uwiarygodnić lecz dla siebie szukają odpowiedniego

miejsca zazwyczaj „loży” uznania szacunku i spokoju, na pewno nie, świętego.

Niby nie zasługują na krytykę i zachowują się nienagannie, ale swoim zachowaniem czynią

chrześcijaństwo niemrawym i defensywnym; Opóźniają nasz marsz w kierunku niebieskiej

nieskończoności. W kierunku wyciągniętych ramion Boga Ojca. A czasami nawet jakby

chcieli powiedzieć: ”nie zbliżaj się bo jesteś niegodny; i to i tak nic nie da, ani nie zmieni…”.

A Ojciec – cierpliwie wypatruje nas i czeka aż zatęsknimy za domem. Aż odkryjemy naszą

niewystarczalność. Dla największego grzesznika gotów jest ofiarować najdostojniejszą szatę

przebaczenia i uznania a nawet nagrodę, która przewyższa jego i nasze oczekiwania.

 

 

 

23 niedziel zwyk. Rok C

Autentyntyzm i imitacja

Prawdziwym uczniem Jezusa jest ten, który prawdziwe Jego kocha ;dodajmy i

powtórzmy PRAWDZIWIE , a nie byle jak, udawając, powierzchownie oraz symulując

miłość a tworząc dziwną intelektualno-mentalną konstrukcję nazywaną wiarą. Bo

rzeczywiście jest dużo takich wśród nas, co się do Niego zgłaszają. Lecz przy najmniejszej

wymagalnej ofierze , dezerterują i odchodzą …A dlaczego ? Dlatego bo zgłosił się do NIEGO

mój dziadek, ojciec, moja mama ? …A może dlatego, że z mojego środowiska i rodziny

chodzą za NIM wszyscy ?… Albo że w czasie katastrofy pomocy i choroby potrzebuje

pocieszenia, i nie mam do kogo się zwrócić, i w nikim nie mogę już złożyć mojej nadziei lub

to co z niej zostało? …Lub że to jest KTOŚ, kto mówi tylko prawdę i mądrością swoją

zadziwiał i zadziwia świat przeszły i obecny ? To jest miłość „ze względu na coś” a nie

bezinteresowna Obecność przy …. To nie miłość ale upodobanie lub chwilowe pohylenie.

Nie , nie; to wszystko są niewłaściwe powody. Autentycznym i rzeczywistym

czcicielem jest ten, kto GO poznał i zrozumiał, iż JEGO Osoba jest mocnym fundamentem,

jest skałą życia , sensem trwania tu na ziemi ; trwania które zapewnia mi wieczną

świadomość i współprzebywanie z Bogiem Stworzycielem i Mądrością Wszechświata na

końcu mojej podróży …. i poza tym końcem. Mądrością, która obdarzyła mnie czymś tak

wspaniałym jak – dusza nieśmiertelna.

Miłość Chrystusowego zwolennika – ucznia, gotowa jest iść na krzyż i mieć w

nienawiści nawet tych bliskich, którzy sprzeciwiają się i stają w poprzek na drodze wiodącej

do MISTRZA. Choćby to byli ci najbliżsi .Do konstatacji (stwierdzenia) takiego radykalizmu

nie doszedłby człowiek sam , gdyby nie była nam podana dzisiejsza przypowieść! To czego

Chrystus oczekuje to nie zwykły brak sympatii , czy lubienia i upodobania , ale radykalne

i bolesne odejście czyli nawet bolesna i dotkliwa dyskredytacja. Bo miarę miłości daje ON

sam. Ona musi być większa niż miłość ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr. Gdyby tego

było mało to jeszcze ona ma dystansować miłość do – samego SIEBIE.

I jeszcze jedna podpowiedź Jeśli chcesz iść za NIM, siebie i innych nie rozczarowując,

trzeba policzyć swoje siły, byś w pół drogi nie zawrócił. Spokojna ale stanowcza ocena

swoich sił czy w staraniu się o JEGO miłość i w walce ze swoim otoczeniem , z krewnymi

przyjaciółmi i samym sobą , w walce która będzie moim krzyżem, ocena czy zdołam kroczyć

za NIM jeśli chcę bezpiecznie przejść za próg wieczności i mojej bezsilności. Bo bez podjęcia

krzyża , który nie jest łatwo przyjmowany, ani godzony z odruchami naszego serca , bez tego

podjęcia nasza miłość do Jezusa będzie mocno podejrzana i podatna na podmuchy, na pewno,

nie ducha Bożego….

A jeśli stwierdzę, że moje życie zakażone jest bylejakością i brakiem zdolności do

podjęcia krzyża, to wówczas należy odważnie wystąpić z tłumu kroczących za NIM i wrócić

do ….kratek konfesjonału. Czyli nie odejść na stałe , ale na czas porządków duchowych i

swojej niewierności by spod szlamu bylejakości codzienności, odkryć postać niewinnego i

przestraszonego dziecka potrzebującego obecności OJCA. Nie należy wtedy krzyczeć – bo

to innym się należy – o swojej doskonałości i chrześcijaństwie . Tego czego, Bóg i bracia

oczekują, to twoich złożonych rąk i pokornej modlitwy wynagradzającej. „Panie racz dać

mi łaskę i potrzebę miłowania Ciebie …i…. nagrodę, którą będzie jeszcze większa miłość

CIEBIE czyli taka wreszcie jakiej TY sobie życzysz, i jesteś godzien. Miłość ponad wszystko

… nawet ponad tych, których kocham miłością ludzką … Nie porównując łez Twoich ich.

    

 

 

22 niedziela zwykła Rok C

 

 

„Kto się wywyższa będzie poniżony…”

Kto teraz nie pcha się do najwyższych krzeseł i pozycji, ten osiągnie te najniższe, ale najbliższe Pana Młodego.

Jeśli nie umiesz, bądź nie chcesz być, pokornym człowiekiem czyli skromnym , delikatnym, prostolinijnym to spróbuj czegoś przeciwnego. Spróbuj być aroganckim, cynicznym i buńczucznym pyszałkiem, noszącym głowę wysoko; nie zauważającym biedy i cierpienia , ludzkiej udręki i utrapienia, a zobaczysz że i tam ciężko jest dostać się na „pierwsze miejsce” bo wyprzedzą cię ludzie jeszcze bardziej bezwzględni, a może i okrutni. Już od dawna zamknięci w swoim światku własnej mizernej egzystencji oraz okaleczonego samolubstwa i egoizmu.

Nie warto być takim, jakim być może nigdy nie byłeś, i w głębi duszy nie chciałeś być. Po co narażać się na społeczną banicję i ostracyzmy z powodu przywdziania maski nie pasującej do ciebie . Czyż nie lepiej ( na pewno trudniej ) jest być pokornym, szanowanym a przez to  ogólnie akceptowanym ,a przy tym zasługującym na, o wiele większą  nagrodę, bo na Boże uznanie ?

Jeśli przyłączysz się do gry, której zasad być może nigdy nie znałeś i nie poznasz, to wiedz że wówczas bezapelacyjnie przegrasz. Wbrew pozorom, pyszałkowi żyje się ciężko, i to tym ciężej im jest to bardziej uświadomione .Przegrasz życie doczesne choć do pewnego stopnia i momentu, będziecie ci się wydawało, że tak nie jest ;  Ale i przegrasz życie wieczne. Bo Bóg brzydzi się pychą , a więc analogicznie  i…pyszałkiem. „Wypluje cię Bóg ze swoich ust…”(św. Jan; Apokalipsa) Człowiek pyszny jest odrażający , nieprzystępny i niemiły, dla Boga i dla nas.

I nie to jest decydujące, które miejsce dziś zajmiemy czy zajmujemy  w opinii ludzi, ponieważ przyjdzie taka chwila, że do zebranych przed bramą Ostateczności przyjdzie PAN i wskaże nam należne miejsca. Interesujące może być to , iż wielu naszych przyjaciół (a nie daj Boże abyśmy my byli nimi!) podejdzie ze zdziwieniem pod drzwi, które nigdy nie zostaną im otwarte. Obyś to ty, wtedy nie usłyszał słów; „Przyjacielu posiądź się niżej …” I to będzie wieczne rozgoryczenie czyli potępienie …Nie myślmy iż to usłyszą nasze materialne uszy . To może rozegrać się na poziomie przewartościowanej i innej formie świadomości.(?!)

Tak więc za pysznymi zbytnio się nie rozglądaj, bo pełno ich wokoło. Miej raczej bystre oko oraz ucz się dobrze i natychmiastowo wyczuwać ludzi skromnych i mądrych. A to jest naprawdę trudniejsze, gdyż oni tak jak dobro są mniej wrzaskliwi; I tak szybko nie rzucają się w oczy, jak zło którego synonimem jest – pycha. Poza tym ciężko jest rozpoznać ich świat, w którym żyją, gdyż jest tak fałszywy jak oni sami są zafałszowani. Tam zatarte są granice autentyzmu i symulacji; gdzie zło jest nazywane „inną formą dobra”, itp. W którym wszystko jest nie na swoim miejscu, ale nie w ich mniemaniu. Bo oni tworzą mistyfikację ładu i porządku, im tylko odpowiadających. Ich „domek z kart” jest posklejany mocny klejem samozadowolenia i przekonania o panującym, w ich świecie, porządku i ładzie. Oni sami , ci pyszałkowie, są w tym świecie coraz bardziej zagubieni i uzależnieni od istnienia tych których mogą pomijać i deprecjonować (czyli umniejszać i poniżać). Świat pyszałka jest hermetycznie zamknięty nawet przed jemu podobnymi.

Pyszałek jest człowiekiem samotnym (gdyż pycha izoluje; ona nie lubi konkurencji) jest samotnym bo żyjącym w odizolowaniu samozadowolenia i wykreowanej formy mikroszczęścia. Pyszałka i człowieka wiary oddziela przepaść. Tu niemożliwa jest jakakolwiek formy zbliżenia czy kompromisu ,jako że cała Ewangelia jest bezkompromisowa. Nie ma czegoś takiego jak, „wierzący z odcieniem pychy” To jakaś efemeryda. Karkołomna synteza. Nieprawda.

Jesteśmy na Facebooku
Kalendarz
Wrzesień 2019
P W Ś C P S N
« Mar    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30